Patrzyli w milczeniu. Pham obserwował Trygve podczas podróży z asteroid, a to, co widział teraz, nie zaskoczyło go. Cały ten spektakl był wynikiem odpowiedniego ułożenia ciał niebieskich* zbiegiem okoliczności.
A jednak… nie dziwił się, że ktoś przywiązany do jednego miejsca może wpadać w zachwyt, gdy wszechświat odsłoni przed nim jedną ze swych tajemnic. To zabawne, ale sam czuł w tej chwili dziwne uniesienie.
Po chwili serce Trygve znów okryło się ciemnością, a śpiew w drzewach umilkł; całe przedstawienie trwało nie dłużej niż sto sekund.
To Larson przerwał w końcu milczenie.
— Jestem pewien, że możemy dobić targu, mój młody stary człowieku. W pewnej mierze, a nie chciałbym ujawniać jakiej, zależy nam na waszej technologii medycznej. Mimo to byłbym wdzięczny, gdyby zechciał pan odpowiedzieć na moje pierwsze pytanie. Co zrobicie z lokalizatorami Larsona? Te urządzenia to marzenie każdego szpiega. Nadużywane, mogą prowadzić do wszechobecnego terroru i szybkiego końca cywilizacji. Komu je sprzedacie?
Z jakiegoś niezrozumiałego powodu Pham odpowiedział mu szczerze.
Kiedy wschodnia krawędź Trygve powoli jaśniała, Pham przedstawił swoją wizję imperium całej ludzkości. Było to coś, czego nigdy nie wyjawił zwykłemu Klientowi, coś, o czym mówił tylko tym nielicznym Queng Ho, którzy wydawali mu się dość inteligentni i elastyczni. Mimo to większość nie potrafiła zaakceptować całego planu. Podobnie jak Sura odrzucali rzeczywisty i ostateczny cel Phama, gotowi jednak czerpać korzyści z oryginalnej kultury Queng Ho…
— Zatrzymamy lokalizatory dla siebie. Zrezygnujemy z ogromnych zysków, musimy mieć jednak pewną przewagę nad cywilizacjami Klientów.
Wspólny język, zsynchronizowane plany podróży, publiczne bazy danych — wszystkie te rzeczy dadzą nam spójną kulturę. Lecz sekrety takie jak te lokalizatory zabiorą nas o krok dalej. W końcu nie będziemy tylko przypadkowymi mieszkańcami „niszy handlowej”, staniemy się trwałą kulturą ludzkości.
Larson milczał przez dłuższy czas.
— Masz wspaniałe marzenia, synu — przemówił wreszcie poważnym, pozbawionym cienia ironii głosem. — Liga ludzkości, która złamałaby wreszcie koło czasu. Przykro mi, ale nie wierzę, byśmy kiedykolwiek do tarli na szczyt tych marzeń. Lecz ich podnóża, niższe zbocza… są czymś cudownym i być może osiągalnym. Jasne czasy mogłyby okazać się jaśniejsze i zapewne trwałyby dłużej…
Larson był niezwykłym człowiekiem, choć Klientem. Lecz z jakiegoś niezrozumiałego powodu był tak samo zaślepiony jak Sura Vinh. Pham opadł bezwładnie na oparcie miękkiej drewnianej ławki. Po chwili Larson przemówił ponownie:
— Jest pan rozczarowany. Szanuje mnie pan i miał pan nadzieję na coś więcej. Ma pan słuszność w wielu, bardzo wielu sprawach, kapitanie. Widzi pan zadziwiająco wyraźnie jak na kogoś z … Rurytanii. — W jego głosie kryła się dobrotliwość. — Wie pan, mój ród liczy sobie dwa tysiące lat. W oczach Kupca to ledwie chwila, lecz tylko dlatego, że Kupcy spędzają większość czasu w uśpieniu. Poza wiedzą, którą zgromadziliśmy bezpośrednio, ja i ci przede mną, czytaliśmy o innych miejscach i czasach, o setkach światów, tysiącach cywilizacji. Niektóre z pańskich idei mogą się ziścić. Niektóre niosą więcej nadziei niż cokolwiek od czasów Epoki Niespełnionych Marzeń. Myślę, że mam kilka pomysłów, które mogłyby okazać się pomocne…
Rozmawiali przez całą resztę zaćmienia, kiedy dysk słońca wynurzył się znad wschodniej krawędzi Trygve i wspiął wysoko na nieboskłon. Niebo ponownie pokryło się błękitem. A oni nadal rozmawiali. Teraz to Gunnar Larson miał najwięcej do powiedzenia. Próbował wyrażać się jasno i treściwie, a Pham notował w pamięci wszystkie jego słowa. Może jednak aminese nie był tak doskonałym językiem, jak wydawało mu się wcześniej; Pham nigdy nie zrozumiał wielu rzeczy, o których mówił Larson.
