Выбрать главу

Czy ostateczny sukces, prawdziwe imperium Queng Ho, warte było tej ceny? Czy mógł ją zapłacić?

Tak i jeszcze raz tak!

W tym tempie nigdy nie osiągnie stanu koniecznego do dostępu. Cofnął się, rozpoczął od nowa cały proces relaksacyjny. Pozwolił, by jego wyobraźnia sięgnęła do wspomnień. Jak to wyglądało na samym początku?

Sura Vinh dostarczyła „Repryzę” i nadal bardzo naiwnego Phama Nuwena na księżyce miasta Namqem…

Pozostał tam przez piętnaście lat. To były najszczęśliwsze lata życia Phama Nuwena. Kuzyni Sury także przebywali wtedy w układzie Namqem — i zakochali się w pomysłach, które przedstawiali im Sura i jej młody barbarzyńca; metoda międzygwiezdnej synchronizacji, sprzedaż technologii bez szkody dla ich pozycji handlowej, spójna międzygwiezdna kultura handlowa. (Pham nauczył się już, że nie powinien mówić o planach sięgających poza ten punkt). Kuzyni Sury powrócili właśnie z jakichś bardzo zyskownych wypraw, lecz i oni widzieli ograniczenia wyizolowanego handlu. Pozostawieni sami sobie, zbiliby fortuny, nawet utrzymali je przez jakiś okres… w końcu jednak przepadliby w czasie i międzygwiezdnej ciemności. Naprawdę mieli ogromne uznanie dla wielu z planów Phama.

W pewnym sensie jego pobyt z Surą na Namqem przypominał ich pierwsze dni na „Repryzie”. To jednak ciągnęło się i ciągnęło bez końca, wspólne marzenia i radości. Pojawiły się też cuda, których jego twarda głowa, przeładowana wielkimi planami i zamierzeniami, nawet nie brała pod uwagę — dzieci. Nigdy nie wyobrażał sobie, jak różna może być rodzina od tego, co znał ze swego dzieciństwa. Ratko, Butra i Qo byli ich pierwszymi dziećmi. Mieszkał z nimi, uczył je, bawił się z nimi, pokazywał im cuda światowego parku Namqem. Pham kochał je znacznie mocniej niż siebie i niemal tak mocno jak Surę. Omal nie zrezygnował z Wielkiego Planu, by pozostać z nimi. Później jednak mógł to nadrobić, a Sura mu przebaczyła. Kiedy powrócił trzydzieści lat później, Sura czekała na niego z wieściami o pomyślnej realizacji innych części Planu. Wtedy ich pierwsze dzieci już same podróżowały po kosmosie i wnosiły swój wkład w tworzenie nowego Queng Ho.

Pham dorobił się floty trzech okrętów. Spotykały go różne niepowodzenia i katastrofy. Doświadczył zdrady. Zamle Eng zostawił go niemal na pewną śmierć w obłoku komety Kielle. Spędził tam dwadzieścia lat, dorabiając się wielkiej fortuny od zera, byle tylko uciec z tego miejsca.

Sura poleciała z nim w kilka misji, założyli nowe rodziny na kilku światach. Minął wiek. Trzy. Protokoły misji, które opracowali na starej „Repryzie”, dobrze im służyły, od czasu do czasu spotykali się ze swoimi dziećmi i dziećmi dzieci. Niektóre z nich były lepszymi przyjaciółmi niż Ratko, Bura czy Qo, nigdy jednak nie kochał ich tak bardzo. Pham widział, jak powoli tworzy się nowa struktura. Na razie był to tylko handel, czasami wzmocniony więzami rodzinnymi. Wiedział, że kiedyś przerodzi się to w coś znacznie większego.

Najtrudniejszą rzeczą było zrozumienie, że będą potrzebowali kogoś w centrum, przynajmniej w pierwszych wiekach. Coraz częściej Sura pozostawała na planecie, koordynując przedsięwzięcia Phama i innych.

Mimo to nadal mieli dzieci. Sura rodziła nowych synów i córki, kiedy Pham był o lata świetlne od domu. Żartował z nią z tego cudu, choć w rzeczywistości bolało go, że Sura ma innych kochanków. Sura uśmiechnęła się łagodnie i pokręciła głową.

— Nie, Pham. Każde dziecko, które nazywam swoim, jest także twoje. — W jej oczach pojawił się chytry błysk. — Przez lata napełniłeś mnie tak, że mogłabym urodzić ci całą armię. Nie mogę wykorzystać tego daru w całości, ale z pewnością będę go wykorzystywać.

