Выбрать главу

Stile wziął ochraniacz i zawiązał wokół bioder. W ten sposób chronił choć trochę najcenniejsze dla mężczyzny miejsca.

Robot uśmiechnął się.

— Bardzo dobrze, proszę pani. Oto broń — rzekł i otworzył schowek.

Wydawało mu się nieco dziwne, że instruktorka uczy go szermierki, ale przecież kobiety też startują w Grze, w której nie przewidziano żadnych ulg z tytułu wieku, wzrostu, doświadczenia czy płci i nie każda kobieta gotowa była poddać się, gdy wylosowała szermierkę. Niektóre, podobnie jak on, kierowały się zasadą, że można przegrać, ale tylko w walce. Osoby o takim nastawieniu psychicznym, często ku swojemu zdumieniu, wychodziły z walk zwycięsko.

Trenerka była dobrze zaprogramowana. Udzieliła mu wyczerpujących instrukcji, niczego nie pozostawiając domysłom. Omówiła postawę, ruchy, strategię, wyrabiające giętkość ćwiczenia domowe, środki ostrożności. Zaprezentowała urządzenia liczące punkty i wyjaśniła zasady oceny. Była to wiedza elementarna, ale konieczna. Kursy na Protonie należały do najlepiej zorganizowanych w całej galaktyce.

Stile odkrył, że pałasz też posiada swoje specyficzne zalety i możliwości. Obok szpica miał dwa ostrza, co czyniło go bardziej uniwersalnym narzędziem walki. Wcale też nie był ciężki; nowe stopy i metale z molekularnej pianki powodowały, że klinga była ostra i lekka. Szybko uświadomił sobie, jak bardzo ta broń może mu się przydać w Grze. Większość przeciwników spodziewać się będzie, że Stile wybierze rapier i postara się temu zapobiec. Od takich sytuacji często zależały wyniki Gry.

Następnego ranka, jak zwykle, zameldował się w stajni. — Stile, sprowadziliśmy z sąsiedniej farmy mechaniczną trenerkę — powiedział nadzorca. — Nazywa się Roberta. Idź do bramy i przyprowadź ją — polecił, uśmiechając się pod nosem.

Stile odszedł bez słowa. Został wyróżniony; ma powitać nowego trenera. Roberta była niewątpliwie bardzo ważną maszyną.

Kiedy zjawił się przy bramie, już tam była. Siedziała na grzbiecie pięknej, gniadej klaczy, mającej około szesnastu dłoni wysokości, stojącej spokojnie w cieniu eukaliptusa. Odźwierny wskazał na nią, z trudem skrywając głupawy uśmieszek.

Co mogło być śmiesznego w robocie? Zaniepokojony Stile przypomniał sobie kierownika kursu, który wiedział, że instruktor jest rodzaju żeńskiego.

Ta maszyna nie wyglądała na nic specjalnego. Miała długie, jasne włosy i doskonałą figurę. To było normalne, skoro robotom można było nadawać dowolne kształty. Jak na instruktorkę wydawała się mała, wyraźnie mniejsza od nauczycielki fechtunku. Była jeźdźcem, to oczywiste, ale czy także dżokejem ? Czy przyjechała, by przygotować najbardziej obiecujące konie do wyścigów ? Żaden robot nie mógł startować w wyścigach — tak głosiło prawo, ale też nikt nie miał tyle cierpliwości, co zaprogramowana maszyna i z tego względu używano ich do treningów.

— Chodź za mną, Roberto — polecił Stile i poszedł wzdłuż drogi.

Robot stał jednak w miejscu. Stile odwrócił się lekko poirytowany.

— Roberto, chodź ze mną, jeśli chcesz — powtórzył uprzejmie.

Biorąc pod uwagę, że roboty nie miały wolnej woli, miało to lekki posmak ironii. Spojrzała tylko z uśmiechem.

Och, nie. Czyżby była prymitywnym modelem, nie zaprogramowanym na polecenia ustne? Wiedział jednak, że każdy człekopodobny robot reaguje na swoje imię.

— Roberto! — powiedział rozkazująco.

Klacz zastrzygła uszami. Dziewczyna roześmiała się.

— Ona reaguje tylko na właściwe polecenia — powiedziała.

Wzrok Stile’a przesuwał się po dziewczynie i klaczy. Rumieniec zalał mu twarz.

— To koń… — wymamrotał.

— Roberto, przywitaj się z tym czerwonym młodzieńcem — poleciła dziewczyna, dotykając pejczem głowy konia. Klacz zarżała.

— Mechaniczny koń i żywa dziewczyna — powtórzył zdumiony Stile.

— Jesteś niezwykle inteligentny — zauważyła wesoło. — Jak masz na imię ?

