Выбрать главу

Znów się zamyśliłem, choć takie wyjaśnienie każdego człowieka musiało zmobilizować do natychmiastowego działania. Mary powiedziała ze zdziwieniem:

— Eli, czyżbyś stchórzył? To przecież do ciebie zupełnie niepodobne!

— Brak zdecydowania też nigdy nie należał do cech pańskiego charakteru, drogi admirale! — dodał Romero. — Będziemy działać zgodnie z sytuacją — zdecydowałem, jeśli to można było w ogóle nazwać decyzją. W każdym razie nie pozwolimy, aby na naszych oczach ginęły niewinne istoty.

Dobiegł mnie głos przysłuchującego się rozmowie Kamagina:

— Nasze statki zawsze gotowe są pospieszyć wam z pomocą. Jeśli dowódca pozwoli, podprowadzę swojego „Węża” na bezpośrednią odległość do planety.

Oleg pozwolił mu wyprowadzić gwiazdolot z szyku eskadry.

— Ciesz się — powiedziałem do Lusina. — Wszystko będzie tak jak pragnąłeś.

— Będę się cieszył jutro, kiedy własnymi rękami uwolnię skazanych z szafotu! — wykrzyknął Lusin z niezwykłą u niego elokwencją.

Gdyby wiedział, co mu przyniesie jutro! Rozeszliśmy się do kabin, gdzie zdjęliśmy maskujące skafandry, tylko Oan pozostał na zewnątrz. Był u siebie.

Noc minęła, nastąpił mętny ranek. W ciemności Arania była tajemnicza i może nawet na swój sposób piękna. W świetle dnia ujrzeliśmy natomiast tylko ponure, brzydkie rumowiska kamieni i ocean wypluwający na poszarpany brzeg zwały przetrawionego przez siebie mułu. Założyliśmy skafandry, automaty zaryglowały włazy planetolotu i otoczyły go ochronnym polem siłowym, my zaś zwartą grupą pobiegliśmy przez lasek w kierunku miasta.

Miasta właściwie nie było. Był tylko łańcuch pagórków ze zboczami podziurawionymi wejściami do jaskiń, w których gnieździli się Aranowie. Pod ziemią mieściły się również fabryki czy warsztaty i rozległe sale pełniące rolę placów publicznych, na których odbywały się nocne wiece. Między wzgórzami wiły się gruntowe drogi, tak jednak ubite i wygładzone, że stały się twardsze od najlepszych ziemskich asfaltowych szos starożytności. Z wylotów jaskiń wypełzali niezliczeni pająkokształtni i żwawo pędzili do rozległej doliny między czterema miejskimi wzgórzami na rynek stołecznego miasta Aranii. Dołączyliśmy do tego potoku.

Na rynku wznosił się szafot do złudzenia przypominający starożytne ziemskie piece elektryczne.

— Za chwilę pojawi się grupa idących ku końcowi nadał Oan, kiedy zatrzymaliśmy się opodal szafotu. — Przyjdzie pod konwojem strażników końca, zwyczajnych przyspieszaczy, tyle że silniej naładowanych energią elektryczną. Przyspieszacze obsadzili każde dojście do Ojca Akumulatora i dlatego ich strażnicy są lepiej uzbrojeni od naszych ostrzegaczy, a co za tym idzie nigdy nie udaje się nam ich zwyciężyć. Kto cieszy się łaską Ojca Akumulatora, ten włada.

Skazańcy nie pokazywali się, a tymczasem naszą uwagę zwrócił Aran wznoszący się nad pozostałym tłumem na dwupiętrowym żywym piedestale, utworzonym z czterech pająkokształtnych.

— Uoch, Naczelny Przyspieszacz Końca, Wielki Realizator — powiedział ze wstrętem Oan. — Gdybyście usunęli tego pajaca, którego wielbią wszyscy przyspieszacze, walka z nimi stałaby się o wiele łatwiejsza.

Uoch, rozparty wygodnie na swym piedestale, wykrzyknął zgrzytliwie:

— Chwała niechaj będzie Okrutnym Bogom! Czyńmy Koniec!

W odpowiedzi rozległ się ogłuszający ryk:

— Czyńmy! Niechaj Okrutni Bogowie będą pochwaleni!

Z jaskini znajdującej się pod szczytem wzgórza za plecami Naczelnego Przyspieszacza wyłoniła się kolumna czyniących Koniec. Skazańcy szli czwórkami w asyście uwijających się po bokach konwojentów. Głowa każdego ze strażników przypominała płonące ognisko tryskające iskrami, tak bardzo ich ciała były przeładowane elektrycznością. Tłum zatrząsł się z entuzjazmu. Rozległy się gromkie, chóralne krzyki:

— Czyńmy Koniec! Czyńmy Koniec!

