— Rak czasu! — wykrzyknęliśmy niemal chórem. — Tak! Ta nazwa najlepiej oddaje istotę choroby czasu w Ginących Światach. Chcieliśmy wyrwać się z chorego czasu w jakikolwiek inny, przeszły lub przyszły, byle zdrowy. Skorzystaliśmy z tworzącego się właśnie kolapsaru, dokonaliśmy, zgodnie z zamierzeniem, inwersji, ale przyszłość nas odrzuciła.
— To smutne, mój drogi… Przepraszam, jak mam się do pana zwracać?
— Nazywajcie mnie Oanem, to imię najbardziej odpowiednie dla pańskiego języka.
— Wracając do tematu naszej rozmowy, postanowiliście w szóstkę uciec z waszego czasu i waszego społeczeństwa?
— Z czasu, ale nie ze społeczeństwa. Byliśmy wysłańcami odsuwaczy końca.
— Odsuwaczy końca?
— Tak, dobrze mnie pan zrozumiał. Odsuwacze końca — to nasi bracia, którzy wysłali nas na poszukiwanie dróg do zdrowego czasu. Naszymi wrogami są przyspieszacze końca, których zachwyca perspektywa rychłej zguby.
— Jeśli dobrze zrozumiałem, to między tymi dwoma grupami panuje niezgoda?…
— Wojna! — zabrzmiała odpowiedź. — Odsuwacze walczą z przyspieszaczami, żeby przeszkodzić im w przyspieszaniu, ci zaś napadają na odsuwaczy, żeby nie odsuwali końca. Przyspieszaczy popiera Ojciec Akumulator.
— Ojciec Akumulator? U nas to słowo oznacza urządzenie techniczne, nie zaś istotę żywą!
— Znalazłem je w waszych mózgach. Słowo to dobrze oddaje naturę władcy, dawcy życia i tyrana realizującego groźną wolę Okrutnych Bogów.
Romero popatrzył na mnie oszołomionym wzrokiem. Wiedziałem co go dręczy: nie jakieś tam spory cudacznych odsuwaczy z przyspieszaczami, lecz to, w jakiej formie toczyła się sama rozmowa. Zagniewała mnie ta jego rozterka, więc powiedziałem:
— Pawle, stara się pan być uprzejmy wobec tego pająka, wypytywać możliwie jak najdelikatniej, żeby nie urazić jego uczuć, a on śmieje się w kułak, bo zawczasu zna odpowiedzi na pytania, o których jeszcze nawet nie zdążyliśmy pomyśleć.
Mówiłem to nie odrywając wzroku od Arana, który spokojnie unosił się w powietrzu, gestykulując jedynie słowo „gestykulacja” wydaje się tu najodpowiedniejsze — wężowłosami porastającymi jego głowę. Romero wspomniał mi potem, że podobne włosy miały dawno wymarłe gorgony. Sądzę, że koloryzował, bo chociaż dobrze znam ziemskie muzea zoologiczne, w żadnym z nich nie widziałem bodaj wizerunku gorgony.
Oan doskonale wiedział, o co mi chodzi, ale ani myślał spełniać moje życzenia. Romerowi nie pozostawało więc nic innego, jak kontynuować wypytywanie:
— Mamy zatem odsuwaczy i przyspieszaczy końca, dawcę życia i tyrana Ojca Akumulatora, wreszcie Okrutnych Bogów… Nie jestem pewien czy ziemskie określenie „Bóg” jest odpowiednie dla realnych istot z waszego świata. Nasi bogowie są tworami fantazji nie posiadającymi rzeczywistych odpowiedników. Rozumie mnie pan, szanowny Oanie?
— Tak. Pojęcie „bogowie” zaczerpnięte z pańskiego mózgu całkowicie odpowiada naturze samowładców Trzech Mglistych Słońc. Trzeba jedynie dodać epitet „okrutni” (słówko „epitet” zabrzmiało wyraźnie w moim mózgu), bowiem ci samowładcy są pozbawieni litości. Przyspieszacze są posłuszni nakazom Okrutnych Bogów, odsuwacze zbuntowali się przeciwko nim.
— Widział pan kiedykolwiek któregoś z Okrutnych Bogów? Wnoszę bowiem, że jest ich wielu?
— Tak. Jest ich wielu i mogą przybierać każdą postać. Okrutni Bogowie wiedzą o nas wszystko, ale nie pozwalają, abyśmy wiedzieli cokolwiek o Nich. Wasze słowa „szatański spryt” dokładnie wyrażają ich stosunek do nas. Są bogami zagłady, bogami-diabłami. Byliśmy niegdyś wielkim narodem, a teraz staliśmy się nędznym plemieniem, bo taka była Ich wola.
