Выбрать главу

Liao wyraźnie się uspokoiła.

— Świetnie! Dobra robota, Trud.

Silipan ukłonił się nisko, przyjmując pochwały za coś, do czego nie przyłożył ręki.

— Więc za kilka minut powinniśmy się dowiedzieć, jakież to dziwne rzeczy ten Underhill robił ze swoimi dziećmi… — Trud przechylił lekko głowę, słuchając wiadomości na prywatnym kanale. — Już są!

Zniknął soczysty, niebieskozielony krajobraz. Ściana za barem otworzyła się nagle na jedną z sali konferencyjnych w Hammerfest. Z prawej strony wysunęła się Annę Reynolt, jej ręka była zniekształcona przez ostry kąt perspektywy; część tapety po prostu nie mogła poradzić sobie z trójwymiarowym obrazem. Za Reynolt sunęło dwóch techników i pięcioro twardogłowych… zafiksowanych osób. Jedną z nich była Trixia.

W tym miejscu Ezr miał ochotę krzyczeć albo uciec, schować się w jakimś ciemnym miejscu i udawać, że świat nie istnieje. Zazwyczaj Emergenci ukrywali fiksatów głęboko w swoich systemach, jakby wiedzeni resztkami wstydu. Zazwyczaj Emergenci woleli otrzymywać wyniki z komputera i wyświetlaczy, dane ułożone starannie w tabelkach i wykresach.

Benny powiedział mu, że na początku do saloniku transmitowano tylko głosy tłumaczy. Potem Trud opowiedział wszystkim o spektaklu odgrywanym przez twardogłowych i do głosu dołączył także przekaz wideo. Z pewnością fiksaci nie mogli odczytać ruchów ciała z audycji radiowej. Nie to było jednak istotne; choć poczynania twardogłowych mogły być całkowicie nonsensowne, właśnie tego chciały upiory zgromadzone w saloniku.

Trixia była ubrana w luźny skafander. Częściowo splątane włosy unosiły się wokół głowy. Ezr wyczesał je dokładnie niecałe czterdzieści Ksekund wcześniej. Zniecierpliwionym gestem odegnała od siebie techników i przytrzymała się krawędzi stołu. Rozglądała się nieprzytomnie na boki, mamrocząc coś pod nosem. Otarła twarz rękawem i przypięła się do krzesła.

Inni fiksaci, równie nieprzytomni jak Trixia, poszli w jej ślady. Większość miała na głowach wyświetlacze. Ezr wiedział, co widzą i słyszą w tej chwili, transdukcję języka Pająków na średnim poziomie. To był cały świat Trixii.

— Mamy synchronizację, pani dyrektor — powiedział jeden z techników do Reynolt.

Dyrektor zasobów ludzkich przeleciała wzdłuż rzędu niewolników, zamieniając miejscami niektórych z nich — Ezr nie miał pojęcia, dlaczego to robiła. Wiedział jednak, że ta kobieta ma wyjątkowy talent. Była 2suką o zimnych oczach, ale wiedziała, co robić, by fiksaci osiągali jak najlepsze rezultaty.

— Dobrze, zaczynamy… — Podleciała w górę, znikając z oczu publiczności zgromadzonej w saloniku. Zinmin Broute wstał ze swego miejsca i przemawiał już doniosłym głosem:

— Nazywam się Rappaport Digby, a słuchacie państwo audycji „Dziecięca godzina nauki”…

Tego dnia tata zabrał ich wszystkich do stacji radiowej. Jirlib i Brent zajęli miejsca na najwyższym pokładzie samochodu — zachowywali się poważnie i odpowiedzialnie, a przy tym wyglądali niemal jak dzieci urodzone w fazie, nie wywoływali więc sensacji na ulicy. Rhapsa i Mały Hrunk byli jeszcze na tyle mali, że mogli skryć się w futrze taty; musieli poczekać jeszcze co najmniej rok, by przestano ich nazywać maskotkami rodziny.

Gokna i Victory siedziały z tyłu, każda na osobnej grzędzie. Victory patrzyła przez przyciemnioną szybę na ulice Princeton. To wszystko sprawiało, że czuła się trochę jak królewskie dziecko. Przechyliła lekko głowę w stronę swej siostry; może Gokna była jej służącą.

Gokna parsknęła wyniośle. Były do siebie tak podobne, że obie z pewnością myślały o tym samym — i obie widziały siebie w roli królowych.

— Tato, skoro nie będziemy dzisiaj występować, to po co z tobą jedziemy?

Ojciec się roześmiał.

