Ścieżka prowadziła na niewielkie wzgórze, gdzie nad strumykiem i niewielkim stawem znajdował się ogród. W czerwonawym blasku widać było wyraźnie zarysy stołów i ludzkiej postaci, która podniosła się, by powitać Phama.
— Magnacie Larson. — Pham wykonał lekki ukłon, którym — jak zaobserwował — pozdrawiali się równi sobie. Larson oddał powitanie. Pham nie widział jego twarzy, był jednak przekonany, że magnat się uśmiecha.
— Kapitanie Nuwen… proszę usiąść.
W niektórych kulturach prawdziwy handel zaczyna się dopiero wtedy, gdy wszyscy są śmiertelni znudzeni rozmową o niczym. Pham nie przypuszczał, że spotka się z tym i tutaj. Miał wrócić do hotelu za dwadzieścia Ksekund — i dobrze byłoby dla nich obu, gdyby inni magnaci nie wiedzieli, gdzie poszedł i z kim rozmawiał. Lecz Gunnar Larson wcale się nie spieszył. Pham mógł przyjrzeć mu się w tych krótkich chwilach, gdy oblewał ich blask błyskawic Trygve; wyglądał jak typowy mieszkaniec Ytre, ale był już bardzo stary — jego blond włosy wyraźnie się przerzedziły, bladoróżową skórę przecinały liczne zmarszczki. Siedzieli w czerwonawym półmroku przez ponad dwie Ksekundy. Starzec gawędził o historii Phama i przeszłości Trygve Ytre. Cholera, może chce się odegrać za te kwiatki. A może była to jakaś niezbadana tajemnica Ytre. Pham mógł się tylko pocieszać faktem, że Larson mówi płynnym aminese, nie dzieliła ich więc przynajmniej bariera językowa.
Posiadłość Larsona była niesamowicie cicha. Miasto Dirby liczyło niemal milion mieszkańców i choć żaden z domów nie był szczególnie wysoki, zabudowa rozciągała się co najmniej na tysiąc metrów od zatłoczonej Huskestrade. Tutaj jednak najgłośniejszym dźwiękiem był głos Gunnara Larsona i plusk małego wodospadu u podnóży pagórka. Oczy Phama przywykły już do półmroku. Widział odbicie Trygve w stawie. Dostrzegł zmarszczki na wodzie, kiedy jakieś wielkie, opancerzone stworzenie przepływało tuż pod jej powierzchnią. Właściwie zaczyna mi się podobać cyklświatła na Ytre. Trzy tygodnie temu Pham był pewien, że taki czas nigdy nie nadejdzie. Noce i dnie ciągnęły się w nieskończoność, ale zaćmienia przynosiły chwilową ulgę. Po jakimś czasie człowiek zaczynał nawet zapominać, że niemal wszystkie kolory są odcieniem czerwieni. Ten świat wydawał się wygodny i bezpieczny; jego mieszkańcy żyli w dobrobycie i pokoju niemal od tysiąca lat. Więc może jednak kryła się za tym jakaś mądrość…
Nagle, nie wypadając wcale z rytmu rozmowy o niczym, Larson spytał:
— Więc chciałby pan poznać sekret moich lokalizatorów?
Pham wiedział, że wyraz zdumienia pojawił się tylko w jego oczach.
— Po pierwsze chciałbym się dowiedzieć, czy coś takiego w ogóle istnieje. Plotki są zadziwiające… i mało konkretne.
Zęby starca błysnęły w uśmiechu.
— Och, istnieją, istnieją. — Zatoczył ręką szeroki łuk. — Pozwalają mi widzieć wszystko dokoła. Zmieniają tę ciemność w dzień.
— Rozumiem. — Starzec nie nosił wyświetlaczy. Czy widział sardoniczny grymas na twarzy Phama?
Larson roześmiał się cicho.
— O tak. — Dotknął skroni tuż za okiem. — Jeden znajduje się tutaj.
Inne zestrajają się z nim i bardzo precyzyjnie stymulują mój nerw wzrokowy. Wymaga to długich ćwiczeń i doświadczenia. Jeśli jednak dysponuje się odpowiednią liczbą lokalizatorów Larsona, mogą udźwignąć ten ciężar. Mogą syntezować widok z dowolnie obranego przeze mnie kierunku. — Uczynił jakiś niewyraźny gest rękami. — Widzę pańską twarz wy raźniej niż w jasny dzień, panie Nuwen. A dzięki lokalizatorom, które osiadły na pańskich rękach i szyi, mogę nawet zajrzeć do pańskiego wnętrza. Słyszę bicie pańskiego serca, pański oddech. Przy odrobinie koncentracji… — przechylił lekko głowę… — mogę nawet ocenić przepływ krwi w konkretnych obszarach pańskiego mózgu. Jest pan szczerze zdumiony, młody człowieku.
