Выбрать главу

Stile był już zmęczony, przestał grać. Zjawisko natychmiast przepadło.

— To mi przypomina, jak się burza zaczyna — mruknął w zadumie. — Choć…

Przerwała mu nagła ulewa. Niedaleko uderzył piorun, błysk prawie go oślepił. Stile zatoczył się szarpnięty porywem wiatru. Był przemoczony, jakby zanurzono go we wzburzonym morzu. Trząsł się z zimna. Wirujące strzępy mgły przypominały rodzące się tornado. Niebo rozdzierały błyskawice.

Neysa podbiegła do niego, próbując osłonić go przed żywiołami własnym ciałem i antymagią. Pomogło i jedno i drugie; Stile zarzucił jej ręce na szyję i ukrył twarz w jej mokrej grzywie. Przy niej czuł się bezpieczniejszy. Usiedli na ziemi.

— A teraz obejmuję twoją prawdziwą postać — powiedział z uśmiechem, lecz wątpił, by usłyszała go przy takim wietrze.

Co się mogło stać? Jeszcze chwilę temu nie było nawet najmniejszej oznaki złej pogody. Stile wiedział, że burze potrafią nadciągać niespodziewanie. Ukończył kiedyś kurs meteorolgii prymitywnych planet i często oglądał pokazy w kopule pogodowej, ale ta burza zerwała się, jakby na zawołanie. Grał tylko na harmonijce, próbując wyzwolić czającą się w pobliżu siłę, osaczyć ją; porównał ją machinalnie do…

— Ja to zrobiłem! — zawołał. — To ja wywołałem burzę!

Tajemnicza energia była jak amulet, czekała by ją wyzwolić i to właśnie niechcący uczynił.

— Burzo zniknij! — zawołał.

Kolejny gwałtowny poryw wiatru o mało co nie wywlókł ich z zaimprowizowanego gniazdka. Burza nie miała zamiaru go słuchać.

Moc, która ją wyzwoliła, była w jakiś sposób skoncentrowana na nim. Skoro wywołał burzę; czy nie mógłby jej zażegnać? Gdy wyzwolił demona z amuletu, okazało się, że magia działa tylko w jedną stronę. Ale burza’? Może da się zapędzić dżina z powrotem do butelki’?

Nie były to warunki sprzyjające koncentracji umysłu. Mimo to próbował. Starał się dokładnie odtworzyć chwilę, w której wywołał burzę? Kiedy grał, duch burzy krążył wkoło, lecz nie uderzał. A potem powiedział: To mi przypomina, jak się burza zaczyna. Rym bez znaczenia.

Rym? Coś go zaczęło nurtować. Kiedy znaleźli harmonijkę, niby przypadkowo, co wtedy powiedział? Jak to było’? Aha, tak: Gdybym harmonijkę miał, to bym na niej pięknie grał. Też z rymem. Dwa razy mówił wierszem i dwa razy skutek był natychmiastowy. Oczywiście była też inna magia, jak ta w atakującym go demonie z amuletu. Wtedy nie powiedział żadnej rymowanki. Mógł być to jednak zupełnie inny rodzaj magii. Teraz trzeba próbować uciszyć nawałnicę. Znikać… Co rymuje się ze znikać? Fikać, umykać, bzykać.

— Burzo znikaj, szybko umykaj! — zawołał.

Burza nieco przycichła. Był na dobrym tropie, ale to jeszcze nie wszystko.

Neysa zagrała na swoim rogu jedną nutę. Burza osłabła i Neysa wolała stać. Czuła się wtedy pewniej.

Stile jeszcze raz wracał myślami do zdarzeń, kiedy jego zaklęcia działały skuteczniej. Przypomniał sobie, że wtedy grał albo śpiewał.

Wyciągnął mokrą harmonijkę i zagrał. Potem zaśpiewał na zaimprowizowaną melodię: Burzo znikaj, szybko umykaj! Tym razem burza znacznie przycichła. Umilkły grzmoty i była to już tylko zwykła ulewa.

— Wiesz. Neysa, myślę, że coś zacząłem rozumieć powiedział. — Wydaje mi się, że mógłbym rzucać czary, gdybym tylko pojął do końca reguły.

Jednorożec rzucił mu przeciągłe spojrzenie, którego znaczenie było niejasne. Wyraźnie jednak widać było, że nie żywi zaufania do tego pomysłu.

