Выбрать главу

Sam drżący i z załzawionymi oczami usadowiłem się w wagonie restauracyjnym, ratując się mocną czarną kawą, wiedziałem jednak, że w żaden sposób nie uwolnię się od nieznośnego przygnębienia, które ogarnęło mnie nieubłaganie natychmiast po rozstaniu z Gail. Wyobrażałem ją sobie taką, jaką ją zostawiłem, leżącą w miękkim łóżku, ciepłą, rozkosznie rozleniwioną i mówiącą, że niedziela już jutro. Mogliśmy więc postarać się o ciąg dalszy. Nie ulegało wątpliwości, że jutro niedziela, ale najpierw trzeba było przeżyć sobotę. A z tej perspektywy dzień ten wydawał się bardzo długi.

Czteroipółgodzinna podróż do Newcastle. Większą część drogi spałem, a przez resztę odtwarzałem w pamięci miniony wieczór i noc. Znaleźliśmy dla siebie pokój w małym prywatnym hotelu niedaleko stacji i w książce gości wpisałem państwa Tyrone’ów. Nikt się nami specjalnie nie interesował, zaraz wprowadzono nas do czystego, banalnie urządzonego pokoju, wręczono klucz, zapytano, czy życzymy sobie podwieczorek, bo kolacji tu nie podają, za to w pobliżu jest kilka dobrych restauracji. Zapłaciłem z góry, wyjaśniając, że wcześnie rano mam pociąg. Uśmiechnięto się, podziękowano, wycofano się bez zadawania pytań, nie robiono żadnych uwag. Nie sposób dojść, co sobie o nas pomyślano.

Trochę pogadaliśmy, potem poszliśmy na drinka do pubu, a stamtąd do hinduskiej restauracji, gdzie jedliśmy długo niedużą kolację i jeszcze dłużej popijaliśmy kawę. Gail jak zwykle była pewna siebie i zwracała uwagę swoją urodą nawet w otoczeniu ludzi podobnie jak ona ciemnoskórych. Ja ze swoją jasną twarzą należałem do mniejszości wśród obecnych.

– Londyn to najlepsze miejsce na świecie dla ludzi takich jak ja – skomentowała to Gail.

– Dla wszystkich. Potrząsnęła głową.

– Zwłaszcza dla ludzi mieszanej rasy. W tylu krajach stałabym poza nawiasem. Nigdy bym nie dostała takiej pracy, jaką tu mam.

– Nie zauważyłem, żeby ci przeszkadzało, że jesteś mieszanej rasy – powiedziałem.

– Godzę się z tym. Właściwie, gdyby to zależało ode mnie, to już nie chciałabym być ani całkiem biała, ani całkiem czarna. Przyzwyczaiłam się do siebie takiej, jaka jestem. A z ludźmi twojego pokroju przychodzi mi to z łatwością, bo ja na ciebie nie działam.

– Tego bym nie powiedział – odparłem z uśmiechem.

– Do diabła, wiesz przecież, o czym mówię. Nie przeszkadza ci, że mam ciemną skórę.

– Jesteś ciemnoskóra i piękna. Druzgocące zestawienie.

– Jesteś niepoważny – powiedziała z wyrzutem.

– A ty jesteś urodzoną uwodzicielką. Wygięła usta w uśmiechu.

– Jeśli chcesz przez to powiedzieć, że jestem nieugięta i nie mam nic z kobiecej uległości, to chyba masz rację.

– I przyjdzie taki dzień, że rozstaniesz się ze mną bez cienia żalu.

– Rozstaniemy się? – spytała, bez najmniejszego niepokoju, zupełnie obojętnie.

– A jak myślisz?

– Myślę, że nie rzuciłbyś dla mnie swojej żony – odparła. Prosto z mostu, bez niedomówień, bez owijania w bawełnę.

– Prawda? – zapytała, kiedy nie odpowiedziałem od razu.

– Nigdy jej nie opuszczę.

– Tak właśnie myślałam. Lubię jasne sytuacje. Cieszę się wtedy tym, co mam, i niczego więcej nie oczekuję.

– Skok z asekuracją.

– To znaczy? – spytała.

– Zabezpieczasz się przed rozczarowaniem.

– Kiedy ludzie z całego serca pragną czegoś, co jest dla nich absolutnie nieosiągalne, wówczas cierpią. I to jak! Prawdziwe katusze. To nie dla mnie.

Będziesz miała wyjątkowo dużo szczęścia, jeżeli uda ci się ich uniknąć – powiedziałem wolno.

– Stanę na głowie, żeby tak było.

