Выбрать главу

– Legalnie nie ma.

Wypił herbatę wielkimi łykami, aż zostały same fusy. To by nam nabiło kasę, gdyby gracze musieli przychodzić na wyścigi, żeby grać. A tym samym wzrósłby znacznie fundusz nagród… Zauważyłeś, że ich najlepszy dżokej zarobił w zeszłym roku grubo ponad trzy miliony dolarów? A nasz Gordon Richards… szkoda słów.

Odstawiłem wypitą do połowy herbatę i wstałem.

– Muszę już wracać, Norton – powiedziałem. – Jeszcze raz dziękuję za pomoc.

– Zrobię wszystko, żeby drugi taki wypadek jak z Brevity już się nie wydarzył.

– Prześlij rachunek na adres „Famy”. Skinął głową.

– I mam dzwonić codziennie do redakcji sportowej, nie rozmawiać z nikim oprócz ciebie, Derry’ego Clarka albo kogoś, kto nazywa się Jan Łukasz Morton. Czy tak? – spytał.

– Jak najbardziej – odparłem. – Aha… a tu masz instrukcje Ronceya. Co wieczór w jadłospisie Tomcia Palucha mają się znaleźć jajka i piwo.

– Mam takiego właściciela, który przysyła swojemu koniowi szampana – powiedział Norton.

Odwiozłem przyczepę z powrotem do domu znajomego redaktora, przesiadłem się na swojego bedforda i pojechałem do siebie. Zegar wskazywał za dziesięć siódmą. Pani Woodward miała wspaniały tydzień pod względem nadgodzin i przyrządziła nam na kolację kurczę po królewsku, które czekało na mnie, gorące, że tylko siadać i jeść. Podziękowałem jej.

– Nie ma za co, panie Tyrone, to sama przyjemność. Pa, pa złotko, do jutra, przyniosę sobie rzeczy na nocleg.

Pocałowałem Elżbietę, nalałem whisky, zjedliśmy kurczaka, obejrzeliśmy program telewizyjny i uszło ze mnie trochę napięcia tego dnia. Po kolacji czekało mnie pisanie niedzielnego artykułu. Mój zapał do tego przedsięwzięcia? Znacznie poniżej zera. Wszedłem do swojej pracowni z silnym postanowieniem sklecenia spokojnego, stonowanego dalszego ciągu artykułu z zeszłego tygodnia. Nie miałem zamiaru się wychylać. Niestety w trakcie pisania te zbożne postanowienia po większej części wyparowały. Wiedziałem, że ani Charlie Boston, ani zagraniczny dżentelmen w rollsie nie będzie zachwycony owocem mojej pracy.

Przed wyjściem rano do redakcji spakowałem neseser na wyjazd z noclegiem, a Elżbieta przypomniała mi o zabraniu budzika i czystej koszuli.

– Nie znoszę kiedy wyjeżdżasz – powiedziała. – Wiem, że nie jeździsz często, pewnie znacznie rzadziej, niż powinieneś. Wiem, że starasz się nie obsługiwać zawodów daleko od Londynu… Prawie zawsze robi to Derry, a ja czuję się taka winna, bo jego żona musi wtedy sama zajmować się tym ich maleństwem…

– Nie zamartwiaj się tak – powiedziałem z uśmiechem. – Derry lubi wyjeżdżać.

Sam niemal uwierzyłem, że naprawdę jadę po południu pociągiem do Newcastle. Od spotkania z Gail dzieliło mnie tyle godzin, że ona sama wydawała mi się nierealna. Pocałowałem Elżbietę trzy razy w policzek, szczerze żałując, że ją opuszczam. Mimo to wyszedłem.

W redakcji nie zastałem ani Jana Łukasza, ani Derry’ego. Sekretarka Jana Łukasza wręczyła mi dużą kopertę mówiąc, że goniec dostarczył ją w środę, tuż po moim wyjściu. Rozciąłem kopertę. Zawierała korektę mojego artykułu dla „Lakmusa” z prośbą o natychmiastowe przeczytanie i akceptację.

– Telefonowali wczoraj do pana z „Lakmusa” dwa razy – dodała. Numer idzie dziś do druku. Jest pan pilnie potrzebny.

Przeczytałem artykuł. Shankerton pozmieniał go tu i ówdzie i odcisnął na całości swoje nieco pedantyczne poglądy na gramatykę. Westchnąłem. Nie podobały mi się te zmiany, ale sto pięćdziesiąt gwinei plus zwrot wydatków złagodziły moje wzburzenie.

– Niestety, nie mogliśmy czekać z drukiem, ponieważ pan się nie odezwał – powiedział przez telefon Shankerton swoim bezbłędnie ustawionym tenorem, wyrażając jednocześnie urazę i przeprosiny.

