— Fantazja. Jak żywe stworzenia mogły przetrwać…
— No właśnie, jak? — Trixia uśmiechnęła się szeroko, a w jej głosie pobrzmiewały triumfalne nuty. — Lecz skamieniałości dowodzą tego niezbicie.
Dziesięć milionów lat temu cykl był znacznie krótszy, a rozpiętość temperatur i natężenia światła znacznie mniejsze. Żywe stworzenia nie potrzebowały otchłani i hibernacji. Potem, zmuszone okolicznościami, przystosowały się do coraz dłuższego cyklu i ekstremalnych warunków. Przypuszczam, że był to bardzo trudny proces, wymagał wielu poważnych zmian.
A teraz…
Xopi przerwała mu energicznym gestem. Wymyślała je sama czy też przekaz radiowy w jakiś sposób je implikował?
— Fantazja czy nie, nadal nie zostało to udowodnione. Proszę pana, nie będę spierać się z panem o ewolucję. Niektórzy przyzwoici ludzie w nią wierzą, lecz nadal jest to tylko hipoteza i nie może stanowić podstawy do czynienia istotnych wyborów, stanowiących o życiu i śmierci.
— Ha! Punkt dla taty. — Viki i Gokna, które przysiadły na grzędzie ponad Brentem i Jirlibem, wymieniały półgłosem komentarze. Kiedy Didire ich nie widziała, stroiły też różne miny do wielebnej Pedure. Po tej pierwszej, niezrównanej Dziesiątce nic już nie robiło na niej wrażenia, ale dziewczynki czuły się lepiej, pokazując wielebnej, co o niej myślą.
— Nie martw się, Brent. Tato dopadnie tę Pedure.
Brent był jeszcze bardziej milczący niż zazwyczaj.
— Wiedziałem, że kiedyś do tego dojdzie. I tak nie było łatwo. Teraz tato musi tłumaczyć się też ze mnie.
Właściwie tata omal nie przegrał, kiedy Pedure nazwała Brenta kretynem. Viki nigdy jeszcze nie widziała go tak zagubionego. Teraz jednak odzyskiwał utracony grunt. Viki miała wcześniej nadzieję, że Pedure będzie kompletnym ignorantem, lecz ona najwyraźniej sporo wiedziała o tym, co mówił do niej tato. To nie miało większego znaczenia. Wielebna Pedure mimo wszystko nie mogła się równać z nim wiedzą. Poza tym tata miał rację. Teraz nabrał rozpędu i przeszedł do kontrataku.
— Dziwne, że tradycja nie interesuje się jeszcze bardziej odległą prze szłością, pani Pedure. Ale to nieważne. Zmiany, których nauka dokonuje w obecnym pokoleniu, są tak wielkie, że aby właściwie je unaocznić, po służę się konkretnym przykładem. Natura zmusiła nas do przyjęcia pew nych określonych schematów — jednym z nich jest cykl pokoleń, zgoda.
Gdybyśmy nie poddali się temu rytmowi, pewnie już byśmy nie istnieli.
Proszę jednak pomyśleć o stratach, droga pani. Wszystkie nasze dzieci znajdują się na tym samym poziomie rozwoju. Każdego roku odrzucają za bawki i przyrządy szkolne, które leżą bezużyteczne aż do następnego po kolenia. Takie marnotrawstwo nie jest już koniecznością. Dzięki nauce…
Wielebna Pedure gwizdnęła przeciągle, jakby ogromnie czymś zaskoczona, po czym uśmiechnęła się sarkastycznie.
— Więc przyznaje pan to otwarcie! Chce pan, by ta pozafazowa perwersja była sposobem na życie, a nie tylko pańskim wyizolowanym grzechem.
— Oczywiście! — ożywił się jeszcze bardziej tata. — Chcę, by ludzie wiedzieli, że żyjemy w epoce radykalnie odmiennej od wszystkich poprzednich. Chcę, by ludzie mogli mieć dzieci w każdej fazie słońca.
— Tak. Chce pan zarazić tym zboczeniem nas wszystkich. Proszę mi powiedzieć, panie Underhill, czy prowadzi pan już tajne szkoły dla dzieci spoza fazy? Gzy ukrywa pan gdzieś setki, tysiące takich stworzeń, czekając na naszą akceptację?
— Nie. Jak dotąd nie udało mi się znaleźć rówieśników moich dzieci.
Od lat bardzo chcieli znaleźć jakichś rówieśników, z którymi mogliby wspólnie bawić się i uczyć. Szukała ich także mama, na razie bez powodzenia. Gokna i Viki uznały więc, że inne dzieci spoza fazy muszą być bardzo dobrze ukryte… albo jest bardzo niewiele. Czasami Viki zastanawiała się, czy naprawdę nie są przeklęci.
Wielebna Pedure odchyliła się do tyłu na swej grzędzie i uśmiechnęła niemal przyjacielsko.
