U Włóczęgi siedział Lusin z Mizarem. Mizar, piękny owczarek, owczarz, jak z czułością nazywał go Lusin (Romero wielokrotnie zwracał mu uwagę, że owczarzem nazywano niegdyś nie psa, lecz człowieka zajmującego się hodowlą owiec, na co Lusin replikował, że każdy starożytny owczarz ustępował znacznie Mizarowi pod względem intelektualnym), był jedynym zwierzęciem, jakie zabraliśmy ze sobą, jeśli słowo „zwierzę” w ogóle dawało się zastosować do tej mądrej istoty, dla której arytmetyka nie miała tajemnic, a studiowanie fizyki i chemii było ulubioną rozrywką.
Przysiadłem na smoczej łapie i pogłaskałem wspaniałego psa.
Owczarek byt ogromny, wyższy ode mnie, gdy stawał na tylnych łapach, tak potężnych, że jednym ciosem mógł powalić każdego człowieka. Nigdy oczywiście tego nie robił, ale Demiurgowie woleli omijać go z daleka, bo nie przepadał za byłymi Niszczycielami i z żadnym z nich się nie przyjaźnił.
Mizar nosił na szyi elegancką pomarańczową opaskę, jego indywidualny deszyfrator był tak doskonale zestrojony przez Lusina, że psia mowa brzmiała w naszych mózgach zupełnie jak ludzka, Mizar zresztą doskonale rozumiał ludzi nawet bez deszyfratora.
— Włóczęgo, będziesz musiał pozostać na statku, bo na pająkokształtnego nie dasz się przerobić. Mizara też nie weźmiemy.
— Niesłusznie, admirale Eli — warknął Mizar, który podobnie jak wszystkie psy doskonale orientował się w ludzkich rangach. — Nie jestem pewien czy mechanizmy potrafią obronić pana tak skutecznie, jakbym to mógł zrobić ja.
— Postaramy się unikać niebezpiecznych sytuacji, Mizarze. A propos, rozmawialiście z Trubem i Gigiem? — Skafandry — odparł Lusin z westchnieniem nie podobają się. Są obrażeni. Obaj. — A jak twój skafander?
— Znakomity. Druga skóra.
— Porozmawiam z Aniołem i Demiurgiem, a jeśłi moje argumenty nie poskutkują, będę musiał ich obu zostawić na statku.
Zbiórkę eksploratorów wyznaczyłem w śluzie lądowiska, gdzie na każdego czekał już skafander maskujący. Mój był tak znakomity, że po włożeniu poczułem się tak, jakbym znalazł się w nowym ciele. Reszta skafandrów była niegorsza, ale mimo moich nalegań Trub i Gig kategorycznie odmówili ich użycia.
— Anioły gardzą pająkami — wykrzyknął Trub, dumnie krzyżując na piersi nieco już wyleniałe skrzydła i żaden z nich nigdy nie upodobni się do jakiegoś tam owada!
Dziarski Gig też za nic na świecie nie chciał rozstać się ze swoim mundurem. Zresztą doskonale ich obu rozumiałem i po chwili wahania pozwoliłem im lecieć.
Wylądowaliśmy na szczycie wzgórza. Z pewnej odległości Arania wydawała się pokryta w całości oceanem cieczy tylko odrobinę lżejszej, jak się potem okazało, od rtęci. Po jej powierzchni ślizgały się jakieś migotliwe ciała. Oan poradził nam trzymać się z dala od oceanu, wielkiego drapieżnika zamieszkałego w dodatku przez pomniejszych drapieżców, atakujących pospołu nieliczne lądy i wszystko co na nich żyło.
— Wasze skafandry sporządzone są z substancji nieznanych na mojej planecie, a zatem prawie na pewno nie grozi wam napad morskich drapieżników — pocieszył nas na koniec Aran.
Wybraliśmy na miejsce lądowania nocną stronę globu. Opodal leżało główne miasto planety. Oan pierwszy wyszedł na zewnątrz i zawołał nas.
Dokoła panował mrok, zupełnie nie przypominający naszych nocnych ciemności. Ziemia blado świeciła, niedaleki ocean lśnił, niewielki lasek fosforyzował bladym fioletem, zewsząd tryskały niebieskawe iskierki, a każdemu naszemu krokowi towarzyszyły pomarańczowe wyładowania między stopami pajęczych nóg skafandrów a powierzchnią gruntu. Wszystko tu było przesycone elektrycznością, wszystko świeciło się, lśniło, błyszczało i jarzyło. My też zaświeciliśmy się po zejściu na grunt planety. Romero żartował potem, że nasze indywidualne barwy zależały nie od konstrukcji skafandra, lecz od rangi jego posiadacza: ja lśniłem admiralskim błękitem, Orlan i Gracjusz — szlachetnym oranżem, Irena i Mary — pokornym fioletem, Lusin — pokorną żółcią, Romero — ostrożną zielenią i wreszcie Oan — groźną purpurą.
