Выбрать главу

W tej chwili dysponowali techniką dorównującą największym osiągnięciom ludzkości. Mała flota Phama została ciepło przyjęta, znalazła przyzwoite stocznie w pasie asteroid odległym o miliard kilometrów od słońca. Pham zostawił załogi na pokładzie okrętów, sam zaś, korzystając z miejscowego transportu, udał się na Trygve i Ytre. Nie było to Namqem, ale ci ludzie widzieli już innych Kupców. Widzieli także okręty Phama i jego wstępną listę handlową. Większość oferowanych przez Phama towarów nie mogła mierzyć się z osiągnięciami mieszkańców Ytre.

Nuwen pozostał na Ytre przez jakiś czas, kilka tygodni, które miejscowi nazywali jednostkami. Jednostka taka trwała jakieś sześćset Ksekund, czyli tyle, ile zajmowało Ytre jedno okrążenie olbrzyma Trygve. Samo Trygve okrążało słońce w czasie sześciu Msekund. Kalendarz mieszkańców Ytre składał się więc równo z dziesięciu tygodni.

Choć świat ten balansował pomiędzy ogniem i lodem, spora część Ytre nadawała się do zamieszkania.

— Nasz świat jest klimatycznie stabilniejszy niż Stara Ziemia — chełpili się tubylcy. — Ytre leży głęboko w studni grawitacyjnej Trygve, nic nie zakłóca jej biegu.

Zabezpieczyli się też przed wszelkimi zagrożeniami. Słońce M3 miało niewiele ponad jeden stopień szerokości. Ktoś nierozsądny mógłby spojrzeć prosto na jego czerwony dysk, zobaczyć tam wirujące gazy, wielkie i ciemne plamy. Kilka sekund takiej obserwacji mogło spowodować poważne poparzenia, bo oczywiście gwiazda była znacznie jaśniejsza w podczerwieni niż w świetle widzialnym. Zalecane ochraniacze na oczy wyglądały jak zwykły, czysty plastik, ale Pham starał się ich nie używać bez wyraźnej potrzeby.

Jego gospodarze — grupa miejscowych przedsiębiorców — podejmowali go na własny koszt. Pham spędzał czas na nauce języka, starał się też znaleźć wśród swoich towarów coś, co mogło być wartościowe dla jego Klientów. Ci równie wytrwale dążyli do tego samego celu. Przypominało to szpiegostwo przemysłowe w odwróconej, karykaturalnej postaci.

Elektronika mieszkańców Ytre była lepsza od wszystkiego, co dotąd widział Pham, choć Queng Ho mogliby im podsunąć kilka usprawnień w oprogramowaniu. Automatyka medyczna znajdowała się z kolei na nieco niższym poziomie; tu właśnie Pham upatrywał swojej szansy, punktu zaczepienia podczas dalszych negocjacji.

Pham i jego ludzie skatalogowali wszystkie korzyści, jakie może przynieść im to spotkanie. Zyski byłyby znacznie większe od kosztów podróży.

Pham słyszał jednak pewne plotki. Jego gospodarze reprezentowali grupę — „kartel”, bo tylko tak dało się przetłumaczyć to słowo. Ukrywali przed sobą wiele rzeczy. Plotki mówiły o nowym typie lokalizatora, mniejszym od wszystkich, jakie skonstruowano do tej pory, i do tego niewymagającym wewnętrznego źródła zasilania. Wszystko, co dotyczyło lokalizatorów, zwłaszcza jakieś istotne usprawnienia, było zyskownym przedsięwzięciem; urządzenia te były spoiwem pozycyjnym, które czyniło wbudowane systemy tak potężnymi. Lecz te superlokalizatory zawierały podobno czujniki i efektory. Jeśli ta plotka miała potwierdzenie w rzeczywistości, mogła zaważyć na przyszłości całego Ytre, zdestabilizować jego system polityczny i militarny.

Pham Nuwen wiedział, jak zbierać informacje w społeczeństwie technicznym, nawet jeśli nie znał biegle języka tego społeczeństwa, i nawet jeśli pozostawał pod stałą obserwacją. W ciągu czterech tygodni dowiedział się, który kartel może być posiadaczem tego niezwykłego wynalazku. Znał nazwisko jego magnata: Gunnar Larson. Kartel Larsona nie wspominał o nowym lokalizatorze podczas negocjacji handlowych, a Pham nie chciał mówić o nim w obecności innych. Zaaranżował więc prywatne spotkanie sam na sam z Larsonem. Było to posunięcie, które zrozumieliby nawet wujkowie i ciotki Phama ze średniowiecznej Canberry, choć techniczne wybiegi konieczne do zorganizowania rozmowy pozostałyby dla nich czarną magią.

