Выбрать главу

Na razie komunikacja ta nie ukazywała mu niczego prócz migocących iskierek. System był tak zaprogramowany, by nie miały doń dostępu osoby niepowołane, bez odpowiedniego przygotowania. Tym razem Pham trzymał oczy zamknięte, nie zmienił rytmu oddechu ani pulsu. Złożył dwa palce i przycisnął je do dłoni. Minęła sekunda. Światło znów rozbłysło, reagując na jego ruch. Pham zakasłał, odczekał moment, poruszył ręką. Błękitne światło zamigotało: raz, dwa, trzy… był to ciąg impulsów odliczających w systemie dwójkowym. Odpowiedział tym samym, wykorzystując kody, które ustalił wiele lat temu.

Przeszedł przez kod wprowadzający. Był w środku! Światła, które migotały pod jego powiekami, nie tworzyły na razie żadnej spójnej całości.

Potrzebował jeszcze wielu Ksekund, by ustawić tak precyzyjny obraz, jaki mogła mu zapewnić sieć lokalizatorów. Nerw wzrokowy był po prostu zbyt duży, zbyt skomplikowany, by natychmiast przedstawić mu czysty, wyraźny widok. Nieważne. Liczyło się tylko to, że miał kontakt z siecią. Lokalizatory ustaliły już jego parametry fizyczne; mógł komunikować się z nimi na wiele sposobów. Pozostały mu jeszcze prawie trzy Msekundy obecnej wachty. Miał dość czasu, by zrobić to, co konieczne, wejść do sieci floty i stworzyć sobie nowy kamuflaż. Cóż by to mogło być? Coś wstydliwego, tak. Jakiś haniebny powód, dla którego Pham Trinli musiał przez wszystkie te lata odgrywać bufona. Historia, do której mogliby się odnieść Nau i Brughel i którą mogliby go szantażować. Co?

Pham czuł, jak chytry uśmieszek pojawia mu się na twarzy. ZamleEng, niech twoja podła dusza handlarza niewolników gnije po wsze czasyw piekle. Wyrządziłeś mi wiele krzywd. Może choć po śmierci przydasz mi siędo czegoś.

Dwadzieścia trzy

„Dziecięca godzina nauki”. Taka niewinna nazwa. Ezr powrócił po długiej przerwie do służby, by zrozumieć, że ten program stał się jego osobistym koszmarem. Qiwi obiecała; jak mogła do tego dopuścić? Lecz każde kolejne przedstawienie było jeszcze gorsze od poprzedniego.

A dzisiejsze mogło stać się najgorszym. Przy odrobinie szczęścia mogło stać się także ostatnim.

Ezr wleciał do saloniku Benny’ego tysiąc sekund przed rozpoczęciem programu. Aż do ostatniej chwili zamierzał oglądać go ze swego pokoju, masochizm wygrał jednak kolejną rundę. Usiadł w tłumie i przysłuchiwał się rozmowom.

Salonik Benny’ego stał się centralnym miejscem spotkań na LI. Minęło już szesnaście lat od jego powstania. Benny spędzał na służbie dwadzieścia pięć procent obiektywnego czasu; prowadził salon na zmianę z Gonie Fong i innymi. Stara tapeta zniszczyła się już w kilku miejscach, trójwymiarowy widok stracił nieco ze swej iluzoryczności. Wszystko było tutaj nieoficjalne, albo sprowadzone z innych miejsc stacji, albo wyprodukowane z diamentu, lodu i śniegu powietrznego. Ali Lin stworzył nawet grzybnię, która pozwalała na wyhodowanie niemal doskonałego drewna ze słojami. Podczas długiej nieobecności Ezra bar i ściany zostały wyłożone ciemnym, wypolerowanym drewnem. Było to miłe i przytulne miejsce, czasami pozwalało nawet zapomnieć na chwilę, że nie stworzyli go wolni Queng Ho…

Podczas nieobecności Ezra Benny dołożył do tabeli nowy element — aktualną datę Pająków, według notacji Trixii; 60//21. Dwudziesty pierwszy rok obecnego pokolenia Pająków, czyli sześćdziesiątego cyklu słonecznego od czasów założenia jakiejś tam dynastii. Stare przysłowie Queng Ho mówiło: „Jeśli zaczynasz używać kalendarza tubylców, to znak, że jesteś tam już zbyt długo”. 60//21. Dwadzieścia jeden lat od Wybuchu, od śmierci Jimmy’ego i pozostałych. Po cyfrach oznaczających pokolenie i rok następował numer kolejnego dnia i aktualny czas w ladillskich „godzinach” i „minutach”, systemie, którego tłumacze do tej pory nie usprawnili. Teraz wszyscy przychodzący do baru mogli odczytywać te informacje równie łatwo jak czasomierz Queng Ho. Wiedzieli co do sekundy, kiedy zacznie się przedstawienie Trixii.

