— Pamiętam kod dostępu. Jest długi, ale… — Pełna wersja zakodowana była w jego własnym ciele, ale nie powiedział o tym. Spróbował użyć kilku nieprawidłowych kodów i denerwował się, kiedy zawodziły. Normalny człowiek, nawet Tomas Nau, wyraziłby już zniecierpliwienie albo się roześmiał.
Reynolt nic nie mówiła. Siedziała nieruchomo. Potem oświadczyła nagle:
— Nie mam do tego cierpliwości. Proszę nie udawać niekompetencji.
Wiedziała. Przez cały ten czas, od podróży z Trilandu aż do tej chwili, nikt nie przejrzał jego sztuczek. Liczył na więcej czasu; kiedy zaczną już używać nowych lokalizatorów, będzie mógł sporządzić dla siebie jakiś nowy kamuflaż. Cholera. Potem przypomniał sobie, co mówił Silipan. Annę Reynolt coś wiedziała. Najprawdopodobniej uznała po prostu, że Trinli jest zbędną informacją.
— Przepraszam — wymamrotał Pham. Wpisał właściwą sekwencję.
Z biblioteki floty nadeszło proste potwierdzenie. Srebrne ikonki zawisły w powietrzu między nimi. Inwentarz tajnych danych, specyfikacje komponentów.
— Dobrze. — Reynolt skinęła głową. Zrobiła coś ze swoją kontrolką, a jej biuro nagle zniknęło. Obydwoje lecieli przez inwentarz danych, by zatrzymać się pośród specyfikacji lokalizatorów.
— Rzeczywiście, jest temperatura, akustyka, natężenie światła… multispektrum. Ale to jest bardziej złożone, niż mówił pan na spotkaniu.
— Powiedziałem, że lokalizator jest dobry. Reszta to szczegóły.
Reynolt mówiła szybko, analizując kolejne parametry lokalizatorów.
Teraz wydawała się niemal podekscytowana. To urządzenie znacznie przewyższało produkty Emergentów.
— Niezależny lokalizator o doskonałych parametrach i zewnętrznym zasilaniu. — A widziała tylko tę część, którą Pham chciał jej pokazać.
— Owszem, ale jednak trzeba je napromieniowywać mikrofalami.
— No i dobrze. W ten sposób ograniczymy ich używanie, aż w pełni je zrozumiemy.
Wygasiła iluzoryczny obraz i znów siedzieli w jej biurze o zimnych, diamentowych ścianach. Pham czuł, że zaczyna się pocić. Nawet już na niego nie patrzyła.
— Według inwentarza mamy jeszcze kilkanaście milionów lokalizatorów, o których nie wiedzieliśmy do tej pory.
— Jasne. Kiedy nie są aktywne, zajmują objętość kilku litrów.
— Byliście głupcami, nie wykorzystując ich w systemie bezpieczeństwa.
Pham spojrzał na nią gniewnie.
— My, obrońcy, znaliśmy ich możliwości. W sytuacji zagrożenia…
Te szczegóły nie znajdowały się już jednak w obrębie fiksacji Annę Reynolt. Uciszyła go machnięciem ręki.
— Wygląda na to, że mamy ich nawet więcej, niż potrzeba do realizacji naszych planów.
Piękna najemniczka znów popatrzyła na twarz Phama. Przez moment ich spojrzenia się spotkały.
— Rozpoczął pan nową erę nadzoru, obrońco.
Pham spojrzał w jej czyste błękitne oczy i skinął głową; miał nadzieję, że nie pojmowała całej prawdy tego, co powiedziała. On zaś uświadomił sobie właśnie, że Reynolt jest kluczowym elementem jego planów. Annę Reynolt zarządzała niemal wszystkimi fiksatami. To poprzez nią Tomas Nau sprawował kontrolę nad większością operacji. Annę Reynolt wiedziała o Emergentach rzeczy, które musiał wiedzieć rewolucjonista, by w ogóle marzyć o powodzeniu swej misji. I Annę Reynolt była fiksatem. Mogła domyślić się, co knuje Pham albo stać się kluczem do zniszczenia Naua i Brughla.
W tymczasowej kwaterze nigdy nie panowała całkowita cisza. Budynek mieszkalny Kupców miał zaledwie sto metrów średnicy; poruszający się w nim ludzie tworzyli naprężenia, których nie dało się całkiem wytłumić.
Naprężenia termiczne wydawały od czasu do czasu głośne, ostre trzaski. Teraz jednak większość załogi była pogrążona w hibernacji; w kabinie Phama Nuwena panowała więc względna cisza. Pham unosił się w półmroku, udając drzemkę. Jego sekretne życie miało właśnie wkroczyć w nowy, bardzo pracowity etap. Emergenci nie wiedzieli, że zostali właśnie wciągnięci w pułapkę, która sięgała głębiej niż wiedza któregokolwiek z kapitanów floty Queng Ho. Była to jedna z dwóch czy trzech sztuczek, które Pham Nuwen zachował niemal wyłącznie dla siebie. Wiedziała o nich Sura i kilku innych, ale po Brisgo Gap ta wiedza nie stała się ogólnym dziedzictwem Queng Ho.
