– Podobał mu się – oznajmił. – Uważa, że to świetny materiał. Wczoraj podobał mu się też artykuł Derry’ego, podsumowujący ten handicap. Powiedział, że dział sportowy to majątek tej gazety.
– Wspaniale – wtrącił wesoło Derry. – Kiedy dostaniemy kolejną podwyżkę?
– Pora na kufelek w „Devereux” – zaproponował Jan Łukasz spoglądając na zegarek. – Idziesz dziś z nami, Ty?
125- Czekam na telefon od Foxa.
– To sam do niego zadzwoń.
Zadzwoniłem do Foxa. Tomcio Paluch miał się świetnie, zjadł swoje poprzedniego wieczora, zadomowił się w stajni, rano przebiegł lekkim galopem treningową milę i nikt się za nim nie oglądał. Podziękowałem mu i przekazałem wiadomość Ronceyowi, który był poruszony i zarazem przygnębiony.
– Nie podoba mi się to – powtórzył kilka razy.
– Chce pan podjąć ryzyko trzymania go u siebie?
– Raczej nie – powiedział po chwili niezdecydowania.
– Nie. Ale to mi się nie podoba. Niech pan nie zapomni zadzwonić jutro wieczorem. Przez całe popołudnie będę na wyścigach w Kempton.
– Zadzwoni redaktor działu sportowego – zapewniłem go.
– I proszę się o nic nie martwić.
Odłożył słuchawkę z głośnym „Eee”. Jan Łukasz z Derrym szli już do drzwi, więc ruszyłem za nimi, żeby pójść razem na lunch.
– Bert zginął zaledwie dwa tygodnie temu – powiedział Derry, siedząc na barowym stołku. – Zaledwie dziesięć dni temu odkryliśmy te wycofane konie. Zabawne.
Boki zrywać! A do Pucharu Latarnika zostało jeszcze całe osiem dni. Postanowiłem, że poniedziałek spędzę bezpiecznie zaszyty w domu.
– Nie zapomnij – ostrzegłem Derry’ego. – Ne podawaj nikomu numeru mojego telefonu.
– A skąd ci się to raptem przypomniało? – Pomyślałem o Bostonie. Mojego adresu nie ma w książce telefonicznej…
– Ani Derry, ani ja nie damy nikomu twojego adresu
– powiedział zniecierpliwiony Jan Łukasz. – Myślałby kto, że się boisz.
– I by się nie mylił – dodałem i obaj zaśmiali się serdecznie nad swoimi kuflami. Derry, co było do przewidzenia, ucieszył się, że chcę jechać do Newcastle, zamiast do Kempton, zostawiając mu przynajmniej raz wyścigi w Londynie.
– Czy… twoja żona nie ma nic przeciw temu? – spytał zakłopotany.
Powtórzyłem mu słowa Elżbiety, ale jak zwykle wszystko, co jej dotyczyło, wprawiało go w zażenowanie.
Jan Łukasz z obowiązku zapytał o jej zdrowie, na co odparłem, że ma się dobrze.
Obijałem się po redakcji całe popołudnie – załatwiłem sobie delegację na wyjazd do Newcastle, złożyłem pisemne zestawienie wydatków, które poniosłem w Heathbury Park, Leicester i Plumpton, i odebrałem w kasie należne mi pieniądze. Jan Łukasz konferował z dziennikarzem od piłki nożnej i korespondentem od golfa, a Derry oderwał się od pracy nad typowaniem faworytów wszystkich wyścigów w przyszłym tygodniu, żeby opowiedzieć mi o przewiezieniu małych Ronceyów na wyspę Wight.
– Hałaśliwe diablęta – rzekł z dezaprobatą. – Ich matka w ogóle nad nimi nie panuje. Przez większość podróży chyba spała, ale na szczęście żadne z nich nie wpadło do morza, a to istny cud, bo Tony, ten najstarszy, wychylał się przez balustradę, żeby zobaczyć jak się kręcą łopaty koła. Powiedziałem mu, że są pod wodą. Nie poskutkowało.
Wydając z siebie współczujące pomruki, powstrzymywałem się od śmiechu przez wzgląd na moje nieszczęsne żebra.
– A więc byli zadowoleni? – spytałem.
