W tłumie klientów w „Devereux” spostrzegłem zarówno Jana Łukasza jak i Derry’ego. Natomiast Mike’a de Jonga nie było. Zamówiłem małe piwo, a kiedy je piłem, Jan Łukasz zagadnął mnie, co zamierzam napisać na niedzielę.
– Chyba sprawozdanie z Pucharu Latarnika – odparłem.
– To może zrobić Derry.
– Jak chcesz – powiedziałem, wzruszając ramionami i stawiając kufel.
– W takim razie ty napiszesz dalszy ciąg historii z Tomciem Paluchem – ciągnął Jan Łukasz. – Spekulacje na temat: wygra czy przegra. Niech podbije naszą cenę za to, że go doprowadzimy na linię startu.
– Jeszcze go tam nie ma – przypomniałem. Jan Łukasz prychnął niecierpliwie.
– Wszystko idzie jak z płatka. Nie ma żadnej reakcji. Odstraszyliśmy ich, ot co.
Potrząsnąłem głową, pragnąc, żeby rzeczywiście tak było. Spytałem, co nowego u Tomcia Palucha i małych Ronceyów.
– Mają się dobrze – odparł wesoło Derry. – Żadnych skarg ani zażaleń.
W drzwiach stanął Mike de Jong, ciemnowłosy, w grubych okularach i z czarną brodą okalającą szczękę, żarliwy dziennikarz o żywym umyśle. Wyraz czujności zasnuł mu twarz niczym morska mgła, kiedy zobaczył, z kim siedzę, i jego energiczny chód stracił na zdecydowaniu. Nakłonienie Jana Łukasza i Derry’ego, żeby przeszli do drugiej sali i zjedli beze mnie, przysporzyło mi tylu przemyślnych zabiegów, że Jan Łukasz odszedł oglądając się za siebie zaintrygowany i pełen podejrzeń.
Mike przysiadł się do mnie, a jego inteligentna twarz wyrażała uznanie.
Ukrywasz tajemnice przed szefem, co? – spytał. Obchodzi się czasem niezręcznie z cudzym trotylem. Mike roześmiał się. Trybiki w jego szybkoobrotowym mózgu furkotały zawzięcie.
– A więc zwracasz się do mnie prywatnie? Nie jako dziennikarz? – spytał.
Nie odpowiedziałem wprost. Chodzi mi o bardzo prostą rzecz. Czy wiesz coś przypadkiem na temat pewnego twojego krajana.
– Kogo? – spytał z takim samym jak tamten akcentem, monotonnym i szczekliwym.
– Faceta nazwiskiem Vjoersterod.
Nastąpiła króciutka pauza, podczas której nazwisko to docierało do jego świadomości, a potem zakrztusił się piwem. Kiedy doszedł do siebie, udał, że ktoś potrącił go w łokieć. Zaczął grać na zwłokę, z przesadną starannością strącając z nogawki kilka kropel rozlanego piwa. W końcu nie została ani jedna i, nie mając już alibi, spojrzał mi w twarz.
– Vjoersterod? – spytał. Wymawiając nazwisko nieco inaczej niż ja. Tak jak należy.
– Właśnie – potwierdziłem.
– No dobrze, Ty… ale dlaczego właściwie o niego pytasz?
– Z prostej ciekawości. Zamilkł na pół minuty.
– Dlaczego o niego pytasz? – powtórzył ostrożnie. I kto tu kogo sondował!
– Daj spokój, Mike – powiedziałem, chcąc go sprowokować. – A cóż to znowu za tajemnice? Chcę się tylko czegoś ogólnie dowiedzieć o niewinnym facecie, który chodzi czasem na wyścigi.
– Niewinnym!!! Zwariowałeś?
– A bo co? – spytałem, udając naiwne zaskoczenie.
– Bo on… – Urwał, ale doszedł widać do wniosku, że nie zbieram materiałów do artykułu, gdyż raptem rozwiązał mu się język. – Posłuchaj, Ty, dam ci radę, bezpłatnie, darmowo, gratis. Trzymaj się z daleka od wszystkiego, co ma związek z tym człowiekiem. To kanalia.
– Pod jakim względem?
– Tam, w kraju, jest bukmacherem. Prowadzi wielką firmę, z filiami we wszystkich dużych miastach i całą ich siecią wokół Johannesburga. Stwarza pozory uczciwości. Tysiące najzwyczajniej szych ludzi zawiera u niego zakłady. Ale chodzą też brzydkie plotki…
– Jakie?