Sześć tygodni po lądowaniu na Ytre Pham Nuwen spacerował samotnie wzdłuż najmodniejszej otwartej ulicy w Dirby. Rozproszone chmury przypominały o niedawnym deszczu. Mieniły się odcieniami różu i szarości w przedwieczornym blasku. Słońce skryło się właśnie za Trygve. Łuk złota i czerwiem opasujący krawędź planety był jedynym widzialnym śladem słońca wchodzącego w fazę zaćmienia. Dysk olbrzyma zajmował dziesięć stopni nieba. Bezgłośne błękitne błyskawice migotały w okolicy jego biegunów polarnych.

Powietrze było zimne i wilgotne, bryza niosła słodkie, naturalne zapachy. Pham szedł niespiesznym, lecz jednostajnym tempem, ciągnąc mocno za smycz, kiedy jego psy chciały przyjrzeć się bliżej czemuś z boku promenady. Rola, w którą się wcielił, wymagała, by spacerował powoli, napawał się widokami, kłaniał uprzejmie przechodniom ubranym podobnie do niego. Był po prostu bogatym mieszkańcem tej dzielnicy, który wybrał się na przechadzkę, by podziwiać wieczorne niebo i popisywać się swymi psami. Tak przynajmniej pouczał go człowiek, który wraz z nim aranżował spotkanie.

— Ochrona na Huskestrade jest bardzo czujna. Jeśli jednak nie będzie pan miał jakiegoś pretekstu, żeby tamtędy chodzić, policja może pana zatrzymać. Proszę zabrać ze sobą jakieś drogie psy. To wystarczający powód, by wyjść na spacer.

Pham spoglądał na osłonięte drzewami pałace stojące wzdłuż promenady. Dirby wyglądało na spokojne miejsce. Kręciło się tu sporo policji… gdyby jednak dość wielu ludzi chciało coś zmienić, wystarczyłaby jedna noc ognia i zamieszek. Kartele prowadziły twardą, handlową grę, ale ich cywilizacja przeżywała właśnie swój rozkwit, najszczęśliwszy okres rozwoju. Może słowo „kartel” nie było nawet właściwym określeniem.

Niektórzy magnaci, wśród nich Gunnar Larson, pozowali na mędrców czerpiących pełnymi garściami ze skarbnicy starożytności. Larson był szefem, owszem, ale słowo określające jego pozycję znaczyło coś więcej. Pham znał termin „król filozof”. Ale Larsem był biznesmenem. Może jego tytuł znaczył „magnat filozof”. Hmm…

Pham dotarł do posiadłości Larsona. Skręcił w prywatną alejkę, która była niemal tak szeroka jak promenada. Obraz w jego wyświetlaczu przygasł, a potem zniknął zupełnie; po kilku kolejnych krokach miał już tylko naturalny widok. Pham był poirytowany, ale nie zaskoczony. Szedł dalej pewnym krokiem, jakby to miejsce należało do niego, pozwolił nawet psom załatwić się za dwumetrową rabatką z kwiatami. Niech magnatfilozof zrozumie mój głęboki szacunek dla całej tej tajemnicy.

— Proszę za mną — odezwał się nagle głos za jego plecami. Pham stłumił nerwowy odruch, odwrócił się i skinął spokojnie głową. W czerwonawym półmroku nie widział żadnej broni. Wysoko na niebie, dwa miliony kilometrów dalej, na powierzchni Trygve zamigotał łańcuch błękitnych błyskawic. Pham przyjrzał się uważniej swemu przewodnikowi i pozostałej trójce, ukrytej w ciemności. Nosili ubrania korporacji, nie mógł jednak nie zauważyć sztywnej, wojskowej postawy ani wyświetlaczy na ich oczach.

Pozwolił im zabrać psy. Właściwie zrobił to z ulgą. Cztery ogromne bestie o drapieżnym wyglądzie nie budziły jego zaufania. Choć nie sprawiały mu żadnych kłopotów, musiałby odbyć jeszcze wiele podobnych przechadzek, by zapałać do nich sympatią.

Pham i pozostali strażnicy przeszli jeszcze ponad sto metrów. Pham widział gałęzie kołysane delikatną bryzą, mech okrywający korzenie drzew. Zauważył już wcześniej, że im wyższą pozycję społeczną zajmował dany biznesmen, tym większym był miłośnikiem natury — i tym większą wagę przywiązywał do szczegółów. Bez wątpienia ta „leśna ścieżka” pielęgnowana była od wieków, by mogła upodobnić się do prawdziwego szlaku w dzikim terenie.