— Rozumie pan coś z tego, Eli? — zapytał Romero.
— Tylko jedno: istnieje potężna cywilizacja, która nie patyczkuje się z Aranami. Być może są to Ramirowie, których szukamy. W każdym razie wedle słów Oana cywilizacja ta nie przedstawia się w najlepszym świetle.
Romero wyczerpał swoje pytania i rozmowa stała się ogólna. Jedynie Włóczęga, Ellon i ja nie zadawaliśmy Oanowi żadnych pytań. Smok zawsze wolał słuchać i analizować, Ellon czuł się najwyraźniej urażony, że przestał być ośrodkiem powszechnego zainteresowania, co zaś do mnie, to wszystkie pytania, które mi się nasuwały, zadali już przede mną inni. dzięki czemu mogłem wytworzyć sobie obraz świata Aranów.
Pająkokształtni zamieszkiwali drugą planetę spośród dziewięciu obiegających Trzy Mgliste Słońca, najprawdopodobniej gwiazdę potrójną. N~ pozostałych ośmiu planetach układu życie się nie rozwinęło. Zachowały się podania o tym, że niegdyś Trzy Słońca były jasne i czyste, a sami Aranowie tworzyli potężny naród. Udało się im pokonać przyciąganie planetarne i wyruszyć w przestrzeń kosmiczną. Kunszt budowy statków galaktycznych został już dawno temu utracony i jeden tylko pojazd zachował się w grotach Ojca Akumulatora. Ten właśnie aparat porwali odsuwacze, kiedy postanowili spróbować ucieczki w przyszłość.
Przez wiele tysiącleci nikt nie słyszał o Okrutnych Bogach, aż pojawili sie nieoczekiwanie, zmącili Jasne Słońca, zasnuli duszącym pyłem planetę. Burze elektryczne zaczęły wysysać energię z ciał Aranów tak skutecznie, że po każdej nawałnicy powierzchnia globu pokrywała się tysiącami ich zwłok.
Aranowie próbowali walczyć, budować statki pochłaniające pył kosmiczny, które gromadziły rozproszoną materię, rosły i stopniowo przekształcały się w niewielkie planetki. Dwie takie sztuczne planety zbliżyły się do Trzech Mglistych Słońc i zaczęły spychać pył na te gwiazdy. Do tego momentu Aranowie zupełnie nie interesowali potężnych przybyszów. Teraz zaczęli działać. Statki-wymiatacze zostały zniszczone w stoczniach i w kosmosie, a gwiazdoloty, które zdążyły już przekształcić się w planety — wyrzucone poza granice układu. Teraz krążą gdzieś, pochłaniając napotkany po drodze pył i niszcząc niewielkie ciała kosmiczne, gdyż zostały skonstruowane w ten sposób, że jedynie stały dopływ materii utrzymuje te niby-istoty przy życiu.
— Jeden z tych kosmicznych drapieżców napadł na nas — zauważył Romero — ale go odrzuciliśmy.
— Lepiej byłoby, gdybyście go zniszczyli — powiedział Oan. — Taki statek po wyjściu spod kontroli może sprowadzić wiele nieszczęść.
Po zniszczeniu kosmicznych odkurzaczy uległy zagładzie również zwyczajne gwiazdoloty, które przed dalekimi rejsami akumulowały energię na niskiej orbicie wokół Trzech Słońc. Teraz eksplodował każdy statek, który tylko się do nich zbliżył. Kilka gwiazdolotów wyruszyło ku innym słońcom, ale wkrótce łączność z nimi się przerwała. Prawdopodobnie również zginęły.
Aranowie zrezygnowali z lotów kosmicznych, przypadli do ziemi i czekali, aż okrutni władcy, którzy tak niespodziewanie zjawili się w ich świecie, równie nagle go porzucą. Niestety, Okrutnym Bogom nie spodobał się miarowo płynący, prostoliniowy czas Aranów, zaczęli go więc skłębiać i wyginać, strzępić i rozdzielać na włókienka. Granice czasu przebiegały czasem przez ciało Arana, które zaczynało żyć równocześnie w przeszłości i przyszłości, starzeć się i młodnieć zarazem.
Świadomość nieuchronnego końca zrodziła wśród niezarażonych jeszcze rakiem czasu rozpaczliwy bunt przeciwko Okrutnym Bogom. Za późno. Na słabnącą, wymierającą społeczność Aranów spadły raz jeszcze nieokiełznane burze elektryczne. Dawniej pająkokształtni swobodnie pochłaniali energię elektryczną — jedyny ich pokarm, język i sposób myślenia — a teraz pokarmu było zbyt dużo, gdyż wyrzucała go z siebie nieustannie groźna Matka Błyskawic, zatapiając wszystko strumieniami energii.