Выбрать главу

— Może się pani śmiać, panno Ultmot, ale czas antenowy to pieniądz.

Tak czy inaczej, będę…

— Trzy, dwa, jeden… — Didi przerwała mu bezceremonialnie i wycią gnęła w jego stronę długą, spiczastą rękę.

Kober natychmiast przeszedł do rzeczy, jakby czekał na ten sygnał w cierpliwym skupieniu. Powoli, z namaszczeniem wypowiadał słowa, które od ponad piętnastu lat stanowiły znak rozpoznawczym tego programu:

— Nazywam się Rappaport Digby, a słuchacie państwo audycji „Dzie cięca godzina nauki”…

Kiedy Zinmin Broute rozpoczął tłumaczenie, jego ruchy przestały być nerwowe i chaotyczne. Patrzył prosto przed siebie i uśmiechał się lub krzywił twarz w zupełnie naturalny sposób, jakby emocje wywołujące te grymasy były rzeczywiste. I może były rzeczywiste — dla jakiegoś opancerzonego pająka na powierzchni Arachny. Czasami zdarzały mu się krótkie chwile wahania. Jeszcze rzadziej Broute się odwracał, zapewne gdy z boku jego wyświetlacza ukazywała się jakaś ważna informacja. Pomijając jednak te drobne potknięcia, właściwie niedostrzegalne dla laika, fiksat mówił równie płynnie jak każdy ludzki spiker czytający z notatek zapisanych w jego ojczystym języku.

Broute jako Digby zaczął od krótkiej historii programu i pochwał na jego cześć, potem opisał cień, jaki padł na niego w ostatnich dniach. „Spoza fazy”, „perwersja narodzin” — Broute wypowiadał te określenia z taką swobodą, jakby znał je od dziecka.

— Dziś, zgodnie z obietnicą, powracamy na antenę. Zarzuty, jakie wy sunięto w ostatnich dniach, są bardzo poważne. Panie i panowie, zarzuty te są prawdziwe. — Na trzy sekundy w studiu zapadła dramatyczna cisza, potem znów przemówił prowadzący: — Zastanawiacie się państwo zapew ne, dlaczego mieliśmy w takim razie odwagę lub czelność powrócić. Od powiedzią będzie dzisiejsze, specjalne wydanie „Dziecięcej godziny na uki”. Przyszłość programu zależy w głównej mierze od państwa reakcji na to, co usłyszycie dzisiaj…

Silipan parsknął głośno.

— Co za hipokryta. — Xin zgromił go spojrzeniem. Trud przeniósł się więc na miejsce obok Ezra. Taka sytuacja zdarzała się już wcześniej; Si lipan myślał zapewne, że skoro Ezr siedzi na skraju grupy, to chce słu chać jego analiz.

Tymczasem Broute przedstawiał uczestników dyskusji. Silipan przymocował do kolana komputer i otworzył go. Było to prymitywne urządzenie Emergentow, ale wsparcie fiksatow czyniło je bardziej wydajnym niż cokolwiek, co stworzyła do tej pory ludzkość. Trud wcisnął klawisz z napisem „wyjaśnienie”, a cichy, kobiecy głos poinformował go: „Oficjalnie wielebna Pedure reprezentuje tradycyjny Kościół. W rzeczywistości… — głos umilkł na chwilę, prawdopodobnie czekając na wyniki analizy z bazy danych — … nie pochodzi z Akord. Prawdopodobnie jest agentem rządu Kindred.

Xin obejrzał się na nich, zapominając na moment o Broucie-Digbym.

— Niech to Plaga, ci ludzie to prawdziwi fundamentaliści. Czy Underhill o tym wie?

Głos z podręcznego komputera Truda odpowiedział:

— To możliwe. „Sherkaner Underhill” ma silne powiązania z łączno ścią wywiadu Akord… Jak dotąd nie natrafiliśmy na żadną informację wojskową dotyczącą tego wywiadu, ale cywilizacja Pająków nie dysponu je jeszcze zaawansowaną automatyką. Mogliśmy coś przeoczyć.

Trud przemówił do urządzenia:

— Mam dla was małe zadanie. Co Kindred chciałoby zyskać na tej debacie? — Podniósł wzrok na Jau i wzruszył ramionami. — Nie wiem, czy dostaniemy jakąś odpowiedź. Teraz mają tam urwanie głowy.

Broute kończył już przedstawiać rozmówców. Rolę wielebnej Pedure miała odgrywać Xopi Reung. Xopi była drobną, szczupłą Emergentką.

Ezr znał jej imię tylko z tabel i rozmów z Annę Reynolt. Ciekawe, czy ktokolwiek inny wie, jak się nazywa ta kobieta? Z pewnością nie Jau i Rita.