– No… o szantażach, wymuszeniach, w ogóle bandyckich metodach. Wierz mi, ten człowiek nie wróży nic dobrego.
– A co na to policja? – spytałem podchwytliwie.
– Co na to policja? Nie bądź naiwny, Ty. Oczywiście, nie mogą znaleźć nikogo, kto by świadczył przeciwko niemu.
– A wydał mi się taki czarujący – powiedziałem z westchnieniem.
Mike otworzył usta ze zdumienia i na jego twarzy odmalowało się gwałtowne zaniepokojenie.
– Więc poznałeś go osobiście?
– Owszem.
– Tu… W Anglii?
– A gdzieżby indziej.
– Ty… na miłość boską… trzymaj się od niego z daleka.
– Dobrze – zapewniłem go z przekonaniem. – Dziękuję ci, Mike. Jestem ci naprawdę wdzięczny.
– Za nic nie chciałbym, żeby ktoś, kogo lubię, związał się z Vjoersterodem – powiedział, a z jego nieoczekiwanie wzruszonych oczu wyzierała prawdziwa przyjaźń. Ustąpiła ona jednak zaraz miejsca ogromnemu zainteresowaniu, jakie cechuje urodzonego dziennikarza, instynktownie szukającego dla siebie tematu.
– A o czym chciał z tobą rozmawiać? – spytał.
Naprawdę nie wiem – odparłem, udając zaskoczenie.
– Ma się jeszcze z tobą skontaktować?
– Tego też nie wiem.
– Hm… jeżeli się zgłosi, to zadzwoń do mnie, a powiem ci więcej.
– Powiedz od razu – zaproponowałem, siląc się na niedbały ton.
Pomyślał chwilę, wzruszył ramionami i przyjaźń ponownie wzięła górę nad żyłką dziennikarską.
– Dobra. To nic wielkiego. Tylko to, że ja też widziałem go w Anglii, jakieś dziewięć, dziesięć miesięcy temu, na wiosnę.
Urwał.
– W takim razie, dlaczego tak cię przeraziło, że się z nim spotkałem?
– Ponieważ wtedy zobaczyłem go w wagonie restauracyjnym, jak rozmawiał z innym dziennikarzem. Z Bertem Checkovem.
Z ogromnym wysiłkiem zachowałem na twarzy wyraz umiarkowanego zdziwienia.
– Później ostrzegłem Berta przed nim, tak jak ciebie ciągnął Mike, nic nie zauważywszy. – Prawdę mówiąc, właśnie tutaj. Bert był mocno pijany. Zresztą po naszej rozmowie wciąż chodził mocno pijany.
– Co ci odpowiedział?
– Że spóźniłem się o trzy miesiące.
Mike nie wiedział nic więcej. Po wyjawieniu tego jednego szczegółu Bert zamknął się w sobie i odmówił udzielenia dalszych wyjaśnień. Wypadek, któremu uległ, dał Mike’owi do myślenia. Powiedział, że znane są przypadki gwałtownej i częstokroć nie wytłumaczonej śmierci w gronie osób zadających się z Vjoersterodem. Wiadomość, że spotkałem Vjoersteroda, wstrząsnęła nim. Bał się o mnie. Bał się, że tak jak Bert wypadnę przez okno.
Uspokoiłem go. Zapewniłem, że po tym, co mi powiedział, będę się miał na baczności.
– Zastanawia mnie, dlaczego chwycił w swoje szpony Berta – rzekł Mike patrząc w przestrzeń i znów puszczając w ruch trybiki swojego mózgu.
– Nie mam pojęcia – powiedziałem z westchnieniem i, żeby odwrócić jego uwagę, zamówiłem jeszcze jedno małe piwo i dużą kanapkę z szynką.
Jan Łukasz obejrzał się za siebie pokazując szczupłą, piegowatą twarz. Mike odwrócił się do niego z typową dla siebie werwą, jakby całe ciało miał na sprężynach.
– Jak tam nasz Apostoł? Co tam pichcicie w tym waszym diabelskim kotle? – spytał.
Jan Łukasz posłał mu blady uśmiech. Nie przepadał za przydomkiem, jakiego używali koledzy dziennikarze, ani w ogóle dwuznacznikami. A zwłaszcza, jak się zdawało, dwuznacznikami Mike’a de Jonga. Mike pojął w lot jego intencje, bo pożegnał się szybko i przeniósł do innej grupki.