Выбрать главу

— Ireno, idź do siebie! — rzucił szorstko Oleg.

— Dobrze, pójdę do siebie — odparła pokornym tonem.

Spróbowałem wydobyć ciało Ellona z transformatora, ale szło mi to niesporo, więc Oleg pospieszył mi z pomocą. We dwójkę wynieśliśmy sztywne ciało Demiurga i położyliśmy je na wolnym stole pod ścianą. Zajęci tym nie zauważyliśmy, jak Irena przekradła się do laboratorium, przebiegła je i wskoczyła do kuli transformatora. Dopiero trzask zamykanego włazu zaalarmował Olega, który krzyknął:

— Ireno, błagam, nie rób tego!

— Żegnajcie! — odkrzyknęła z przezroczystej kuli. — Nie potępiajcie mnie! — I szarpnęła dźwignię. Zniknęła prawie natychmiast, zanim zdążyliśmy podbiec do kolapsanu. Oleg chwycił za dźwignię powrotu, ale go powstrzymałem:

— Sprawdź najpierw, gdzie ona jest i uważaj, jeśli znalazła się w przeszłości!

Szybko przebiegł wzrokiem lampki sygnalizacyjne na pulpicie.

— Jest w przyszłości, Eli!

— Wobec tego zawracaj, ale ostrożnie. Powrót z przyszłości jest możliwy.

Irena jednak nie wróciła, bo zbyt szybko pomknęła w przyszłość. Chyba z dziesięć minut staliśmy przy transformatorze, czekając na zmaterializowanie się jej w przezroczystej kuli. Wreszcie kolapsan po wyczerpaniu energii powrotu wyłączył się automatycznie.

— To już koniec, Eli! — powiedział Oleg znużonym głosem. — Dla nas Irena przestała istnieć. Co najwyżej nasi dalecy potomkowie będą ją mogli gdzieś spotkać. Chodźmy zawiadomić załogę o nowej tragedii.

— Musimy ją zawiadomić nie tylko o odejściu trzech przyjaciół…

— O czym ty mówisz. Eli? Czy to jeszcze nie koniec naszych nieszczęść?

— Niestety. Na pokładzie jest jeszcze jeden zdradziecki agent Ramirów. Zdemaskowałem go.

7

Zamknąłem się u siebie. Olegowi powiedziałem, że przygotuję raport na ogólne zebranie załogi i wyjdę dopiero wtedy, kiedy wszyscy się już zbiorą. Zapukał do mnie Romero, ale się nie odezwałem. Mary poprosiła przez zamknięte drzwi, żebym ją wpuścił, ja jednak odkrzyknąłem, że jestem bardzo zajęty, że muszę się skupić, a czyjakolwiek obecność mi w tym przeszkadza. Nie wpuszczałem nikogo. Raz tylko zawahałem się, gdy za drzwiami uslyszałem głośny płacz Olgi. Ona miała prawo mnie zobaczyć, ho jej córka zginęła na moich oczach… Otworzyłem drzwi i stanąłem w progu.

— Olgo, możesz uważać mnie za człowieka bez serca, ale w tej chwili nie mogę z tobą rozmawiać o Irenie. Sama wkrótce zrozumiesz dlaczego. Idź do Olega, on ci wszystko opowie, a ja naprawdę nie mogę, uwierz mi.

Popatrzyła na mnie nieprzytomnym wzrokiem i odeszła bez słowa. Wyglądała jak cień i było mi jej naprawdę serdecznie żal. Ta posiwiała, przygarbiona teraz kobieta przeżyła męża i córkę, przeżyła straszliwą śmierć obojga i potrzebowała jak nigdy mojej pomocy. Ale ja miałem zmartwienie o wiele cięższe nawet od jej tragedii…

Nie przygotowywałem raportu. Leżałem na tapczanie i gryzłem się, zadręczałem pytaniami bez odpowiedzi. Zastanawiałem się bez końca, dlaczego nigdy nie spotkaliśmy Ramirów w ich cielesnej postaci, chociaż ich fizyczne istnienie nie ulegało dla mnie najmniejszej wątpliwości; zachodziłem w głowę czym ich tak bardzo rozgniewaliśmy, że bez pardonu zniszczyli prawie całą eskadrę i dlaczego wreszcie nie rozpylili ostatniego statku, skoro już z nami walczą i zagłada gwiazdolotu leży w ich możliwościach… To była tajemnica, którą za wszelką cenę musiałem przeniknąć, ale tego nie umiałem. Myślałem też o Lusinie i nieszczęsnym Głosie, o Irenie, która tak okrutnie nas porzuciła, myślałem o Ellonie i mądrym, sympatycznym psie Mizarze, ale przede wszystkim o nowym szpiegu Ramirów. Nienawidziłem go jak nikogo dotąd i w swej nienawiści gotów byłem obedrzeć ze skóry ku przestrodze każdego, kto chciałby być agentem naszych wrogów.