Trud musiał to wiedzieć, musiał znać nazwiska swych podopiecznych, tak jak kiedyś pasterz znał wszystkie zwierzęta ze swego stada. Xopi Reung była młoda; została obudzona, by zastąpić jakiegoś zmarłego fiksata. Reung pracowała już od czterdziestu Msekund. To ona była w głównej mierze odpowiedzialna za ostatnie postępy w nauce języków Pająków, w szczególności języka „Tieferow”. Niemal równie dobrze posługiwała się też „standardowym językiem Akord”. Ezr wcale nie wykluczał możliwości, że kiedyś może być nawet lepsza od Trixii. W normalnym świecie Xopi byłaby wspaniałym naukowcem, znanym w całym swym układzie słonecznym.

Lecz Xopi Reung została wybrana w Loterii grupmistrza. Podczas gdy Xin, Liao i Silipan prowadzili w pełni świadome życie, Xopi była częścią automatyki, pozbawioną ludzkich odruchów i uczuć. Xopi Reung przemówiła:

— Dziękuję panu, panie Digby. Radio Princeton zapewnia sobie sławę, umożliwiając nam tę rozmowę. — Podczas przydługiego wstępu Broute’a, Reung wierciła się nerwowo, kręciła głową na wszystkie strony niczym ptak. Być może jej wyświetlacz był rozregulowany, a może lubiła rozmieszczać ważne informacje w różnych częściach pola widzenia. Kiedy jednak zaczęła mówić, w jej oczach pojawił się jakiś drapieżny błysk.

— Niezbyt udane tłumaczenie — poskarżył się ktoś.

— Ona jest nowa, pamiętaj — odparł Trud.

— A może ta Pedure naprawdę dziwnie mówi. Powiedziałeś, że jest cudzoziemką.

Reung jako Pedure pochyliła się nad stołem. Jej głos był niski i jedwabisty.

— Dwadzieścia dni temu wszyscy odkryliśmy źródło zepsucia w czymś, co miliony ludzi przyjmowały w dobrej wierze w swych domach, co sączyło się do uszu ich mężów i dzieci. — Mówiła przez kilka chwil, formułując dziwne, niezdarne i pełne frazesów zdania. — …Słuszne więc wydaje mi się, że Radio Princeton daje nam teraz okazję, by oczyścić atmosferę. Jaja… — Reung umilkła nagle, jakby nie mogła znaleźć właściwych słów. Przez moment znów wyglądała jak fiksat, kręciła nerwowo głową. Potem uderzyła otwartą dłonią o blat stołu i opadła na krzesło, zaciskając mocno usta.

— Mówiłem wam, kiepski z niej tłumacz.

Dwadzieścia cztery

Opierając ręce i przednie nogi na ścianie, Viki i Gokna mogły trzymać główne oczy przy szybie. Była to niewygodna pozycja i obie dziewczynki co chwila przemieszczały się wzdłuż szyby.

— Dziękuję, panie Digby. Radio Princeton zapewnia sobie sławę, umożliwiając tę rozmowę… — ple, ple,”ple.

— Dziwnie mówi — rzuciła Gokna.

— Mówiłam ci to już. Jest cudzoziemką — odparła z roztargnieniem Didi, zajęta realizacją programu. Wydawało się, że nie zwraca szczególnej uwagi na treść dyskusji, która toczyła się w studiu. Brent przysłuchiwał jej się ze spokojną fascynacją, podczas gdy Jirlib na przemian podchodził do okna, to znów próbował przysunąć się bliżej Didi. Po kilku przykrych doświadczeniach nauczył się już, że nie powinien udzielać jej żadnych rad, ale nadal lubił stać blisko. Czasami zadawał odpowiednio naiwne pytanie.

Kiedy Didi nie była akurat zajęta, dawała się wciągnąć w rozmowę.

Gokna uśmiechnęła się do Viki.

— Nie, chodzi mi o to, że wielebna Pedure mówi jak idiotka.

— Hm. — Viki nie wiedziała, co ma o tym sądzić. Ubranie Pedure rzeczywiście było dziwne. Do tej pory Viki widziała kapłańskie szaty tylko w książkach. Obszerna peleryna okrywała niemal całe ciało Pedure prócz głowy i paszczy. Wydawało się jednak, że kryje w sobie wielką siłę. Viki wiedziała, co większość ludzi myśli o takich dzieciach jak ona. Pedure była tylko wyrazicielem tych poglądów, prawda? Otaczała ją jednak niepokojąca, złowroga aura,… — Myślisz, że naprawdę wierzy w to, co mówi?