Kiedy kolumna skazanych znalazła się już na poziomie dna kotliny, z jaskiń pobliskiego wzgórza wytrysnął nagle snop iskier i oddział odsuwaczy runął na konwój. Strażnicy wściekle odpierali ataki, tłum ruszył na pomoc swoim. Wkrótce było po wszystkim. Kolumna skazanych, znacznie teraz liczniejsza, bo znaleźli się w niej pokonani odsuwacze, znów ruszyła w stronę szafotu. Zresztą wielu odsuwaczy uciekło.

Naczelny przyspieszacz znów zakrzyknął:

— Czyńmy Koniec na chwałę Okrutnych Bogów! Patrzyłem na to wszystko jak sparaliżowany i nie potrafiłem podjąć żadnej decyzji, a tymczasem tłum szalał:

— Czyńmy Koniec! Czyńmy Koniec!

— Na chwałę Ojca! Dla przebłagania Matki! Niechaj uśmierzy swój gniew!

— Niechaj się zmiłuje!

Uoch uniósł swe włosy i splótł je nad głową. Strażnicy chwycili jednego ze skazanych i wrzucili go do pieca. Teraz już wiemy, że czyniący Koniec zwarł swym ciałem dwie elektrody pod wysokim napięciem. A wówczas usłyszeliśmy odgłos eksplozji i ujrzeliśmy błysk wyładowania. Nad placem przetoczył się ciężki grzmot, który utonął w ryku tłumu. Posypał się na nas gorący popiół, miałki jak mąka proch spopielonej istoty!

— On był żywy, Eli! On przecież był żywy! — jęknął Lusin.

Uoch powtórnie splótł włosy nad głową i druga ofiara zniknęła w gardzieli pieca. Wówczas już Lusinowi nerwy odmówiły posłuszeństwa.

— Eli, czynisz nas wspólnikami zbrodni! Jeśli się nie wtrącisz, zrobię to sam. Sam jeden. Zbuntuję się, Eli! Zdecydowałem się błyskawicznie. Trzeba zniszczyć szafot, żeby już nie było dalszych ofiar, ale zanim zdołałem wydać rozkaz, Oan wykrzyknął z przerażeniem:

— Nie rób tego! Kiedy zniszczysz szafot, wówczas wszyscy Aranowie zginą!

— Unieszkodliwić straż! — krzyknąłem, nie pytając nawet, dlaczego nie wolno niszczyć pieca, i rzuciłem się ku Naczelnemu Przyspieszaczowi Końca.

Lusin pomknął z taką szybkością, że wyprzedził mnie o dobre dziesięć skoków. Staranował żywy piedestał i Uoch poleciał w dół. Lusin zadał mu taki cios, że Naczelny Przyspieszacz z przenikliwym piskiem znów uniósł się w powietrze. Na Lusina rzucił się dobry tuzin strażników. Setki błyskawic wbiły się w jego ciało, otaczając je płomienistą aureolą.

— Pole! — krzyknąłem!.

— Pole! — zawtórował mi Romero, i Lusin, którego zaskoczył wściekły atak Aranów, dopiero teraz wywołał pole ochronne.

Reszta rozegrała się w ułamku senkundy. Nasi inżynierowie niestety zbyt dobrze znali się na swoim fachu, by sporządzone przez nich skafandry nie miały się oprzeć słabym w gruncie rzeczy wężowłosom Aranów. Ale Lusin miał jeszcze w pamięci zaciekłe walki z głowookami i ponaglany przez nas uruchomił z maksymalną mocą swe pole ochronne. Gdy jednak zobaczył, jakie spustoszenie wywołało ono wśród goryli Uocha, zdjęło go przerażenie. Nie zastanawiał się, nie tracił czasu na powolne osłabianie pola, tylko gwałtownie je wyłączył. I natychmiast, niestety, padł ofiarą swego humanitaryzmu.

Jeden ze strażników, który jakimś cudem przeżył uderzenie pola, szarpnął swoje wężowłosy zaplątane w skafander Lusina, stracił równowagę i pociągając za sobą naszego biednego przyjaciela zwalił się w dół. Stali obaj na krawędzi szafotu i spadli teraz w gardziel pieca pomiędzy dwie śmiercionośne elektrody. Znów buchnął płomień, zgaszony jednak natychmiast powracającym automatycznie polem ochronnym. My również, Romero, ja oraz biegnący tuż za nami Demiurg i Galakt, zogniskowaliśmy tam nasze pola, ale było już za późno. Wśród poskręcanych eksplozją siłową odłamków piekielnego elektrycznego szafotu leżał rozłupany skafander, a w nim martwe ciało Lusina!