– A jak myślisz? Wakacje nad morzem, bez szkoły? Tony zapowiedział, że się wykąpie, choć to listopad. Nic nie wskazywało na to, żeby matka zamierzała mu tego zabronić. Tak czy owak zadomowili się od razu w tym pensjonacie, choć spodziewam się, że dostaniemy stamtąd słony rachunek za wyrządzone szkody, a poza tym uznali za pyszną zabawę zmianę nazwiska na Robinson – z tym nie było żadnych kłopotów. Powiedzieli, że jest genialnie dobrane, i że będą udawać, że są rozbitkami na bezludnej wyspie…
Przyznam ci się, Ty, że żegnałem się z nimi kompletnie wyczerpany.
– Nie szkodzi. Już teraz pomyśl o tym, jak będziesz ich sprowadzał z powrotem.
– Tylko nie to – zaprotestował żarliwie. – Teraz twoja kolej.
O czwartej wziąłem neseser i wyruszyłem na King’s Cross. Pociąg do Newcastle odszedł o piątej. Patrzyłem, jak odjeżdża.
Za dwanaście szósta wyszła z metra, ubrana w znakomicie skrojony, ciemnogranatowy płaszcz, z kremowobiałą walizką w ręku. Kilka osób obejrzało się za nią, a stojący w pobliżu facet, który czekał prawie tak długo jak ja, pochłaniał ją wzrokiem, aż doszła do rogu, gdzie stałem.
– Witaj – powiedziała. – Przepraszam za spóźnienie.
– Drobiazg.
– Domyślam się, że uporałeś się z żoną – powiedziała z satysfakcją w głosie.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Poruszyła się przy mnie w ciepłym mroku i przytknęła usta do wrażliwej skóry tuż poniżej mojej szyi. Objąłem ją mocniej i wtuliłem nos w jej wonne włosy.
– Ciągle coś nowego – powiedziała sennie. – Połamane żebra to niezły chwyt.
– Wcale ich nie czułem.
– A właśnie, że czułeś.
Przesunąłem dłońmi po jej gładkim ciele, nie siląc się na odpowiedź. Byłem odprężony i zaspokojony. Obeszła się z moimi żebrami i stłuczeniami delikatnie i subtelnie. Sprawiły jej one nawet jakąś nieokreśloną przyjemność.
– Jak do tego doszło?
– Do czego?
– No, do tych sińców.
– Przegrałem spór. Potarła mi nosem pierś.
– To dopiero musiała być dyskusja – powiedziała. Uśmiechnąłem się w ciemnościach. Cały świat mieścił się w pościeli, w małym intymnym kokonie spowijającym dwa ciała splecione w uścisku, rozumiejące się bez słów.
– Ty? – Mm?
– Nie możemy być razem przez cały weekend?
– Muszę przetelefonować sprawozdanie z Newcastle. Nie da się tego uniknąć – powiedziałem z twarzą wtuloną w jej włosy.
– Przeklęta „Fama”.
– Jest jeszcze niedziela.
– Niech żyje klub golfowy.
Przez dłuższy czas leżeliśmy milcząc. Ogarnęła mnie wielka senność i z całych sił broniłem się przed zaśnięciem. Tak mało miałem takich godzin. Nie mogłem stracić ani jednej.
Dla Gail czas nie był tak cenny. Jej członki zwiotczały, głowa zsunęła się na moje ramię, spokojny oddech zaczął owiewać mi pierś. Pomyślałem o Elżbiecie, zwiniętej w kłębek u mojego boku, jak wtedy, gdy byliśmy tuż po ślubie, i przynajmniej raz wspomnienie to nie wywołało we mnie poczucia winy, a tylko żal.
Gail obudziła się sama parę godzin później i obróciła mi przegub ręki, żeby spojrzeć na fosforyzujące wskazówki zegarka.
– Nie śpisz? – spytała. – Jest za dziesięć szósta.
– Lubisz to robić rano?
– Z tobą, Ty, zawsze. – Jej głos uśmiechał się w ciemności. – O każdej porze, jaka ci tylko przyjdzie do głowy.
Tak dobry to ja nie byłem.
– Dlaczego? – spytałem.
– Może dlatego, że jesteś normalny. Kochać się z tobą, to jak jeść chleb z miodem. – Zabębniła palcami po moim brzuchu. – Niektórzy domagają się najdziwniejszych rzeczy…
– Nie mówmy o nich.
– Dobrze. Nie mówmy.
Ekspres o ósmej do Newcastle złapałem z dziesięciosekundowym zapasem. Ranek był dojmująco chłodny, typowo angielski. Spod pociągu dobywała się z sykiem para. Głuche szczęknięcia i niezrozumiałe komunikaty dworcowe świdrowały uszy, a perony wypełniał spieszący się szary tłum drżących z zimna pasażerów z załzawionymi oczami.