— Jak pan uważa, admirale! W każdym razie ja, zanim nie poznam nazwiska szpiega, powstrzymam się od głosowania.
Romero usiadł i z kolei głos zabrał Oleg:
— Kierownik naukowy wyprawy przedstawił problem, który nazwałbym problemem kodeksu. W starożytności istniał przepis, zgodnie z którym karano sprawcę niegodnego czynu za sam czyn, nie biorąc pod uwagę żadnych innych okoliczności. Eli zatem proponuje przywrócić, moim zdaniem słusznie, stary obyczaj.
— Ale również w starożytności zespół ludzi orzekających o winie, a nazywany wówczas sądem, wiedział o czyjej winie orzeka! — zaoponował gorąco Romero.
Postanowiłem za wszelką cenę zmusić go do milczenia.
— Romero zachowuje się tak — powiedziałem głośno — jakby obawiał się, że to on zostanie oskarżony o szpiegostwo!
Paweł opanował się z największym trudem, ale odpowiedział ze zwykłą godnością:
— Gdyby chodziło o mnie, z pewnością głosowałbym za karą śmierci!
— Może zatem lęka się pan, że domniemany zbrodniarz jest panu droższy od samego siebie?
— Dopuszczam taką możliwość — odparł ponuro. — W naszej sytuacji wszystko jest możliwe…
— To nie jest odpowiedź!
— Dobrze, niech i tak będzie! — wykrzyknął z determinacją Romero. — Głosuję za karą główną… jeśli przestępstwo zostanie dowiedzione.
— A zatem głosujmy wszyscy — powiedział Oleg. — Kto jest za?
Las rąk uniósł się nad głowami obecnych.
— Dopiął pan swego, Eli — zwrócił się do mnie Oleg. — Proszę więc wymienić nazwisko szpiega i przedstawić dowody jego winy.
Wiedziałem, że sprawię ból przyjaciołom, że ugodzę boleśnie Mary, ale nie miałem innego wyjścia. Postarałem się tylko, żeby moje słowa zabrzmiały spokojnie.
— Szpiegiem naszych wrogów jestem ja — powiedziałem.
8
Odpowiedzią była głucha cisza, w której zabrzmiał jedynie pełen współczucia okrzyk Galakta:
— Biedny Eli! On też… — I znów zrobiło się cicho. Wpatrywałem się w twarze zebranych i z ogromnym zdumieniem odkrywałem wszędzie ten sam wyraz serdecznego współczucia. Tylko Mary nie uwierzyła w moje szaleństwo. …
Podbiegł do mnie Osima.
— Admirale! — wykrzyknął. — Proszę się nie martwić, wszystko będzie w porządku! Odprowadzę pana do łóżka…
Odsunąłem jego rękę. Oleg zwrócił się do sali, nadal milczącej i sparaliżowanej współczuciem:
— Czy nie powinniśmy odłożyć narady, przyjaciele? Elektroniczny medyk…
Romero przerwał mu stukając laską w podłogę.
— Protestuję! — powiedział zrywając się z miejsca. — Szukacie prostych rozwiązań, ale proste i najłatwiejsze rozwiązania nie istnieją. Admirał Eli cieszy się lepszym zdrowiem niż którykolwiek z nas i ma podstawy mówić to, co powiedział, a my musimy go wysłuchać.
— Pan jeden nie jest zdumiony — zauważyłem.
— Tak, Eli — odparł sucho Romero. — Nie jestem zdumiony, bo spodziewałem się takiego właśnie wyznania.
— A zatem kontynuujemy? — zapytał Oleg obecnych na sali i w odpowiedzi usłyszał kilka aprobujących okrzyków. Osima, potrząsając z niedowierzaniem głową wrócił na miejsce, a Oleg zwrócił się do mnie: — Mów!
Zacząłem od przypomnienia tego, co Oan mówił o zwyczaju Okrutnych Bogów, którry czasem penetrowali społeczność Aranów przybierając ich postać. Ale kimże są Aranowie? Do czego jest zdolna, czym może zagrażać ich uwsteczniona, słaba, pełna zabobonów cywilizacja? Czy nie wynika z tego, że Ramirowie napotkawszy przedstawicieli nieporównanie wyższej i potężniejszej cywilizacji będą maskować się jeszcze staranniej, że naślą na nich liczniejszych szpiegów niż na bezbronnych w gruncie rzeczy pająkokształtnych? Wysłali najpierw Oana, który rozszyfrował nasze plany i przekazał je swoim zleceniodawcom, ci zaś te plany skutecznie pokrzyżowali.