— Och, nigdy nie wiadomo. Kościół Ciemności uważa, że ma monopol na prawdę. Ale ciekaw jestem, czy ta ich rzecznik zna w ogóle jakieś dzieci spoza fazy. Może okaże się, że w gruncie rzeczy jest całkiem sympatyczna. Kiedy staniecie przed nią, nie będzie chyba dyszeć na was ogniem tylko dlatego, że jesteście spoza fazy.

To było możliwe. Victory pomyślała o wuju Hrunku, który nigdy nie akceptował ich rodziny… a jednocześnie bardzo ich kochał.

Samochód jechał przez zatłoczone ulice w górę śródmiejskiej alei prowadzącej do wzgórz radiowych. Stacja Princeton była najstarszą rozgłośnią w mieście — tata mówił, że zaczęła nadawać przed ostatnią Ciemnością, gdy była jeszcze stacją wojskową. W tym pokoleniu właściciele wznieśli ją na starych fundamentach. Mogli mieć studia w mieście, bardziej zależało im jednak na podtrzymaniu tradycji. Podróż do stacji była bardzo ekscytująca, droga wiła się wokół najwyższej góry w mieście, znacznie wyższej nawet od tej, na której znajdował się ich dom. Ziemię na zewnątrz wciąż pokrywał poranny szron. Victory przeszła na grzędę Gokny i obie przysunęły się do okna, by mieć lepszy widok. Był środek zimy, a słońce wchodziło już w środkowe lata Jasności, lecz one dopiero drugi raz widziały szron. Gokna wyciągnęła rękę w stronę wschodu.

— Spójrz, jak jesteśmy wysoko… widać stąd Poszarpańce!

— A na szczytach leży śnieg! — wykrzyknęły obie zgodnym chórem.

Lecz widoczna w oddali biel była tylko porannym szronem. Pierwszy śnieg mógł zawitać do regionu Princeton dopiero za kilka lat, i to jeśli zimy będą dość ostre. Ciekawe, jakie to uczucie chodzić po śniegu? Albo wpadać w zaspę? Przez chwilę obie się nad tym zastanawiały, zapominając o innych wydarzeniach dnia, przede wszystkim debacie radiowej, która zaprzątała umysły wszystkich, nawet pani generał, przez ostatnie dziesięć dni. Najpierw wszystkie kobliki, a szczególnie Jirlib, obawiały się tej debaty.

— To koniec audycji — powiedział ich starszy brat. — Teraz ludzie wiedzą o nas. — Generał przyjechała specjalnie z Dowództwa Lądowego, by oznajmić im, że nie ma się czym martwić, że tata zajmie się wszystkimi skargami. Nie powiedziała jednak, że wrócą do programu. Generał Victory Smith była przyzwyczajona do spotkań z żołnierzami, członkami sztabu. Nie umiała pocieszać dzieci. Gokna i Victory uważały w skrytości ducha, że cała ta historia z radiem przerażała mamę bardziej niż wszystkie wojenne przygody z przeszłości.

Tylko tata nie tracił dobrego humoru.

— Właśnie na to czekałem od samego początku — powiedział mamie po jej powrocie z Dowództwa Lądowego. — Czas już wyjść z tym do ludzi.

Ta debata odsłoni wiele rzeczy. — Były to te same argumenty, które powtarzała mama, ale w ustach taty brzmiały one radośniej. Przez ostatnie, dziesięć dni bawił się z nimi nawet częściej niż zwykle. — Jesteście moimi specjalnymi ekspertami w tej debacie, więc mogę spędzać z wami cały czas i mimo to być obowiązkowym pracownikiem. — Chodził bokiem to tu, to tam, udając, że zajmuje się jakąś niewidzialną pracą. Dzieciaki to uwielbiały i nawet Jirlib i Brent podzielali optymizm swego ojca. Generał wyjechała na południe poprzedniej nocy; jak zwykle miała na głowie większe zmartwienia niż problemy rodzinne.

Szczyt Wzgórza Radiowego wznosił się ponad wierzchołkami drzew.

Niskie janowce okrywały ziemię wokół parkingu. Dzieci wysiadły z samochodu, dziwiąc się mroźnemu powietrzu. Mała Victory czuła dziwne pieczenie we wszystkich drogach oddechowych, jakby… jakby i tam tworzył się szron. Czy to możliwe?

— Chodźcie, dzieci. Gokna, nie gap się tak. — Tata i jego starsi synowie wprowadzili je na stare szerokie stopnie stacji. Schody były szorstkie, nadpalone w kilku miejscach, jakby w zamyśle właścicieli miały sprawiać wrażenie, że reprezentują jakąś starodawną tradycję.