Выбрать главу

Neysa uniosła głowę, spłoszona jak koń. Uśmiechając się, wziął ją za ręce.

— Kiedy wybrałem ciebie, to zadecydowałem lepiej niż się spodziewałem. Myślę, że uratowałaś mi życie. Pozwoliła, by ją przytulił, a potem… Nie zapomniał wprawdzie o Sheen, ale to był inny świat.

Zakopali amulet i ruszyli w drogę. Był poranek. Choroba trwała tylko jedną noc i zbiegła się z porą odpoczynku, a odkrycie dotyczące geografii prawie było tego warte. To dlatego ciągle prześladowało go uczucie, że kiedyś już tutaj był, że widział martwą powierzchnię tego świata.

Co mogło być przyczyną aż takiej różnicy’? Bez trudu mógł zaakceptować koncepcję światów alternatywnych lub alternatywnych odmian tego samego świata. Jednak atmosfera umożliwiająca oddychanie, naturalne środowisko i magia w jednym, a kopuły, nauka i całkowite pustkowie w drugim, tworzyły między nimi zasadniczą różnicę. Stile spodziewałby się raczej, że równoległe światy będą bardzo do siebie podobne.

Mimo tych istotnych różnic, łatwiej mu było teraz orientować się w nowym świecie. Rozumiał już, dlaczego ludzie przedostawali się tu tylko w pewnych punktach. Tu nie chodziło o transmisję materii, a o przejście przez zasłony usytuowane w ściśle określonych geograficznie punktach, znajdujących się w obrębie którejś kopuły lub prywatnego domu. Przekroczyć zasłonę gdzie indziej? Cóż, gdyby chciał tego spróbować, musiałby najpierw zaopatrzyć się w maskę tlenową.

— Wiesz co, Neyso — zauważył w czasie jazdy — nie wiem jeszcze wielu rzeczy o tym świecie, a moje życie jest w niebezpieczeństwie, ale podoba mi się tu bardziej niż na Protonie. Tutaj, z tobą, jestem po prostu szczęśliwy. Wydaje mi się, że mógłbym tak jechać bez końca… Chociaż pewnie znudziłoby mi się to za jakiś wiek lub dwa, trzeba być realistą.

Neysa zarżała muzykalnie i przeszła w dwutaktowy galop; przednie kopyta uderzały o ziemię dokładnie razem, tylne tak samo. Taki krok trząsł jeźdźcem.

— Myślisz, że możesz mnie zrzucić? — spytał ze śmiechem Stile.

Wyciągnął harmonijkę. Jedną z korzyści noszenia ubrania, jak odkrył, była obecność kieszeni. Zagrał żwawą, marszową melodyjkę. Powracające we śnie sceny z przeszłości uprzytomniły mu znowu, że nie mógłby porzucić muzyki, nawet gdyby nie miał z niej żadnego praktycznego pożytku. Muzyka to radość.

Nagle znowu poczuli obecność czegoś groźnego… Natychmiast zamilkli.

— Jest w tym coś niesamowitego — zauważył Stile. Clip twierdził, że nie ma się czym przejmować i że jednorożce są odporne na wszelkie rodzaje magii, ale to jest takie tajemnicze. Nie lubię zagadek, które mogą mi zaszkodzić.

Neysa parsknęła z aprobatą.

— Zdarza się to, kiedy muzykujemy razem — ciągnął Stile. — Trzeba się upewnić. Może, kiedy poświęcamy się muzyce, coś podkrada się, licząc na to, że go nie zauważymy’? Jakoś trudno mi uwierzyć, że jest to związane z amuletem; to coś bardziej subtelnego. Spróbujmy jeszcze raz. Kiedy poczujemy tę obecność, przestanę grać i spróbuję to odnaleźć. A ty graj tak, jakby nic się nie zdarzyło. Musimy przyłapać go niespodziewanie.

Znowu zaczęli grać — wrażenie powróciło natychmiast. Stile przestał grać, lecz trzymał wciąż harmonijkę przy ustach. Zerkał wokoło, a Neysa grała. Kiedy tylko zaczął się rozglądać, istota, czymkolwiek by nie była, zniknęła.

Stile zaczął znowu grać, podchwytując melodię Neysy, ale tak cichutko, że nikt podsłuchujący go nie mógłby go usłyszeć. Niewidoczne zjawisko było obecne. Teraz z kolei Neysa umilkła, a Stile grał.

Tajemnicza aura stała się intensywniejsza, tak jakby wcześniej powstrzymywana była muzyką Neysy. Gdy Stile gwałtownie zamilkł — znikła.