Po drodze dobili targu i ustalili warunki wymiany lokalizatorów Larsona na technologię medyczną Queng Ho. Do listy nabytków dołączyły jeszcze inne — na przykład grupa stworzeń, które śpiewały podczas zaćmienia — ogólnie jednak wszystko odbyło się wyjątkowo sprawnie. Obie strony czerpały z tego tak wielkie korzyści… Phama przytłoczyły inne rzeczy, które miał mu do powiedzenia Gunnar Larson, rady, które mogły okazać się bezwartościowe, lecz niosły ziarno prawdziwej mądrości.
Podróż do Trygve Ytre była jedną z najbardziej zyskownych w handlowej karierze Phama, lecz to rozmowa z Gunnarem Larsonem, biznesmenem i filozofem, najmocniej utkwiła mu w pamięci. Później był pewien, że Larson odurzył go jakimiś psychoaktywnymi środkami; inaczej Pham nigdy nie poddawałby się tak łatwo jego sugestiom. Ale… może to było nieistotne. Gunnar Larson miał dobre pomysły — przynajmniej te, które zrozumiał Pham. Tamten ogród i wypełniająca go atmosfera spokoju, wyciszenia to było coś potężnego i znaczącego. Wracając z Trygve Ytre, Pham pojął, że ten spokój pochodził z żywego ogrodu, zrozumiał też moc, jaką krył w sobie choćby pozór mądrości. Można było połączyć te dwie wartości. Żywe materiały zawsze stanowiły ważną pozycję handlową… teraz jednak miały stać się czymś więcej. Etyka żywych istot miała znaleźć się w sercu nowego Queng Ho. Każdy okręt, który umie utrzymać park, powinien taki mieć. Queng Ho powinni gromadzić najlepsze z żywych rzeczy równie skrupulatnie i zapamiętale jak najlepszą technologię. Ta rada starca z Ytre była całkowicie zrozumiała. Dzięki temu Queng Ho mieli zyskać reputację miłośników natury, jej strażników i opiekunów.
Tak właśnie narodziła się tradycja parków i bonsai. Założenie i utrzymanie parków było bardzo kosztowne, lecz w ciągu tysiącleci, jakie minęły od wizyty Phama na Trygve Ytre, to właśnie ten element kultury Queng Ho zdobył sobie największą i najgłębszą miłość Kupców.
A Trygve Ytre i Gunnar Larson? Larson nie żył już od tysiącleci. Cywilizacja Ytre przeżyła go zaledwie o kilkadziesiąt lat. Ytre zamienił się w jedno wielkie państwo policyjne, wszechobecny terror doprowadził w końcu do chaosu i zniszczenia. Najprawdopodobniej to właśnie lokalizatory Larsona przyspieszyły ten proces. Cała jego mądrość i przenikliwość nie pomogły zbyt wiele jego światu.
Pham zmienił nieco swoją pozycję w hamaku. Myśli o Ytre i Larsonie zawsze wprawiały go w dziwny nastrój. To był zawsze stracony czas…
prócz dzisiejszego wieczoru. Dzisiaj potrzebował właśnie atmosfery tamtego spotkania. Potrzebował kinestetycznej pamięci zarządzania lokalizatorami. W jego pokoju z pewnością było ich już co najmniej kilkadziesiąt.
Jak wyglądał ruch i stan ciała, który pozwoliłby mu kontaktować się z nimi? Pham ukrył ręce pod nakryciem. Zacisnął dłonie w pięści i naciskał palcami niewidzialne klawisze. Oczywiście to byłoby zbyt proste. To nie mogło zadziałać w ten sposób. Pham westchnął, ponownie zmienił rytm oddechu i puls… i poczuł ten sam podziw i zdumienie, które towarzyszyły mu przy pierwszych ćwiczeniach z lokalizatorami Larsona, Blade niebieskie światło, bardziej niebieskie niż błękitne, błysnęło raz na skraju jego pola widzenia. Pham uchylił lekko powieki. W pokoju panowała ciemność. Światło wydobywające się z nocnego pulpitu było zbyt słabe, by odsłonić barwy. Jego hamak dryfował powoli w delikatnym podmuchu wentylatora. Błękitne światło nie pochodziło z żadnego zewnętrznego źródła, lecz z wnętrza jego nerwu wzrokowego. Pham opuścił powieki, skoncentrował się ponownie na oddechu. Po chwili znów ujrzał błękitne, migotliwe światło. Był to efekt zsyntetyzowanego promienia układu lokalizatorów prowadzonego od tych, które umieścił na skroni i w uchu.