Przedstawienie Trixii. Ezr zgrzytnął zębami. Przedstawienie odgrywane przez niewolników; a najgorszy był fakt, że nikomu to specjalnie nie przeszkadzało. Powoli, kawałek po kawałku, upodabniamy się do Etnergentów.

Jau Xin, Rita Liao i kilka innych par — wśród nich czworo Queng Ho — siedziało przy swych ulubionych stolikach, gawędząc o tym, co może się wydarzyć podczas dzisiejszej audycji. Ezr siedział z boku grupy, zafascynowany i zdegustowany jednocześnie. Teraz już nawet niektórzy z Emergentów byli jego przyjaciółmi. Jau Xin, na przykład. Xin i Liao byli ślepi na wiele problemów moralnych, jak typowi Emergenci, mieli jednak także wzruszające, ludzkie problemy. A czasami, kiedy nikt inny nie mógł tego dostrzec, Ezr widział coś w oczach Xina. Jau był bystry, miał naturę naukowca. Gdyby nie dopisało mu szczęście w emergenckiej loterii, zakończyłby swą uniwersytecką karierę jako fiksat. Większość nie przejmowała się takimi dylematami moralnymi; Jau tego nie potrafił.

— …obawiam się, że to będzie już ostatnie przedstawienie. — Rita Liao wyglądała na szczerze zmartwioną.

— Nie przejmuj się tak, Rito. Nie wiemy nawet, czy to jakiś poważny problem.

— To pewne. — Gonie Fong nadleciała z góry, głową w dół. Rozdała wszystkim bańki z piwem i napojami. — Myślę, że twardogłowi… — spojrzała przepraszająco na Ezra — …że tłumacze w końcu się w tym pogubili. Nawet zapowiedzi tej audycji nie mają sensu.

— Ależ skąd. Są całkiem jednoznaczne. — To jeden z Emergentów, który w całkiem rozsądny sposób próbował wytłumaczyć, co znaczy określenie „perwersja spoza fazy”. Problem nie leżał tutaj w tłumaczeniu, lecz w ludzkiej niezdolności do akceptacji czegoś zupełnie Odmiennego.

„Dziecięca godzina nauki” była jedną z pierwszych audycji radiowych, jakie przetłumaczyła Trixia i inni. Samo dopasowanie głosu do przełożonych wcześniej form pisanych było ogromnym triumfem. Pierwsze audycje — nadane piętnaście obiektywnych lat wcześniej — tłumaczone były tylko na piśmie. Dyskutowano nad nimi w saloniku Benny’ego z tym samym abstrakcyjnym zainteresowaniem, z jakim traktowano najnowsze teorie twardogłowych o pochodzeniu i naturze gwiazdy OnOff. W miarę upływu lat audycja zyskiwała coraz większą popularność. Świetnie. Tyle że gdzieś podczas ostatnich pięćdziesięciu Msekund Qiwi Lin zawarła umowę z Trudem Silipanem. Co dziewięć lub dziesięć dni Trixia i inni wystawiani byli na widok publiczny i odgrywali przedstawienie na żywo. Podczas obecnej wachty Ezr nie zamienił z Qiwi więcej niż dziesięć słów. Obiecała,że będzie opiekować się Tńxią. Co można powiedzieć komuś, kto nie dotrzymuje takiej obietnicy? Nawet teraz jednak nie wierzył, że Qiwi jest zdrajczynią. Ale sypiała z Tomasem Nau. Może wykorzystywała tę pozycję, by bronić interesów Queng Ho. Może. Na razie jednak wydawało się, że to Nau czerpie z tego najwięcej korzyści.

Ezr widział do tej pory cztery „spektakle”. Każdy z fiksatów angażował w tę interpretację taki ładunek emocji, na jaki nie zdobyłby się żaden zwykły tłumacz ani żaden sztuczny system.

Zdaniem twardogłowych gospodarz programu nazywał się Rappaport Digby. „Skąd oni biorą te dziwaczne nazwiska?” — pytali wciąż ludzie. Ezr wiedział, że większość pochodzi od Trixii. Była to jedna z niewielu rzeczy, o których mógł naprawdę porozmawiać z Trixią, tu wreszcie przydawała mu się jego znajomość Pierwszego Klasycyzmu. Czasami Trixia prosiła go o nowe słowa. Właściwie to Ezr zaproponował nazwisko „Digby”, wiele lat temu. Trixia uznała, że pasuje do czegoś, co widziała w charakterze tego konkretnego Pająka. Ezr znał tłumacza, który grał Rappaporta Digby. Poza przedstawieniem Zinmin Broute był typowym twardogłowym, zafiksowanym, niekomunikatywnym, łatwo popadającym w złość. Teraz jednak, kiedy pojawił się jako Pająk Rappaport Digby, był miły i rozmowny, cierpliwie wyjaśniał dzieciom jakieś problemy naukowe…