Nie świeciło tylko niebo. Panowała tam prawdziwa ciemność, której nie zakłócały nawet rzadkie gwiazdy, tlące się czerwonawo wśród gęstych kłębów kosmicznego pyłu.
Oan ruszył ostrożnie w stronę fioletowego lasku, a my równie ostrożnie podążyliśmy za nim. W zaroślach Oan się zatrzymał.
— Eli — powiedział — czuję wyładowania Iao, odsuwacza, który dziś pełni dyżur ostrzegawczy. Ustaliliśmy takie dyżury, żeby uniknąć niespodziewanego ataku przyspieszaczy. Powiem mu, że jesteście odsuwaczami z drugiej strony planety, nową grupą naszych zwolenników.
Spotkanie nastąpiło po niespełna trzech minutach. Jeszcze na „Koziorożcu” umówiłem się z Oanem, że będzie mi telepatycznie przekazywał swoje rozmowy ze współbraćmi. Dotrzymał słowa. W moim mózgu zabrzmiał ostry, bulgocący głos:
— Zatrzymaj się, ty, który się skradasz! Wymień swoje imię i powiedz jak mnie zowią!
— Jestem Oan, a ty jesteś Iao — usłyszeliśmy odpowiedź.
— Jestem Iao, masz rację Oanie. Cieszę się, że nie zginąłeś. Rozświetl się, żebym mógł cię zobaczyć. Tak, jesteś Oanem. Rad jestem widzieć cię żywym, wielki Oanie, bliski przyjacielu wielkiego Oora. Ale gdzie są twoi towarzysze? Coś uczynił ze swymi wielkimi współbraćmi w ucieczce do innego czasu, Oanie?
— Wszyscy zginęli, Iao. Zamelduję o tym Oorowi i wspólnocie, a teraz mnie przepuść.
— Nie jesteś sam? Co to znaczy, Oanie?
— Są ze mną nowi wyznawcy odsuwania, nasi przyjaciele z drugiej strony planety. Przywiodłem ich, aby dostąpili zaszczytu wysłuchania nauk wielkiego Oora, bo niczego tak nie pragną, jak walki z przyspieszaczami.
— Dostąpią szczęścia obcowania z wielkim Oorem. Dane też im będzie walczyć z obmierzłymi przyspieszaczami, umożliwimy im to, Oanie. Niechaj się rozświetlą. Dzielne chłopy! Dobrze zrobiłeś, Oanie, że ich tu przywiodłeś. Już jutro będą mogli czynem dowieść swojego zapału!
— Stało się coś ważnego?
— Przyspieszacze znowu chwytali wszystkich, którzy się im nawinęli w porze Ciemnych Słońc. Samospalenie wyznaczyli na jutrzejszy wieczór. Postaramy się odbić nieszczęśników. Idź, Oanie. Zazdroszczę tobie i twoim przyjaciołom, albowiem usłyszycie natchnione słowa Oora, największego z wielkich. Idź śmiało, bo nie ma tu przyspieszaczy.
Oan nieco przyspieszył kroku, my zaś poszliśmy za jego przykładem. Wkrótce znaleźliśmy się w obszernej jaskini rozświetlonej blaskiem ścian, w której mrowili się Aranowie. Było ich tak wielu, że tworzyli jakby jedno migotliwe ciało pokrywające szczelnie całą posadzkę groty. Wniknęliśmy w to ciało, stając się jego częścią, roztopiliśmy się w nim. Nikt nie zwrócił na nas najmniejszej uwagi, nikogo nie zainteresowaliśmy, gdyż byliśmy tacy sami jak wszyscy, stanowiliśmy komórki tego samego organizmu pulsującego w jednym rytmie.
— Oor! — powiedział dobitnie Oan. Żaden z Aranów nie zareagował, gdyż głos Oana dotarł tylko do nas. Pośrodku jaskini jeden z pająkokształtnych upadł na plecy i wyciągnął do góry wyprężone nogi. Na ten dwunastonogi piedestał wgramolił się inny Aran, zachybotał się, znieruchomiał i rozjarzył się zmiennymi barwami. Przemawiał, a jego słowa tłumaczone przez Oana wyraźnie rozbrzmiewały w naszych mózgach. To był Oor, Naczelny Odsuwacz Końca.
— Eli, to potworne! Te pająki potępiają zgubę, gdyż ideałem ich jest wegetacja! Bezmyślna, ale beztroska wegetacja — szepnął zdumiony Lusin. Szepnął oczywiście w myśli, gdyż głośno nie zdołałby wypowiedzieć takiego składnego zdania nawet przez miesiąc.