Stile zastanawiał się nad sobą; jak on, dziecko cywilizowanej, nowoczesnej galaktyki, mógł poważnie myśleć o uprawianiu magii’? Czy jednak po tym wszystkim, co przeżył w tej odmiennej rzeczywistości, mógł nie wierzyć w czary?

Podróżowali dalej, człapiąc przez mżawkę. Po godzinie zaczęło przygrzewać słońce. Nie grali. Stile czuł, że trafił na ślad rozwiązania jakiejś tajemnicy.

Zatrzymali się na popas. Niestety, dla Stile’a nic do jedzenia nie znaleźli i Neysa gotowa była iść dalej. Uznał jednak, że jej posiłek jest ważniejszy.

Jeżeli naprawdę urnie uprawiać magię, to może potrafiłby wyczarować trochę jedzenia? Gdyby tak ułożył wierszyk i zaśpiewał? Co się rymuje z jedzeniem?

Poetyckie umiejętności stanowiły jeszcze jeden aspekt jego biegłości w Grze. Ktoś, kto chciał osiągnąć i utrzymać wysoką pozycję wśród dorosłych graczy. musiał zdobyć niezwykle wszechstronne wykształcenie. Stile opanował prawdopodobnie więcej umiejętności w różnych dziedzinach, niż ktokolwiek nie uczestniczący w Grze. Zawsze jednak przedkładał zagadki nad rymy i wersyfikację. Tak więc do tej szczególnej próby nie był najlepiej przygotowany.

Znał jednak podstawy wersyfikacji i trochę ćwiczeń powinno przywrócić mu tę umiejętność. Stopa jambiczna: da — DUM da — DUM. Pentametr: wiersz pięciostopowy. Proszę o trochę jedzenia: jambiczny tetrametr, cztery uderzenia. Gdyby jednorożce mogły układać wiersze w czasie biegu, świetnie by im to szło. Uderzenia kopyt mogły wyznaczać rytm.

— Proszę o trochę jedzenia, dla poprawy nastrojenia powiedział śpiewnie. Improwizowanie melodii na instrumencie szło mu lepiej, niż gdy używał tylko głosu.

Pojawił się przed nim maleńki sześcianik. Upadł na ziemię i Stile musiał odszukać go w trawie. Miał boki o długości około centymetra, a na jednej ze ścianek maleńkimi literami wydrukowany napis „Jedzenie”. Stile dotknął go językiem. Odżywcze masło orzechowe. Zjadł je. Dobre, choć ilość symboliczna.

Coraz więcej rozumiał. Muzyka służyła do wyzwalania magii; tej siły, której obecności byli świadomi. Słowa definiowały magię. Rymy określały moment, w którym zaklęcie było użyte. Użyteczny system, choć Stile musiał jeszcze popracować nad precyzją definicji. Magia, tak jak każde inne narzędzie, musiała być używana właściwie.

— Proszę o litr jedzenia, dla poprawy nastrojenia — zanucił.

Nic się nie stało. Najwyraźniej czegoś jeszcze nie rozumiał.

Neysa uniosła głowę, nadstawiając uszu. Jej słuch był dużo lepszy niż jego. Odwróciła głowę. Stile spojrzał w kierunku, który wskazywał jej róg i zobaczył przybliżające się kształty.

Czyżby je przywołał? Wątpliwe. Zupełnie nie przypominały jedzenia, a do tego na pewno nie w żądanej ilości. To jakiś zbieg okoliczności.

Wkrótce zobaczyli je wyraźnie. Cztery monstra z długimi, potężnymi przedramionami, przygiętymi owłosionymi nogami, ogromnymi, pełnymi zębów. zrogowaciałymi pyskami wściekłymi oczami. Przypominały trochę małpy. Jeszcze jedna odmiana demona, z którym samotnie walczył, potworów ze szczeliny czy śnieżnego diabła’? Wszystkie wydawały się być gatunkami należącymi do ogólnej klasy stworzeń pominiętych w konwencjonalnej systematyce, ale przecież jednorożce też w niej nie figurowały.

Neysa parsknęła. Kłusem podbiegła do Stile’a. Wiedziała, że znaleźli się w opałach.

— To chyba prezent od mojego wroga — zauważył Stile. — Kiedy użyłaś amuletu, by mnie wyleczyć, ostrzegł on pewnie swojego władcę, który wydaje się mi nieprzychylny, choć nie wiem z jakiego powodu. Ten wysłał swoich najemnych zbirów, lecz nie zastali nas w miejscu, gdzie zakopaliśmy amulet. Musieli nas tropić. Założyć się mogę, że burza zdrowo im namieszała.