Do drzwi w umówiony sposób zapukał Oleg. Wpuściłem go.

— Wszyscy wolni od wacht zebrali się w sali obserwacyjnej — powiedział chmurnie. — Jak się czujesz, Eli?

— Dlaczego o to pytasz?

— Jesteś bardzo blady.

— Za to pełen zdecydowania. Chodźmy!

— Poczekaj — zatrzymał mnie. — Chciałbym wiedzieć, kogo podejrzewasz o szpiegostwo.

— Dowiesz się na zebraniu. Chodźmy… Ale Oleg był uparty:

— Eli, jestem dowódcą eskadry. Mam prawo wiedzieć więcej i wcześniej niż inni.

Zastanowiłem się. Oleg przyparł mnie do muru, ale znalazłem wyjście. Uśmiechnąłem się krzywo.

— A jeśli podejrzewam ciebie? — zapytałem.

— Mnie?! Oszalałeś, Eli?

— Być może. Wszyscy przecież niedawno postradaliśmy rozum i nie jest wykluczone, że nie całkiem jeszcze powróciliśmy do zdrowia… — Patrzyłem mu prosto w oczy. — Jeśli wydasz rozkaz, będę go musiał wykonać, ale bardzo cię proszę, nie rób tego!

— Idziemy! — rzucił krótko i ruszył przodem. Ekrany gwiezdne w sali obserwacyjnej zostały wygaszone. Na podwyższeniu ustawiono stolik, przy którym usiedliśmy z Olegiem. Popatrzyłem na salę, w której zgromadzili się wszyscy moi przyjaciele, ludzie i Demiurgowie. Pod ścianą niczym majestatyczny posąg wznosił się górujący nad wszystkimi Gracjusz w towarzystwie Orlana. W pierwszym rzędzie siedziały Mary z Olgą, a między nimi Romero. Mary patrzyła na mnie z takim niepokojem, że pospiesznie odwróciłem oczy. Oleg poprosił o ciszę.

— Wiecie już o tragedii, jaka rozegrała się niedawno w laboratorium — powiedział. — Teraz jednak zebraliśmy się nie po to, żeby uczcić naszych poległych przyjaciół. Kierownik naukowy wyprawy jest zdania, że wykrył na statku kolejnego szpiega Ramirów i pragnie przedstawić ogólnemu zebraniu załogi odpowiednie tego dowody. Wstałem.

— Zanim to uczynię — powiedziałem — chciałbym prosić zebranych o przegłosowanie kary, na jaką ich zdaniem szpieg zasłużył. Moja propozycja brzmi: kara śmierci!

— Śmierć?! — dobiegł mnie oburzony głos Romera.

Jego protest utonął w głośnych krzykach sali. Oburzali się nie tylko ludzie, lecz także Demiurgowie, a majestatyczny Gracjusz zaczął wściekle wymachiwać rękami. Spokojnie czekałem, aż gwar ucichnie.

— Tak, kara śmierci! — powtórzyłem. — Nie uwięzienie, nie konserwacja, lecz właśnie stracenie. Kara śmierci to przeżytek starożytności, relikt barbarzyńskich czasów, ale nalegam na jej orzeczenie, gdyż szpiegostwo jest również reliktem barbarzyństwa. Kara za hańbiącą zbrodnię również powinna być hańbiąca.

Romero uniósł laskę, prosząc w ten sposób o głos. — Zechce pan wymienić nazwisko zbrodniarza, admirale, i dokładnie opisać przestępstwo — powiedział. Dopiero wówczas zdecydujemy czy zasługuje on na karę główną.

Wiedziałem, że wszyscy będą przeciwko mnie i byłem na to z góry przygotowany, powiedziałem więc zimno: — Kara musi być orzeczona zanim wymienię nazwisko zbrodniarza!

— Ale dlaczego, admirale? Może nam pan to wytłumaczyć?

— Wszyscy tu jesteśmy przyjaciółmi i kiedy podam nazwisko szpiega, nie zdołacie od razu się od niego odciąć, odzwyczaić od myśli, że jest waszym przyjacielem i natychmiast zaczniecie podświadomie szukać okoliczności łagodzących. Ja natomiast chcę, żeby ukarane zostało samo przestępstwo.

— To bardzo pięknie, ale w razie orzeczenia kary śmierci zostanie stracony konkretny członek załogi, według pana nader nam bliski, a nie abstrakcyjny przestępca! — upierał się Romero.

— Gdybym mógł osądzać jedynie przestępstwo, ignorując z pogardą samego zbrodniarza, wtedy bym mu wybaczył. Niestety jest to niemożliwe.