— Ee… Stile — wyjąkał.

Że też właśnie jego musiało to spotkać!

— No cóż, Eestile, jeśli raczysz dosiąść Roberty, to możesz ją poprowadzić — zaproponowała dziewczyna.

Jego zażenowanie przerodziło się we wstyd.

— Jestem stajennym. Nie umiem jeździć konno — wyznał. Dziewczyna lekko zeskoczyła na ziemię. Ku jego zdziwieniu była trochę od niego niższa. Emanowała z niej pewność siebie, charakterystyczna dla wyższych osób. choć wzrost nie miał dla kobiet takiego znaczenia.

— Jesteś przecież dżokejem, Eestile, tak jak i ja. Nie próbuj mnie oszukać.

— Nazywam się Stile, nie ee — wtrącił.

— Stile Nieee? Co za dziwne przezwisko! — Po prostu Stile. A ty ?

— Tune. Teraz, kiedy uprzejmościom stało się zadość, wskakuj na robota.

— Nic nie rozumiesz. Stajenni tylko opiekują się końmi, nie jeżdżą na nich.

— To nie jest koń, lecz robot. A zresztą, czy słyszał ktoś o dżokeju, który nie umie jeździć na koniu’?

— Mówiłem ci przecież, że nie… Nagle go olśniło.

— To dlatego wybrano właśnie mnie! Bo jestem niski! Pracodawca chciał mieć potencjalnego dżokeja! — stwierdził odkrywczo.

— Twoja inteligencja jest wprost wstrząsająca — zakpiła.

— Czy… czy sądzisz…

— To oczywiste. Niewolnik twojego wzrostu nie jest do niczego innego przydatny. Twój pracodawca kazał ci zaczynać od samego dołu, co? Od przerzucania gnoju?

— Od przerzucania gnoju — przyznał Stile, czując wyraźną ulgę.

Tune też była niska, nie nabijała się z niego, po prostu drażniła go trochę dla zabawy.

— I znalazłem robaka — dodał.

— Robaka? — Tune szeroko otworzyła oczy. — To był pasożyt. W końskim nawozie.

— Musiał być okropny.

— Już od roku pracuję w stajni i nic nie wiem o jeździe konnej.

— Cha, cha — zachichotała. — Obserwowałeś przecież każdy ruch jeźdźców — stwierdziła Tune. — Coś o tym wiem. Sama tak zaczynałam. Nie miałam tyle szczęścia, by znaleźć robaka. Musiałam powoli wspinać się do góry. Teraz startuję w wyścigach. Nieczęsto wygrywam, ale zdarza się. Obecnie wypożyczono mnie, jako instruktorkę dla tych, co pójdą moim śladem. Chodź, pokażę ci, jak się jeździ konno.

Stile zawahał się.

— Nie sądzę, żebym mógł…

— Co za gapa! — wykrzyknęła Tune. — Czy mam cię prowadzić za rączkę’? Wskakuj za mnie. Robercie i tak wszystko jedno.

— To nie chodzi o konia, ale o reguły wprowadzone przez mojego pracodawcę. Trzyma się ich bardzo ostro i…

— Zabronił ci przejażdżki na robocie’? — Nie, ale…

— A co powie, jeśli wcale nie zaprowadzisz jej do stajni?

Nie miał wyboru.

— To może podsadzę cię i mi pomożesz? — zaproponował.

Tune wzruszyła ramionami.

— Spróbuj.

Stile podszedł, by unieść dziewczynę. Tune odpowiedziała na to niespodziewanym., namiętnym pocałunkiem. Odskoczył jak oparzony. Przysunęła się i przyjrzała mu się dokładnie z odległości dziesięciu centymetrów.

— Wystarczy ci? Zresztą i tak nie mógłbyś zaprowadzić Roberty do stajni, jest zaprogramowana tylko do jazdy.

Stile poddał się.

— Zrobimy to po twojemu. Ale jeśli stracę pracę, ty będziesz winna.

— Wiedziałam, że przejrzysz na oczy! — oznajmiła Tune, bardzo z siebie zadowolona.

Wsunęła nogę w strzemię i wskoczyła na konia. Potem oswobodziła strzemię.

— Użyj go. Przytrzymaj się mnie. Podnieś lewą nogę. Za pierwszym razem wydaje się to strasznie wysoko. Rzeczywiście tak było. Musiał zadrzeć nogę powyżej pasa, by dosięgnąć stopą do strzemienia. Często widział jeźdźców lekko wskakujących na konie, ale samo oglądanie nie wystarcza, żeby umieć. Do tego jeszcze przeszkadzała mu Tune; obawiał się, że skacząc uderzy głową w jej lewą pierś.