— To jest związane ze mną! — wykrzyknął. — Pojawia się tylko wtedy, kiedy gram…

Neysa zgodziła się. Cokolwiek by ta nie było, podążało za Stilem i przybliżało się wtedy, kiedy grał.

Stile poczuł nieprzyjemne dreszcze.

— Wynośmy się stąd — zaproponował.

Jednorożec ruszył galopem. Mknęli przez równinę z prędkością, której nie mógłby dorównać żaden koń, omijali kępy jaskrawozielonych drzew, skakali przez małe strumyczki. Stile widział jak góry przesuwają się z obu stron do tyłu. Wprost połykali odległość.

W końcu Neysa zwolniła; jej oddech zamieniał się w płomienie. Stile wyciągnął harmonijkę i zagrał raz jeszcze. Od razu zjawiła się dziwna aura. Stile natychmiast zamilkł.

— Nie przegonimy tego, Neysa, to jasne. Ale teraz, kiedy już wiemy, że jest, może uda nam się coś z tym zrobić. Dlaczego to coś pojawia się tylko wtedy, kiedy gram’? Musi przecież zdawać sobie sprawę, że czujemy jego obecność; nie ma więc powodu, by się ukrywało.

Neysa wzruszyła łopatkami bezradnie.

— Najpierw amulet, a teraz to — myślał głośno Stile.

— Czy mają ze sobą, jakiś związek’? .A może harmonijka jest… — umilkł zaniepokojony — …amuletem? — dokończył.

Po chwili znów coś przyszło mu do głowy.

— Neysa, mogłabyś zagrać na tym instrumencie? To znaczy tak jak człowiek, ustami? Jeżeli to jakieś urządzenie przywołujące wrogów, to powinno działać tak samo, bez względu na to, kto będzie go używać. Tak mi się wydaje.

Neysa zatrzymała się. Kazała mu zsiąść i zdjąć siodło. Przybrała ludzką postać. Stile nie spodziewał się, że zrobi to w biały dzień. Sądził, że Neysa zagra na harmonijce, nie zmieniając postaci, ale oczywiście tak było wygodniej.

Neysa wzięła instrument. Nie umiała na nim grać. Wydała na nim bezładną mieszaninę dźwięków. Nic się nie pojawiło. Wtedy Stile wziął harmonijkę i zagrał podobnie — obecność aury była niewątpliwa.

— To nie instrument, to ja przywołuję to zjawisko stwierdził Stile.

Spróbował zanucić. Skutek był podobny, choć nie tak wyraźny, jak przedtem.

— Wszystko jasne: chodzi o mnie. Przychodzi, kiedy muzykuję. Ponieważ lepiej gram niż śpiewam, więc i efekt jest większy. To wszystko. Instrument nie jest nawiedzony uśmiechnął się. — Cieszy mnie, że nie muszę go zakopać w ziemi.

Neysa powróciła do swej naturalnej postaci. Stile z powrotem nałożył siodło.

— Nie sądzę, żebyśmy mogli sobie pozwolić na zignorowanie tej sprawy — powiedział.

Jednorożec machnął potwierdzająco uchem.

— Dojedźmy do jakiegoś dobrego pastwiska i stawmy mu czoło. Chcę zobaczyć, co się wtedy stanie. Nie lubię uciekać przed niebezpieczeństwem. Wolałbym wyciągnąć to na otwartą przestrzeń i w ten czy inny sposób rozstrzygnąć sprawę. Jeżeli to wróg, chciałbym wyzwać go w dzień, z mieczem w dłoni, a nie żeby podkradał się do mnie nocą.

Wyraziła zgodę z pełnym przekonaniem. Pojechali w dół zbocza, aż dotarli do bujnej trawy.

Neysa pasła się, nie oddalając się od Stile’a i nie spuszczając go z oka. Przejmowała się. Niech ją Bóg błogosławi; upłynęło już wiele czasu od chwili, gdy ktoś się o niego martwił, oczywiście za wyjątkiem Sheen, ale to była tylko kwestia jej oprogramowania.

Stile zaczął grać. Kształt pojawił się. Próbował go zobaczyć, ale był niewidzialny i nieuchwytny. Tym razem Stile nie przerywał. Wydawało mu się, że trawa kołysze się, pochyla się ku niemu i cofa, jak pod wpływem podmuchów, choć wiatru nie było. Powietrze wydawało się czymś naładowane. Nadciągnęła mgła, wirując w ledwie rozróżnialnych barwnych falach. Stile poczuł, że włosy jeżą mu się na ciele, jakby pod wpływem elektryczności. Najpierw pomyślał, że to z powodu zdenerwowania, ale zauważył, że grzywa Neysy zachowuje się podobnie. Była tu jakaś siła, ześrodkowana na nim, lecz nieaktywna. Po prostu tylko była.