Ale nie koniec na tym. Byliśmy przekonani, że pozbywszy się Oana, pozbyliśmy się tym samym szpiega Ramirów. Zagłada „Strzelca” rozwiała te iluzje. Jak Ramirowie mogli się dowiedzieć, co zamierzaliśmy z nim zrobić? Z naszego zachowania nie mogli nic wywnioskować, a jednak bezbłędnie określili nasze cele. Musieli zatem poznać nasze plany niejako od środka. Kto je im zdradził? Szpieg, który zaczął wśród nas działać po śmierci Oana! Napad Ramirów na „Strzelca” dobitnie świadczy o tym, że na pokładzie „Koziorożca” rezyduje ich agent.
Nie ma w tym nic dziwnego, jeśli przyjąć, że nasi wrogowie nie są kompletnymi głupcami. Na pewno nie są głupsi od nas, a więc musieli zdawać sobie sprawę z tego, że jeden informator to za mało, że potrzebny jest rezerwowy szpicel i to taki, który ma dostęp do wszystkich planów i wpływ na ich realizację. Do wyboru mieli dwóch członków załogi odpowiadających tym kryteriom: dowódcę eskadry i jej kierownika naukowego.
W tym miejscu przerwał mi Romero:
— Myli się pan, Eli. Ramirowie nie mieli wyboru, gdyż jedynie kierownik naukowy całkowicie spełniał ich oczekiwania. Pan zna wszystkie zamierzenia dowódcy, natomiast on, chociażby z braku czasu, nie może wnikać w każdy szczegół prowadzonych badań.
— Ma pan rację, Romero! To musiałem być ja. Przypomnę tu, że zrządzeniem losu również w poprzednich wyprawach przeciwnik na mnie właśnie zwracał najpilniejszą uwagę. Czyż to nie ty, Orlanie, wybrałeś mnie na swojego powiernika, kiedy postanowiłeś przejść na naszą stronę? Czyż to nie ze mną kontaktował się Główny Mózg Trzeciej Planety? A więc Ramirowie postanowili mnie zwerbować i dopięli swego. Jestem ich agentem. Przyznaję to z wielkim wstydem, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, jeśli nie chce się ponosić ciągłych porażek… Nabrałem powietrza i mówiłem dalej:
— Byliśmy naiwni jak dzieci sądząc, że schwytany w siłową pułapkę, martwy Oan nie może nam już w niczym zaszkodzić. Bo cóż może wskórać trup zamknięty w konserwatorze, myśleliśmy… Byliśmy naiwni, powtarzam. Ramirowie mogli bez trudu uratować swojego agenta, ale woleli, żeby jego zwłoki zostały wśród nas i kontynuowały służbę. Bo Oan jest teraz przekaźnikiem pochodzących ode mnie informacji, raportów szpiegowskich pochodzących z mojego zniewolonego mózgu. Ramirowie znają każdą moją myśl, każde moje zamierzenie, moje każde najskrytsze nawet pragnienie…
Tu znów na chwilę zamilkłem. Mary nie spuszczała ze mnie zrozpaczonych oczu, Romero gapił się ponuro na rączkę swojej laski, a Osima wręcz pożerał mnie wzrokiem. Na twarzy miał wypisane, że nie wierzy w bodaj jedno moje słowo. Gracjusz i Orlan wierzyli, chociaż nie chcieli uwierzyć…
Przeszedłem do tego, w jaki sposób dowiedziałem się o swojej haniebnej roli. Nie było to łatwe, chociaż nieraz zastanawiałem się, dlaczego tak mnie ciągnie do konserwatora, po co tak często rozmawiam na głos z nieboszczykami. Przecież nigdy nie miałem skłonności do wygłaszania monologów i w ogóle z natury jestem dość małomówny. Olśniło mnie po katastrofie „Strzelca”, kiedy stało się oczywiste, że ktoś musiał przekazać Ramirom tajne informacje. Kto? Po zastanowieniu się musiałem wykluczyć wszystkich członków załogi poza mną. Konserwator jest najlepiej ekranowanym pomieszczeniem na całym statku, a zatem Oan mógł najłatwiej nawiązać kontakt z tymi, którzy często go odwiedzają… Jeszcze jeden dowód na to, że właśnie ja jestem szpiegiem Ramirów!
— To wszystko, co wiem o sobie — powiedziałem na zakończenie. — Moja wina jest bezsporna, bo powinienem przewidzieć skutki dziwnych rozmów z ciałem szpiega, którego tajemnicza natura dla nikogo nie stanowiła sekretu. Zachowywałem się nieostrożnie, a w naszej ciężkiej sytuacji jest to zbrodnią. Żądam zgładzenia mnie nie tylko jako karę za przestępstwo przeze mnie popełnione, ale przede wszystkim jako gwarancji bezpieczeństwa całej wyprawy. Ramirowie precyzyjnie namierzyli mój mózg i choćbym tego bardzo nie chciał, zawsze zdołają za moim pośrednictwem uzyskać informacje o wszystkich naszych planach. A w momencie, kiedy podejmiemy nową próbę wyrwania się z jądra, taki przeciek będzie szczególnie niebezpieczny.