Выбрать главу

Neysa dotarła do pokrytej trawą równiny. Zaczęła przyspieszać. Do czego teraz zmierza? Nie było to takie najgorsze i dlatego odczuł niepokój. Z marszu przeszła w lekki kłus. Prędkość, z jaką się poruszała w zasadzie się nie zmieniła, ale powolny kłus może nie różnić się tempem od szybkiego marszu. Prawdę mówiąc, Stile pracował już kiedyś z leniwymi końmi, które osiągały w kłusie prędkość jednego metra na sekundę zamiast normalnych trzech lub czterech. Cechę charakterystyczną kroku stanowił rytm i sposób stawiania nóg. Idąc koń stawiał po kolei najpierw lewą przednią, potem prawą tylną, prawą przednią i wreszcie lewą tylną nogę, i te cztery elementy stanowiły jeden cykl. Kłus ma rytm na dwa: lewa przednia i prawa tylna noga razem, a potem prawa przednia i lewa tylna noga także razem. Czasami zwierzę zaczynało od prawej przedniej. Chodziło o to, żeby ruch każdej przedniej nogi był zsynchronizowany z ruchem tylnej. Niekiedy równocześnie poruszały się nogi po tej samej stronie, lecz zawsze występował rytm na dwa i pary nóg uderzały o ziemię równocześnie. W rezultacie jeźdźcem trochę trzęsło, ale rytmicznie i całość ładnie wyglądała z boku. Odgłos powolnego kłusu może być łagodny, a szybkiego przypomina pracę młota pneumatycznego. Jednakże bez względu na prędkość, kłus pozostaje kłusem i nie można go pomylić z innym krokiem. Stile lubił ten typ jazdy, lecz nie ufał swemu obecnemu wierzchowcowi. Wiedział, że to jeszcze nie koniec.

Przeszła w cwał — rytm na trzy. Lewa przednia, następnie prawa przednia i lewa tylna razem, a wreszcie prawa tylna. Coś pośredniego między marszem a kłusem; ruch łagodnie opadający. Wszystko jak najbardziej typowe, a zatem nie zasługujące na zaufanie. Na pewno knuła coś okropnego!

Wreszcie osiągnęła galop — zmodyfikowany cykl na dwa. Przednie nogi uderzały prawie, ale nie idealnie równocześnie, a potem tylne. Teoretycznie był to cykl na cztery uderzenia, lecz nie jednolity. Pac — pac, pac — pac z szybkością wyścigową. Stile’owi bardzo się to podobało. Odczuwał uniesienie wywołane pędem, jedyne w swoim rodzaju podczas jazdy na koniu — jednorożcu. Koła napędzane silnikiem osiągają oczywiście większą prędkość, ale to nie to samo. Stworzenie biegło swobodnie z prędkością nieosiągalną dla zwykłych koni, ale widać było, że nie jest to szczyt jego możliwości…

Jednorożec zmienił krok, teraz był to rytm na pięć… Stile tak się zdziwił, że prawie spadł. Żaden koń nie biega na pięć! Ma przecież tylko cztery nogi!

Żaden koń… No właśnie! Ciągle o tym zapominał i dlatego czuł się nieswojo, gdy uświadamiał sobie rzeczywistą sytuację. Ten krok był okropny. Stile nigdy dotąd czegoś takiego nie zaznał i nie potrafił sobie z tym poradzić. PAC — pac — PAC — PAC — pac, i tak w kółko, wprawiając go w coraz większy rezonans, powodujący utratę nie tyle chwytu, ile pewności siebie. Czuł się jak nowicjusz, usiłujący nieporadnie zgrać swoje ruchy z poruszeniami konia i tylko pogarszający tym sprawę. Tak jak wibracja może spowodować zawalenie się budynku, tak to piąte uderzenie doprowadzało Stile’a do rozpaczy. Spadnie, a przy tej szalonej prędkości może złamać sobie kark.

— Myśl, Stile, myśl! — powtarzał rozpaczliwie. — Zastanów się: jaki jest klucz do tego kroku’?

Bolały go ręce i coraz słabiej trzymały się grzywy. Mięśnie ud zaczęły sztywnieć. Stile znał się na rzeczy, ale to stworzenie znajdowało się w swoim żywiole. Wygra, jeśli Stile nie zdoła też się tam przenieść i to szybko.

Cztery nogi, pięć uderzeń. Jedna z nóg musiała robić dwa kroki. Policz je: raz — dwa — trzy — cztery. Która się powtarza? Palce słabną. PAC — pac — ten dźwięk był słabszy niż inne, jakby stanowił pół kroku. Ale jedna połowa musi zostać uzupełniona drugą. Jak człowiek, który stracił równowagę, potykając się. Dwie połowy kroku — to jest to: niejednoczesne drugie i piąte uderzenie. Prawa tylna noga tak jakby się potykała, wybijając go z rytmu. Wyrównuj.