Pham zawsze się nad tym zastanawiał; Sura potrafiła być sprytna.
Ile czasu minie, nim ludzie Reynolt i Brughla nauczą się obsługiwać nowe lokalizatory? Mieli wystarczająco dużo tych gadżetów, by nie tylko uprościć stabilizację LI, ale i zasypać nimi całą przestrzeń mieszkalną.
Dziesięć razy na sekundę przez kwatery przebiegał impuls mikrofal — dość bezprzewodowej energii, by zasilić wszystkie lokalizatory. Tuż przed początkiem okresu snu zauważył pierwsze pyłki wpływające do pokoju przez wentylator. W tej chwili Brughel i Reynolt kalibrowali zapewne system. Już za moment Brughel i Nau będą gratulowali sobie jakości dźwięku i obrazu.
Być może wyłączą wreszcie te swoje prymitywne urządzenia szpiegowskie; nawet jeśli szczęście aż tak mu nie dopisze… cóż, za kilka Msekund będzie mógł manipulować ich sygnałami.
Coś niewiele cięższego od pyłku kurzu osiadło na jego policzku. Otarł twarz ręką, jakby coś go drażniło, i osadził pyłek tuż obok powieki. Kilka minut później wsadził inny głęboko do prawego ucha. Uśmiechnął się w duchu ironicznie, przypomniawszy sobie, ile wysiłku włożyli Emergenci w unieszkodliwienie urządzeń 1/0.
Lokalizatory rzeczywiście spełniały wszystkie funkcje, o których Pham powiedział Tomasowi Nau. Jak wszystkie tego typu urządzenia w ludzkiej historii, te określały nawzajem swoje położenie w przestrzeni — proste ćwiczenie, nic ponad obliczanie czasu lotu. Wersje Queng Ho były wyjątkowo małe, mogły być zasilane bezprzewodowo i miały prosty układ czujników. Stanowiły świetne urządzenia szpiegowskie, właśnie takie, jakich potrzebował grupmistrz Nau. Lokalizatory tworzyły rodzaj sieci komputerowej, a właściwie nietypowy, rozproszony procesor. Każdy maleńki płatek miał niewielką zdolność obliczeniową, a wszystkie komunikowały się ze sobą. Kilkaset tysięcy takich drobin, rozsianych na całej przestrzeni mieszkalnej Kupców, miało większą moc obliczeniową niż cały sprzęt przywieziony przez Naua i Brughla. Oczywiście, wszystkie lokalizatory — nawet emergenckie rupiecie — miały taki potencjał obliczeniowy. Prawdziwym sekretem modelu Queng Ho był fakt, że nie potrzebował on żadnego dodatkowego interfejsu dla wejścia i wyjścia. Każdy, kto znał ten sekret, mógł uzyskać bezpośredni dostęp do lokalizatorów, pozwolić, by lokalizatory wyczuły pozycję jego ciała, zinterpretowały właściwe kody i odpowiedziały wbudowanymi efektorami. Fakt, że Emergenci usunęli z kwater Queng Ho wszystkie interfejsy czołowe, nie miał tutaj żadnego znaczenia. Teraz interfejs Queng Ho był dostępny dla każdego, kto znał tajemnice.
To wymagało jednak specjalnej wiedzy i koncentracji. Nie było to coś, co mogło wydarzyć się przypadkiem czy pod przymusem. Pham ułożył się wygodnie w hamaku, udając, że wreszcie zasnął na dobre i przygotowując się do czekającej go pracy. Potrzebował szczególnego rytmu uderzeń serca, szczególnej kadencji oddechu. Czy ja to w ogóle pamiętam, potylu latach? Irracjonalny strach wybił go na moment z koncentracji. Jeden pyłek przy oku, drugi w uchu; to powinno wystarczyć do zestrojenia innych lokalizatorów unoszących się w pokoju. To powinno wystarczyć.
Nadal jednak nie mógł wprawić się we właściwy nastrój. Wciąż powracał myślami do Annę Reynolt i do tego, co pokazał mu Silipan. Był pewien, że fiksaci prędzej czy później przejrzą jego plany. Fiksacja była cudem. Pham Nuwen mógł stworzyć prawdziwe imperium Queng Ho — pomimo zdrady Sury — gdyby tylko miał takie narzędzia. Tak, cena była wysoka. Pham przypomniał sobie rzędy zombi na Strychu Hammerfest. Widział co najmniej kilka sposobów, które mogłyby uczynić ten system łagodniejszym, ale tak czy inaczej wykorzystanie zafiksowanych narzędzi wymagało pewnych poświęceń.