— Tylko bez klonów — powiedział Pham ostrzej, niż zamierzał.

— Boże, nie… — Odwróciła wzrok. — Ja… jeden wystarczysz mi zupełności. — Może była równie przesądna jak on. A może nie. — Nie, używam naturalnych zygot. Nie zawsze jestem drugim dawcą albo jedynym dawcą.

Medycy z Namqem w tym bardzo dobrzy. — Odwróciła się i zobaczyła jego twarz. — Przysięgam, Pham, wszystkie twoje dzieci mają rodziny.

Wszystkie są kochane… Potrzebujemy ich, Pham. Potrzebujemy rodzin i Wielkich Rodzin. Potrzebuje ich Plan. — Szturchnęła go żartobliwie, próbując przegnać wyraz dezaprobaty z jego twarzy. — Hej, Pham! Czyż to nie senne marzenie każdego barbarzyńskiego zdobywcy? Cóż, powiem ci, że przebiłeś ich wszystkich.

Tak. Tysiące dzieci z tysięcy partnerek, wychowanie i opieka bez żadnych kosztów z jego strony. Prowadząc kampanię królobójstwa i konkubinatu w krajach Północnego Wybrzeża, jego ojciec bezskutecznie próbował zrealizować podobny plan, tyle że na znacznie mniejszą skalę. Pham obywał się bez morderstw, bez przemocy. A jednak… od jak dawna Sura uprawiała ten proceder? Ile dzieci i ilu „dawców”? Wyobrażał ją sobie teraz, jak planuje drzewa genealogiczne, umieszcza odpowiednie talenty w każdej z nowo utworzonych Rodzin, rozsiewa je po całym Queng Ho.

Doznawał przedziwnych, sprzecznych uczuć, kiedy analizował tę sytuację.

Jak powiedziała Sura, było to senne marzenie każdego barbarzyńcy… ale także i swego rodzaju gwałt.

— Powiedziałabym ci na samym początku, Pham. Ale bałam się, że będziesz przeciwny. A to jest takie ważne. — W końcu Pham zaakceptował ten pomysł. Rzeczywiście, ten pomysł był ważny dla realizacji Planu. Z bólem jednak myślał o wszystkich dzieciach, których nigdy nie będzie mu dane poznać.

Przemieszczając się z prędkością 0,3 c, Pham Nuwen podróżował daleko. Wszędzie byli Kupcy, choć ci, którzy żyli w odległości większej niż trzydzieści lat świetlnych od centrum, rzadko nazywali siebie Queng Ho.

To nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, że rozumieli Plan. Przekonani przez Phama nieśli jego idee coraz dalej. Gdziekolwiek poleciał — i dalej, bo niektórym Kupcom wystarczały tylko informacje przekazane drogą radiową — rozprzestrzeniał ducha Queng Ho.

Pham zawsze powracał na Namqem, naginając Wielki Harmonogram niemal do granic możliwości. Sura się starzała. Miała teraz dwieście lub trzysta lat. Jej ciało nadal było jędrne i młode, lecz nieubłaganie zbliżał się czas, kiedy nawet najbardziej zaawansowana medycyna nie utrzyma jej w tym stanie. Nawet niektóre spośród ich dzieci zdążyły się już zestarzeć, gdyż zbyt długo przebywały w portach pomiędzy kolejnymi podróżami. Czasami Pham dostrzegał w oczach Sury starczą mądrość.

Zawsze, gdy wracał na Namqem, zadawał jej to pytanie. Wreszcie pewnej nocy, gdy leżeli obok siebie nasyceni po długim, rozkosznym akcie miłosnym, Pham wybuchnął gwałtownie:

— To nie tak miało wyglądać, Suro! Plan był dla nas obojga. Leć ze mną. Albo przynajmniej zacznij podróżować sama. — A wtedy będziemymogli się spotykać jeszcze przez wiele lat, do końca życia.

Sura odchyliła się od niego i wsunęła dłoń za jego kark. Uśmiechała się smutno.

— Wiem. Myśleliśmy, że oboje będziemy mogli swobodnie podróżować.

Zabawne, ale to największa pomyłka, jaką popełniliśmy w naszym oryginalnym Planie. Przyznaj uczciwie; wiedziałeś, że jedno z nas musi zostać w jakimś centralnym miejscu, musi radzić sobie z Planem niemal przez jedną, nieprzerwaną wachtę. — Podbój wszechświata niósł ze sobą tryliony drobnych problemów, którymi musiał zajmować się ktoś aktywny.