– Moja wina – przyznałem. – Dopiero co odebrałem pański list.

– Ach tak. No ale po tym, jak trochę nad nim popracowałem, uważam, że czyta się bardzo dobrze. Jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. Wydaje nam się, że spodoba się naszym czytelnikom. Lubią takie serdeczne, ludzkie podejście.

– Cieszę się – odparłem uprzejmie. – Prześle mi pan egzemplarz?

– Zanotuję to sobie dla pamięci – rzekł głosem jak aksamit. Pomyślałem, że prawdopodobnie będę go musiał kupić sobie w kiosku. – Proszę mi podać, jakie poniósł pan wydatki. Mam nadzieję, że niewielkie?

– Oczywiście – przyświadczyłem. – Znikome.

Jan Łukasz i Derry wrócili akurat, kiedy skończyłem rozmowę. Nie zadając sobie trudu przywitania się ze mną, Jan Łukasz wyciągnął rękę po moją niedzielną daninę. Wyjąłem ją z kieszeni, a on rozłożył maszynopis i przeczytał go.

– Hm – mruknął. – Spodziewałem się czegoś zjadliwszego. Derry wziął ode mnie jedną z kopii artykułu i przeczytał go.

– Więcej zjadliwości, a pożarłby całą stronę – sprzeciwił się Derry.

– Nie mógłbyś bardziej podkreślić, że tylko „Fama” wie, gdzie jest Tomcio Paluch? – spytał Jan Łukasz. – Dałeś to tylko do zrozumienia.

– Jeżeli nalegasz.

– Owszem, nalegam. Skoro „Fama” płaci rachunki, to chcemy, żeby nam przypadła w udziale jak największa zasługa.

– A jeżeli ktoś go… to znaczy Tomcia Palucha znajdzie? – spytałem oględnie. – Wyjdziemy na kompletnych idiotów, którzy go ukrywali, przechwalali się tym, a potem pozwolili, żeby go odnaleziono.

– Nikt go nie znajdzie. Tylko my trzej i Norton Fox wiemy, gdzie on jest. A ściślej, tylko ty i Fox wiecie to dokładnie. Tylko wy dwaj wiecie, który z sześćdziesięciu koni w tej stajni jest Tomciem Paluchem. Żaden z was nikomu o tym nie powie. Więc jak ktoś mógłby go znaleźć? Nie, nie, Ty. Niech ten artykuł nie pozostawi żadnych wątpliwości. To „Fama” zapewnia temu koniowi bezpieczeństwo i tylko „Fama” wie, gdzie on jest.

– Ten artykuł może się nie spodobać Bostonowi – odezwał się Derry nie wiadomo do kogo.

– Boston może się nim wypchać – odparował zniecierpliwiony Jan Łukasz.

– Chodziło mi o to, że mógłby nasłać na Ty’a swoich zbirów, żeby roznieśli go na strzępy za tak oczywiste zignorowanie jego ostrzeżenia – wyjaśnił Derry.

Swój chłop. Jan Łukasz rozważał tę możliwość przez całe dwie sekundy, a potem potrząsnął głową.

– Nie odważyliby się – powiedział.

– A jeśli nawet się odważą, będzie to świetna historia i sprzedasz większy nakład – powiedziałem.

– Właśnie. – Jan Łukasz już miał skinąć głową, ale spojrzał na mnie podejrzliwie. – To miał być żart? – spytał.

– Kiepski – odparłem z westchnieniem, nieskory do uśmiechu.

– No, to zmień wstęp, Ty. Niech to będzie jasne w stu procentach.

Wziął do ręki ołówek i przekreślił pierwszy akapit. Przeczytał następny, potarł w zamyśleniu grdykę i go zostawił. Kolejny wychwalił. Odwrócił kartkę.

Derry patrzył ze współczuciem, jak przybywa robionych ołówkiem znaków. Jemu też to się zdarzało, całkiem często. Jan Łukasz, przekreślając i nanosząc poprawki, dotarł do końca tekstu i wrócił na początek, zwracając moją uwagę na każdą wymaganą przez siebie zmianę. Przekształcił mój umiarkowanie cięty artykuł w nacierający taran.

– Zmasakrują mnie za to – powiedziałem, nie żartując. Pracowałem nad przeróbkami prawie całe przedpołudnie, od początku do końca prowadząc taktykę zaczepno-odporną. To, co ostatecznie zaakceptował Jan Łukasz, stanowiło kompromis naszych stanowisk, ale i tak postawił mnie w sytuacji chodzącego po linie nad przepaścią. Zaniósł artykuł do naczelnego, siedział tam, kiedy tamten go czytał, i przyniósł go triumfalnie z powrotem.