Stile zaczął chwytać rytm. Zmienił pozycję, żeby łatwiej dostosować się do nieregularnego rytmu. PAC — wyrównuj — PAC — PAC — wyrównuj. Było to podstępne i szalenie nienaturalne, ale ciało Stile’a zaczęło dostosowywać się do nowego rytmu. Najważniejsze, żeby pojąć, o co chodzi, czego należy się spodziewać. Żadnych więcej niespodzianek! Mięśnie nóg rozluźniły się, a palce odzyskały pewność.

Neysa odczuła zmianę i zrozumiała, że Stile sprostał i temu wyzwaniu. W pełnym pędzie zaczęła skręcać, a siła odśrodkowa prawie go zrzuciła. Stopniowy skręt na dużej prędkości bardziej daje w kość niż szybki przy małej. Musiała następnie przejść do normalnego galopu, a żaden koń nie jest w stanie zrzucić Stile’a, galopując.

Zwierzę dostrzegło swój błąd i zmieniło taktykę, zwolniło i nagle przeszło w krok o rytmie na raz. Była to kolejna z wielu niespodzianek. Wszystkie cztery nogi dotykały ziemi równocześnie, potem Neysa robiła skok do przodu, wysuwając przednie, ale lądując, miała znów nogi razem. Stile’owi przypominało to jedno z ćwiczeń w Grze. Dał sobie radę.

— Nic z tego, Neysa! — zawołał. — Masz dosyć? Parsknęła drwiąco przez róg. Sprawiała wrażenie, że go rozumie. Wiedział oczywiście, że konie odróżniają intonacje głosu i reagują na nie.

Ponownie skręciła. Przedtem biegła na północ, a teraz ruszyła na wschód. Pora na piąte starcie.

Trawa ustąpiła twardej ziemi, potem glinie, następnie czemuś, co przypominało łupek, aż wreszcie wbiegła na skałę. Kopyta Neysy krzesały iskry. Było to dla Stile’a czymś zupełnie nowym. Biegła prędko, prędzej niż jakikolwiek koń wyścigowy. Wydawało mu się, że z szybkością około osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, ale chyba coś mu się pomyliło — taka prędkość u konia oznaczałaby poziom mistrzostw wszechświata. A poza tym kopyta nie były z metalu, zwierzę nie miało metalowych podków ani gwoździ, niczego, co mogłoby krzesać iskry. A tymczasem iskry były.

Teraz znalazła się przy rozpadlinach skalnych, które widział z drzewa. Szczeliny w skale były tak głębokie, że ich dna nie można było zobaczyć. Stile był bardzo daleki od zachwytu. Jeden fałszywy krok, a noga ugrzęźnie w szparze, a przy tej prędkości oznaczało to złamanie, upadek i to, że człowiek dotychczas siedzący na grzbiecie poleci w powietrze i wyląduje. Gdzie? Raczej wiadomo. Nie pozostawało mu jednak nic innego, jak tkwić na swoim miejscu.

Szczeliny tworzyły coraz bardziej zdradziecką sieć. Nie widział ich wyraźnie, bo jechali zbyt szybko; miał wrażenie że wiją się, pęczniejąc i chudnąc, czasem tak, jakby chciały wydostać się na swobodę; czasem łączyły się z innymi albo rozdzielały. Przypomniał sobie podobne wrażenie z dzieciństwa, kiedy jadąc kolejką elektryczną wpatrywał się w sąsiednie tory. Tu jednak były szczeliny, nie tory.

Stile z niepokojem obserwował jak Neysa radzi sobie pośród tej niebezpiecznej sieci. Teraz nie były to już szpary w skale, ale raczej wysepki skalne pośród pustki. Prawdę mówiąc, Neysa pokonywała przepaście, skacząc z kamienia na kamień, z których każdy wznosił się pionowo nad otchłanią. Stile nigdy czegoś takiego nie widział. Rzeczywiście znalazł się w nowym świecie, pełnym jeszcze wielu niespodzianek.

Teraz klacz skakała, wykorzystując swój rytm na raz, aby przenieść się z jednej skalnej platformy na drugą. Czasami wszystkie cztery nogi lądowały razem, prawie się stykając, a czasem osobno — na sąsiednich wysepkach. Najwyraźniej czuła się tu jak u siebie w domu i wiedziała, gdzie umieścić każde kopyto, tak jak dziecko wie, gdzie skoczyć, grając w klasy, biegłe dzięki długotrwałemu ćwiczeniu. Może Neysa opanowała tę sztukę, aby chronić się tu przed drapieżnikami? Żaden nie potrafiłby jej tu doścignąć. W końcu musiałby zrobić fałszywy krok i spaść w przepaść, być może ułatwiłby mu to groźny róg jednorożca. Więc ten krok na raz miał sens, zwiększał jej szanse przeżycia. Prawdopodobnie krok na pięć też miał podobną funkcję. Ciekawe do jakiego terenu był dostosowany?