— Tak, w pierwszych wiekach. Ale nie przez… nie przez całe twoje życie!
Sura pokręciła głową. Jej dłoń delikatnie gładziła go po karku.
— Niestety… myliliśmy się. — Dostrzegła ból i niepokój na jego twarzy, przyciągnęła go do siebie. — Mój biedny, barbarzyński książę. — Słyszał lekką ironię w jej głosie. — Stanowisz mój wyjątkowy, niepowtarzalny skarb. A wiesz dlaczego? Bo jesteś geniuszem. Jesteś opętany. Ale kocham cię z jeszcze innego powodu. W środku jesteś jedną wielką sprzecznością.
Mały Pham dorastał na biednych przedmieściach piekła. Widziałeś zdradę i sam zostałeś zdradzony. Rozumiesz zło równie dobrze jak prawdziwy zbrodniarz. A mimo to mały Pham wierzy we wszystkie mity o rycerskości i honorze, mimo to poszukuje ideału. Gdzieś w twojej głowie te sprzeczności żyją obok siebie, a ty przez całe życie próbujesz je pogodzić, próbujesz dopasować do nich cały wszechświat. Będziesz bardzo bliski osiągnięcia tego celu, wystarczająco bliski dla mnie, dla każdego rozsądnego człowie ka — ale może nie dość bliski, byś sam czuł się usatysfakcjonowany. Muszę tu zostać, jeśli nasz Plan ma się powieść. A ty, z tego samego powodu, musisz mnie opuścić. Niestety, dobrze o tym wiesz, prawda, Pham?
Pham spojrzał na prawdziwe okna otaczające apartament Sury. Znajdowali się na szczycie ogromnego biurowca w kształcie wieży, wyrastającego z powierzchni największego księżyca Namqem. Nieruchomości na Tarelsku, szczególnie biurowce, osiągały niebotyczne wręcz ceny, co przy takiej mocy komunikacji sieciowej wydawało się zupełnie niezrozumiałe.
Kiedy ta wieża po raz ostatni była wystawiona na sprzedaż, wartość rocznego wynajmu ostatniego piętra równała się cenie statku kosmicznego.
Przez ostatnie siedemdziesiąt lat wieża wraz z przyległościami należała do rodzin Queng Ho, głównie potomków Phama i Sury. Była to najmniejsza część ich majątku, ukłon w stronę mody.
Teraz zbliżał się właśnie wieczór. Sierp Namqem wisiał nisko na niebie; światła dzielnicy biznesowej Tarelska skutecznie rywalizowały z blaskiem ojczystego świata. Za Ksekundę na niebie miały się pojawić stocznie Vinh & Mamso. Były to prawdopodobnie największe stocznie w Ludzkiej Przestrzeni. Lecz nawet one stanowiły tylko drobną część majątku Rodzin.
Za nią stało bogactwo całego Queng Ho, z każdym rokiem coraz większe, sięgające w coraz bardziej odległe zakątki Ludzkiej Przestrzeni. On i Sura założyli największą kulturę kupiecką wszech czasów. Tak widziała to Sura.
To było wszystko, co kiedykolwiek widziała. To było wszystko, czego kiedykolwiek chciała. Sura nie przejmowała się tym, że nie dożyje ery ich ostatecznego sukcesu… bo uważała, że ten nigdy nie nadejdzie.
Pham powstrzymał więc łzy, które gromadziły się pod jego powiekami. Objął Surę, przyciągnął do siebie delikatnie i pocałował ją w szyję.
— Tak, wiem — powiedział wreszcie.
Pham opóźnił swój odlot z Namqem o dwa lata, o pięć. Został tak długo, że nie mógł już dotrzymać Wielkiego Harmonogramu. Odwołał kilka ważnych spotkań. Kolejne opóźnienie stanowiło zagrożenie dla całego Planu. Kiedy wreszcie opuścił Surę, coś w nim umarło. Przetrwała ich przyjaźń, w pewnym abstrakcyjnym sensie przetrwała nawet ich miłość.
Otworzyła się jednak między nimi przepaść czasu, a Pham wiedział, że już nigdy nie zdoła jej zasypać.
Nim Pham Nuwen przeżył sto lat, zwiedził już ponad trzydzieści układów słonecznych, sto kultur. Istnieli Kupcy, którzy widzieli więcej, ale nie było ich wielu. Z pewnością Sura, zajęta planowaniem na Namqem, nigdy nie obejrzała tego, co Pham. Sura miała tylko książki i opowieści, raporty z odległych miejsc.
Dla rozumnych cywilizacji, nawet tych podróżujących w kosmosie, nic nie trwało wiecznie. Z cudem graniczył fakt, że ludzka rasa przetrwała dość długo, by uciec z Ziemi. Każda inteligentna rasa mogła się unicestwić na wiele różnych sposobów. Pułapki i ucieczki, zarazy, katastrofy atmosferyczne, zderzenia — to były najprostsze niebezpieczeństwa.
