Выбрать главу

— Nie poznajesz tego miejsca, Eli? — Oczywiście, że nie.

— Tutaj właśnie odeszła od nas Irena.

— Rozumiem. Ale czy bolesne wspomnienia…

— Nie, Eli — przerwał mi. — Nie tylko wspomnienia… Powiedz mi, Eli, czy po szczęśliwym powrocie na Ziemię zdecydujesz się jeszcze na udział w jakiejś wyprawie galaktycznej?

— Wątpię. Będę na to za stary. Już jestem!

— A ja polecę. Jestem od ciebie znacznie młodszy i penetrowanie Kosmosu jest jedyną treścią mojego życia. — Wrócisz do jądra?

— Dotarliśmy tu po raz pierwszy, ale czyż można na tym poprzestać? Nowa wyprawa będzie z pewnością lepiej przygotowana, to pewne. I jeśli wezmę w niej udział, to zapis rejsografu bardzo mi się przyda.

— Chcesz odnaleźć Irenę? — zapytałem wprost. Ostrożnie wsunął rejsograf do gniazda w kasie pancernej, starannie sprawdził połączenia aparatu z mózgiem pokładowym i dopiero wtedy odparł z udawanym spokojem.

— W każdym razie pragnąłbym się dowiedzieć, co się z nią dzieje.

11

Dopiero teraz mogliśmy w pełni docenić geniusz inżynieryjny Ellona. Kolapsan pozwalał nie tylko zagęścić lub rozrzedzić czas, zmienić jego znak, ale również dowolnie zakrzywiać, odchylać pod żądanym kątem od pierwotnej osi. Olga nazwała to odchylenie „fazowym kątem ucieczki w pozaczas” i określiła jego pożądaną wielkość za pomocą skomplikowanych wzorów własnego pomysłu. Dla mnie była to kompletna czarna magia, ale Orlan rozumiał Olgę w pół słowa, a niektóre z wielopiętrowych wzorów były wręcz jego autorstwa. Wcale się temu nie dziwiłem, bo Demiurgowie mają wrodzone zdolności do mechaniki niebieskiej.

Próby modelowania przesunięcia fazowego czasu na procesach atomowych przebiegały na tyle sprawnie, że już niebawem Olga powiedziała do mnie przy śniadaniu:

— Być może jutro, Eli.

Znaczyło to, że już jutro inżynierowie wypróbują generatory odchylające makroczas całego statku.

— Prawdopodobnie jutro — rzucił Orlan podczas obiadu.

— A więc jutro, przyjaciele! — oświadczył Oleg w czasie kolacji.

Z samego rana pospieszyłem na stanowisko dowodzenia, gdzie zastałem już wszystkich kapitanów i Orlana. Sterowanie generatorami czasu fazowego przejął Gracjusz, bo dla nieśmiertelnego Galakta przerzut do innego czasu nie był takim wstrząsem, jak dla któregokolwiek z nas. Fotel pierwszego pilota statku zajął Kamagin, również obeznany już z podróżami w czasie. A całej reszcie przypadła rola biernych widzów. Czekałem niecierpliwie na wspaniałe widoki, których spodziewałem się przy przejściu do obcego czasu, choć bardzo się lękałem reakcji Ramirów. Po Okrutnych Bogach wszystkiego można się było spodziewać!…

— Trzy, dwa, jeden, zero! — wykrzyknął Kamagin i czas nieco się odchylił.

Powinien się odchylić, a tymczasem nic o tym nie świadczyło. Na ekranach trwał ten sam co przed chwilą niewyobrażalny gwiezdny chaos, nadal wszystko kotłowało się w tytanicznym wybuchu.

— Czy generatory aby na pewno pracują? — mruknął zaniepokojony Osima.

— Ramirowie nie dają o sobie znać — zauważył Kamagin. — Przegapili nasz manewr czy co?

— I tak byśmy nie zauważyli ich reakcji — powiedział poważnie Orlan. — Ich promień spopieli nas wcześniej niż cokolwiek zdążymy pojąć.

Po pewnym czasie MUK zakomunikował, że obraz chaosu gwiezdnego powoli się zmienia, a Gracjusz potwierdził tę informację. My jednak niczego nie dostrzegliśmy.

— Gwarantuję, że jesteśmy w pozaczasie — powiedziała Olga. — Kąt fazowy jest jednak tak niewielki, że musi upłynąć parę godzin zanim zmiany na niebie staną się wyraźnie widoczne.

Mary zaproponowała, żebyśmy poszli do nas i trochę odpoczęli. W kabinie wygasiła ekran i usiadła w fotelu, ja zaś postanowiłem nieco się zdrzemnąć. Żona obudziła mnie po dwóch godzinach.

— Popatrz na ekran! — wykrzyknęła z podnieceniem.

Na ekranie był zupełnie inny świat. Nie, świat był nadal ten sam. Ten sam świat rozszalałego jądra Galaktyki, tyle że teraz przybrał on nieuchwytnie inny kształt. Tak, to było jądro, lecz jądro w innym czasie, nie w przeszłym, nie w przyszłym, ale w innym…

— Mary, Ramirowie nas wypuścili! — zawołałem radośnie. — Już nas nie zaatakują!