Pomyślałem, że pewnego dnia niepohamowane uczucie zburzy doszczętnie to trzeźwe zrównoważenie. Byle tylko nie z mojego powodu, czemu zamierzałem zapobiec. Zbyt sobie ceniłem tę jej równowagę ducha. Właśnie taka Gail była mi potrzebna. Dopóty dopóki wymagała ode mnie tak mało, mogłem się z nią dalej spotykać, a ponieważ najwyraźniej zdawała sobie z tego sprawę, mogliśmy liczyć na to, że uda nam się dowolnie przedłużać naszą znajomość bez popadnięcia w tarapaty.

Przy kawie rozmawialiśmy, tak jak przedtem, o pieniądzach. Narzekała, że wciąż jej ich brakuje.

– A komu nie brakuje? – spytałem współczująco.

– Twojej żonie, na przykład – odparła tonem, w który wkradła się szorstkość, co powstrzymało moją natychmiastową chęć, żeby temu zaprzeczyć. – Przepraszam – powiedziała niemal od razu. – Nie powinnam była tego mówić. Nieważne, co posiada twoja żona. Ważne jest to, czego ja nie mam, a chciałabym mieć. Na przykład własny samochód sportowy, żebym nie musiała bez przerwy pożyczać samochodu Harry’ego. I własne mieszkanie, słoneczne, z oknami wychodzącymi na park. Chciałabym nie liczyć się z każdym groszem. Kupować ludziom drogie prezenty, jeśli przyjdzie mi na to ochota. Latać często na kilka dni do Paryża i wybrać się na wakacje do Japonii…

– Wyjdź za milionera – zaproponowałem.

– Taki właśnie mam zamiar.

Oboje parsknęliśmy śmiechem, ale pomyślałem, że najprawdopodobniej mówi serio. Mężczyzna, z którym by się w końcu nie rozstała, musiałby mieć kłopoty podatkowe. Ciekaw byłem, jak zareagowałaby na wieść, że stać mnie na tę kolację i zapłacenie rachunku hotelowego tylko dlatego, że dzięki honorarium z „Lakmusa” załatam na jakiś czas najgorsze dziury w budżecie rodziny Tyrone’ów. Jak przyjęłaby wiadomość, że żonę mam nie bogatą, a bez grosza przy duszy i sparaliżowaną. W obu przypadkach pewno by mi raz dwa pokiwała ręką na pożegnanie. Nie miałem zamiaru stwarzać jej takiej okazji, jak tylko mogłem najdłużej.

W Newcastle przepadła mi cała pierwsza gonitwa, a na trybunę prasową dotarłem dopiero w połowie drugiej. Po dyskretnym zasięgnięciu języka u kolegów okazało się, że podczas gonitwy z przeszkodami, kiedy to ponaglałem taksówkarza, żeby jechał szybciej niż dwadzieścia mil na godzinę, nie zdarzyło się nic szczególnie godnego uwagi. Jan Łukasz miał się nigdy nie dowiedzieć o moim spóźnieniu.

Po czwartej gonitwie przetelefonowałem sprawozdanie, a po piątej, w której jeden z czołowych dżokejów północnej Anglii złamał nogę, kolejne. Telefon odebrał Derry i poprosił, żebym spytał trenera, kto zamiast kontuzjowanego dżokeja pojedzie na tym koniu w Pucharze Latarnika. Spełniłem jego prośbę, dziękując swoim dobrym gwiazdom, że przytomnie wybrałem się do Newcastle i nie podkusiło mnie, żeby oglądać gonitwy przez telewizję i przekazywać telefonicznie relacje „na gorąco” siedząc w fotelu oddalonym o trzysta mil od toru, z czego zasłynął pewien mój znajomy sprawozdawca.

Tuż przed ostatnią gonitwą ktoś dotknął mojego ramienia. Odwróciłem się. Był to Collie Gibbons, spec od wyznaczania handicapów, znękany i strapiony.

– Ty. Wyświadcz mi przysługę.

– Co takiego?

– Przyjechałeś pociągiem? Pierwszą klasą? Skinąłem głową. „Fama” nie skąpiła na wygody.

– Więc zamień się ze mną biletami powrotnymi. – Podał mi cieniutką zszywkę, która okazała się biletem na przelot samolotem z Newcastle na lotnisko Heathrow. – Zaraz po tej gonitwie muszę iść na jakieś cholerne zebranie. – Nie zdążę na samolot. Dopiero co się dowiedziałem… okropnie mnie to zirytowało. Później mam jeszcze pociąg… a tak mi zależy, żeby znaleźć się dziś wieczór w Londynie.

– Zgoda. Chętnie się zamienię – powiedziałem. Uśmiechnął się wciąż z marsem na czole.

– Dziękuję. Tu masz klucze do mojego samochodu. Stoi w tym wielopiętrowym parkingu naprzeciwko „Europy”. – Podał mi numer rejestracyjny i wyjaśnił, gdzie stoi.