Pham zacisnął zęby, zły na samego siebie. Jego towarzysz spędził ponad Ksekundę, zestrajając system wokół niego. Gdyby spotykali się w biurze magnata, z dala od ogrodu i tego cichego mroku, Pham miałby się bardziej na baczności. Wzruszył ramionami.
— Pańskie lokalizatory są zdecydowanie najbardziej interesującym elementem obecnego etapu rozwoju cywilizacji Ytre. Chętnie kupiłbym kilka próbek — y choć w tej chwili oczywiście bardziej interesują mnie parametry i podstawa oprogramowania.
— Dlaczego?
— To oczywiste i… niezwiązane z tematem. Ważne jest to, co mogę dać panu w zamian. Wasza medycyna stoi na znacznie niższym poziomie niż w Namqem czy Kielle.
Wydawało mu się, że Larson skinął głową.
— Jest gorsza niż przed Upadkiem. Nigdy nie odzyskaliśmy straconych starych sekretów.
— Nazwał mnie pan „młodym człowiekiem” — powiedział Pham. — A ile właściwie pan ma lat? Dziewięćdziesiąt? Sto? — Pham i jego ludzie przejrzeli uważnie sieć Ytre, oceniając poziom nauk medycznych tubylców.
— Dziewięćdziesiąt jeden, w waszych Msekundowych latach — odparł Larson.
— Widzi pan, ja przeżyłem sto dwadzieścia siedem lat. Nie liczę oczywiście hibernacji. — I nadal wyglądam jak młody człowiek.
Larson milczał przez dłuższą chwilę, a Pham był pewien, że zdobył właśnie ważny punkt. Może ci „magnaci filozofowie” nie byli jednak tacy nieodgadnieni.
— Tak, chciałbym znów być młody. Miliony ludzi wydałyby miliony na to samo. Co może dać mi wasza medycyna?
— Wiek lub dwa w takiej formie, w jakiej ja obecnie się znajduję.
Kolejne dwa lub trzy wieki powolnego, lecz widocznego starzenia.
— Ach, to nawet odrobinę więcej, niż my potrafilibyśmy osiągnąć przed Upadkiem. Lecz bardzo starzy będą wyglądać i cierpieć tak samo jak zawsze. Istnieją wewnętrzne granice, których ludzkie ciało nie może przekroczyć.
Pham milczał uprzejmie, uśmiechał się jednak w duchu. Medycyna okazała się właściwym haczykiem. Dostanie lokalizatory w zamian za przyzwoitą naukę medyczną. Obie strony ogromnie na tym skorzystają.
Magnat Larson przeżyje kilka dodatkowych stuleci. Jeśli dopisze mu szczęście, obecny cykl jego cywilizacji potrwa nieco dłużej. Lecz za tysiąc lat, kiedy Larson obróci się już w proch, a jego cywilizacja upadnie — za tysiąc lat Pham i Queng Ho nadal będą podróżować między gwiazdami. I nadal będą mieć lokalizatory Larsona.
Larson wydawał z siebie dziwny, przytłumiony dźwięk. Po chwili Pham zrozumiał, że to kaszlący śmiech.
— Ach, proszę mi wybaczyć. Być może ma pan sto dwadzieścia siedem lat, ale w swym umyśle nadal jest pan młodym człowiekiem. Skrywa się pan za ciemnością i nieporuszoną twarzą — proszę się nie obrazić. Nie wyćwiczył pan jeszcze wszystkich odruchów. Dzięki moim lokalizatorom widzę pański puls i przepływ krwi w pańskim mózgu… Myśli pan, że kiedyś zatańczy na moim grobie, tak?
— Ja… — Do diabła. Ekspert korzystający z najlepszych czujników inwazyjnych nie mógł aż tak dalece poznać myśli drugiego człowieka. Larson po prostu zgadywał albo lokalizatory były jeszcze cenniejsze, niż Pham przypuszczał. Jego zdumienie i ostrożność zaprawione były gniewem. Larson kpił sobie z niego. Cóż, trzeba więc mówić prawdę:
— W pewnym sensie, tak. Jeśli dobijemy targu, będzie pan żył tyle samo lat co ja. Ale ja jestem Queng Ho. Przesypiam całe dziesięciolecia drogi między gwiazdami. Wasze cywilizacje to dla nas efemerydy. — Proszę.