Ludzkość żyła dość długo, by zdać sobie sprawę z zagrożenia. Jednak nawet przy zachowaniu największych środków ostrożności każda cywilizacja techniczna nosi w sobie zalążek własnej zagłady. Wcześniej czy później jej struktury kostnieją, a polityka doprowadza ją do upadku. Pham Nuwen urodził się na Canberze w mrokach średniowiecza. Teraz wiedział, że tamtejsza sytuacja wcale nie była najgorsza — w końcu rasa ludzka przetrwała, nawet jeśli straciła na jakiś czas rozwiniętą technikę. Podczas pierwszych stu lat swego życia Pham odwiedzał niektóre światy kilkakrotnie. Czasami pomiędzy poszczególnymi wizytami mijały całe stulecia.
Widział więc, jak utopia Neumars staje się przeludnioną dyktaturą, jak oceaniczne miasta zamieniają się w slumsy dla miliardów. Siedemdziesiąt lat później powrócił do świata zamieszkanego przez kilkaset tysięcy ludzi, świata małych wiosek i dzikusów o pomalowanych twarzach, którzy znali wielką przeszłość swej planety tylko z żałobnych pieśni. Wyprawa zakończyłaby się całkowitym niepowodzeniem, gdyby nie pieśni Vilnios.
Ale Neumarowie i tak mieli szczęście w porównaniu z martwymi światami.
Stara Ziemia była czterokrotnie rekolonizowana od zera, nim zaczęła się diaspora.
Musiał istnieć jakiś lepszy sposób, a wizyta na każdym nowym świecie upewniała Phama, że on zna ten sposób. Imperium. Rząd tak wielki, że upadek całego układu słonecznego nie zachwiałby jego podstawami.
Kultura handlowa Queng Ho stanowiła początek. Wkrótce miała zamienić się w imperium handlowe Queng Ho… a kiedyś w prawdziwe imperium.
Queng Ho znajdowali się bowiem w wyjątkowej sytuacji. Każda cywilizacja Klientów u szczytu swej świetności rozwinęła niezwykłą naukę — a czasami poprawiała nawet te rozwiązania, które do tej pory wydawały się najlepsze i niedoścignione. Zwykle te osiągnięcia ginęły wraz z cywilizacją.
Jednak Queng Ho trwali wiecznie, gromadząc wszystko, co najlepsze. Dla Sury była to największa przewaga Queng Ho nad innymi kulturami handlowymi.
Dla Phama Nuwena było to coś więcej. Dlaczego mamy sprzedawaćwszystko, czego się nauczyliśmy? Owszem, możemy oddać cześć tej wiedzy.
Tak między innymi zarabiamy na życie. Ale gromadźmy najwspanialsze osiągnięcia ludzkiego postępu — przechowujmy je dla dobra wszystkich.
Stąd właśnie wzięły się lokalizatory Queng Ho. Pham wybrał się po nie do Trygve Ytre, najbardziej odległego od Namqem miejsca, jakie do tej pory odwiedził.
Słońce Trygve było jedną z tych małych, przyćmionych gwiazd M, robactwa tych części galaktyki, które nadawały się do kolonizacji. Na jedno słońce przypominające Słońce Starej Ziemi przypadały dziesiątki takich gwiazd — a większość miała planety. Miejsca te nie nadawały się raczej do zamieszkania, ekosfera gwiezdna była tak cienka, że cywilizacja bez wysoko rozwiniętej techniki nie przetrwałaby tam nawet kilku lat. W pierwszych tysiącleciach podboju kosmosu ludzkość ignorowała ten fakt i zasiedliła sporą liczbę podobnych światów. Naiwni, zbyt optymistyczni kolonizatorzy wierzyli, że ich technika będzie trwać wiecznie. A potem, po pierwszym Upadku, miliony ludzi zostały porzucone na światach lodu lub światach ognia, jeśli planeta znajdowała się po wewnętrznej stronie ekosfery gwiazdy.
Trygve Ytre stanowiła nieco bezpieczniejszy wariant, dość zresztą powszechny; gwieździe towarzyszyła planeta olbrzym, orbitująca nieco poza zasadniczą ekosfera. Planeta miała dwa księżyce, jeden wielkości Ziemi. Oba były zamieszkane w czasie, gdy odwiedził je Pham. Lecz większy, Ytre, był prawdziwym klejnotem. Pływy i ciepło wydzielane przez Trygve rekompensowały niedostatki słońca. Ytre miał lądy, powietrze i płynne oceany. Ludzie z Trygye Ytre przetrwali już co najmniej jeden upadek swej cywilizacji.