— To jest dla mnie największym pocieszeniem, panie Underhill. Nawet w naszych czasach większość ludzi jest przyzwoita, a pańska perwersja nadal pozostaje zjawiskiem wyjątkowo rzadkim. Niemniej „Dziecięca godzina nauki” nadal jest popularna, choć dzieci urodzone w fazie mają już ponad dwadzieścia lat. Pańska audycja jest przynętą, która nie istniała nigdy wcześniej. I dlatego też nasza dzisiejsza dyskusja jest bardzo ważna.
— Tak, ja też tak uważam.
Wielebna Pedure przekrzywiła głowę. Co za pech. Zrozumiała, że tata naprawdę tak myśli. Jeśli wciągnie go w spekulacje, sprawy mogą wyglądać niewesoło. Następne pytanie Pedure zostało wypowiedziane niewinnym tonem szczerego zaciekawienia.
— Wydaje mi się, panie Underhill, że rozumie pan prawo moralne.
Czy uważa je pan może za coś podobnego do prawa kreatywnej sztuki, prawa, które może być łamane przez największych myślicieli, takich jak pan?
— Największych myślicieli, fuj. — Pytanie najwyraźniej jednak poruszyło wyobraźnię taty, odciągnęło go od perswazyjnej retoryki. — Wie pani, pani Pedure, nigdy nie patrzyłem w ten sposób na zasady moralne. Co za interesujący pomysł! Sugeruje pani, że może ono być ignorowane przez tych, którzy mają jakiś wewnętrzny… co? Talent do dobroci? Z pewnością nie. Choć przyznam, że jestem zupełnym analfabetą, jeśli chodzi o spory moralne. Lubię się bawić i lubię myśleć. Spacer w Ciemności był wydarzeniem istotnym dla wysiłku wojennego, a także wielką przygodą. Nauka doprowadzi do cudownych zmian w najbliższej przyszłości rodzaju pajęczego. Wspaniale się bawię, opracowując te nowe wynalazki, i chciałbym, by publiczność — łącznie z tymi, którzy są ekspertami od zasad moralnych — zrozumiała konsekwencje tych zmian.
— Rozumiem — odparła wielebna Pedure. Sarkazm w jej głosie mógł usłyszeć tylko ktoś, kto słuchał jej równie uważnie jak Mała Victory. — A pan chce, by nauka zajęła miejsce Ciemności jako czasu wielkiego oczyszczenia i tajemnicy?
Underhill machnął lekceważąco rękami pożywiającymi. Najwyraźniej zapomniał, że występuje w radiu.
— Nauka uczyni Ciemność równie nieszkodliwą i znaną jak noc, któ ra przychodzi po każdym dniu.
Didi krzyknęła ze zdumienia. Viki po raz pierwszy widziała, by młoda inżynier zareagowała jakoś na treść audycji, którą realizowała. Tymczasem po drugiej stronie szyby Rappaport Digby usiadł idealnie prosto, jakby ktoś wbił mu włócznię w odwłok. Tato nawet tego nie zauważył, a odpowiedź wielebnej Pedure była tak swobodna, jakby rozmawiali o nadchodzącym deszczu.
— Więc twierdzi pan, że będziemy żyć i pracować przez całą Ciemność, jakby była to jedna, długa noc?
— Tak! Jak pani myśli, do czego prowadzą badania nad energią atomową?
— Więc wszyscy będziemy chodzić w Ciemności, ba, nie będzie żadnej Ciemności, żadnej tajemnicy, żadnej otchłani dla umysłu pajęczości. Nauka zabierze wszystko.
— Nonsens. Na tym jednym małym świecie nie będzie już prawdziwej Ciemności. Ale Ciemność będzie istnieć zawsze. Proszę wyjść dziś wieczorem na dwór, pani Pedure, spojrzeć na niebo. Jesteśmy otoczeni Ciemnością, i zawsze będziemy. I tak jak nasza Ciemność kończy się z początkiem Nowego Słońca, tak większa Ciemność kończy się na obrzeżach milionów milionów gwiazd. Proszę tylko pomyśleć! Jeśli kiedyś cykl naszego słońca trwał krócej niż rok, to jeszcze wcześniej świeciło być może bez żadnych przerw. Niektórzy spośród moich studentów uważają, że większość gwiazd wygląda tak, jak nasze słońce, tyle że znacznie młodziej, i że wiele z nich ma planety, światy podobne do naszego. Chce pani ciemności, która nigdy ustaje, Ciemności, na której może polegać pajęczość? Droga pani Pedure, w niebie jest otchłań, która nigdy się nie kończy. — Tata gładko przeszedł do swojej ulubionej koncepcji podróży kosmicznych. Nawet najlepsi studenci tracili wątek, kiedy tata zaczynał o tym mówić; tylko garść szaleńców specjalizowała się w astronomii. Wszystko wydawało się tu poprzewracane do góry nogami. Dla większości ludzi twierdzenie, że światła równie stałe jak gwiazdy mogą być słońcami, było znacznie abstrakcyjniejsze niż większość religii.