Od tego dnia upłynęło wiele czasu. Może godzin, może wieków, a może nawet milionoleci. Nie potrafię określić jednostki, bo cżas, w którym się poruszamy jest nam obcy. Przyrządy go mierzą, MUK zapamiętuje, rejsograf rejestruje, a ja go nie rozumiem, bo to nie mój czas.

Pozwoliłem sobie na tę dygresję, siedząc w konserwatorze i dyktując historię naszej ucieczki z jądra Galaktyki, pozwoliłem sobie na nią po to tylko, aby oddać niecierpliwość z jaką oczekujemy powrotu do naszego normalnego czasu. Przebyliśmy już trzy czwarte okręgu pętli czasu wstecznego i niebawem zaczniemy doganiać naszą przeszłość, która po zatoczeniu niemal pełnego koła znalazła się przed nami, stała się naszą przyszłością.

Czekam na powrót do naszego czasu, ale myślę o czymś innym. Ramirowie nas wypuścili, to oczywiste, a zarazem bardzo dziwne. Chcę dociec, dlaczego tym razem pozwolili nam odejść. Muszę to zrozumieć, bo przecież ludzie jeszcze kiedyś spotkają się z tą nieuchwytną cywilizacją. Nie uwierzę w obojętność Ramirów… Wczoraj zaprosiłem do siebie Romera.

— Pawle — powiedziałem. — Nie podoba mi się pańska przypowieść o drwalach i mrówkach.

— Mogę ją więc zmodyfikować. Co by pan powiedział o ćmach lecących do ogniska drwali?

— Rola ćmy też mnie w pełni nie urządza — odparłem.

— Kim zatem wedle pana jesteśmy?

— Jesteśmy królikami, Pawle.

— Królikami? Nie przesłyszałem się?

— Tak, królikami. Królikami doświadczalnymi, jak to się kiedyś nazywało. Biednymi zwierzakami, na których nasi przodkowie dokonywali eksperymentów medycznych.

— Uważa pan, że jesteśmy obiektem doświadczalnym, że Ramirowie dokonują na nas eksperymentów?

— W każdym razie usiłują nas do tego celu użyć.

— W tym coś jest — powiedział z zastanowieniem Paweł. — A czy ma pan jakieś dowody?

— Raczej poszlaki, Pawle. Proszę posłuchać. Zacząłem od tego, że Ramirowie natychmiast zniszczyli pierwszą eskadrę wysłaną do jądra, a właściwie zabili załogi, pozostawiając w spokoju gwiazdoloty. Nędzne mróweczki zostały wytrute środkiem owadobójczym na wszelki wypadek, żeby czasem nie pogryzły zajętych ważną pracą drwali. Jednak w stosunku do drugiej wyprawy zachowali się już inaczej. Wprawdzie nie patyczkowali się również i z nami, kiedy „Strzelec” zakłócił tworzoną przez nich strukturę gromady Ginących Światów, ale oszczędzili „Koziorożca” i „Węża”. Dlaczego? Bo się nami zainteresowali i zaczęli badać. Nasłali na nas Oana, żeby mieć ścisłe informacje. Obudziliśmy ich ciekawość prawdopodobnie tym, że udało się nam uratować fałszywego Arana i że następnie zajęliśmy się problernem transformacji czasu. To w ich oczach podniosło naszą rangę.

— Z mrówek na króliki, to ma pan na myśli?

— Pawle, mówiłem panu kiedyś, że staram się przebudować swój system myślenia, upodobnić go do systemu myślenia Ramirów… Proszę sobie na moment wyobrazić, że ludzkość jest starsza o milion lat i że przez całe te tysiąclecia nieustannie się doskonaliła.

— To oznaczałoby niewiarygodną wprost potęgę!

— Tak, Pawle. Już teraz potrafimy tworzyć, przebudowywać i niszczyć planety, czy więc za milion lat nie zapragniemy uporządkować nie tylko pojedyncze układy planetarne lub gromady gwiezdne, lecz całą Galaktykę? Galaktyka jest chora, jej jądro grozi wybuchem, więc przy tej całej naszej przyszłej potędze z pewnością nie pogodzilibyśmy się z nieustannym balansowaniem na krawędzi zagłady i postarali raz na zawsze zapobiec niebezpieczeństwu. Proszę sobie teraz wyobrazić, że owa potężna ludzkość ustaliła, iż jedyną gwarancją zapewnienia stabilności gwiazd w jądrze jest dowolne kształtowanie czasu, a tego akurat przy całej swojej pozornej wszechmocy ludzkość robić nie potrafi… I oto zjawiają się jacyś żałośni przybysze, jakieś mrówki, które bezczelnie plączą się pod nogami i przeszkadzają w robocie. Jaka byłaby pana pierwsza reakcja? Naturalnie wytępić złośliwe owady!