Выбрать главу

Neysa zagrała na rogu zabawną melodyjkę. Podobała jej się myśl o zbirach sponiewieranych przez burzę, ale cały czas jej uwaga skupiona była na monstrach. Uszy położyła po sobie. Z uszami nastawionymi do przodu wyglądała wdzięcznie, a ze stulonymi — ponuro.

— Myślę, że to jakiś Adept wystąpił przeciwko mnie ciągnął Stile — Na pewno nie zwykły wieśniak. Teraz, kiedy już wiem, że znam się trochę na magii, czuję się pewniejszy. Jak myślisz, czy powinniśmy uciec potworom, a potem martwić się, kiedy nas znowu znajdą, czy też walczyć z nimi tutaj?

To było pytanie za sto punktów i Neysa na nie odpowiedziała. Ogon jej uderzał gwałtownie o boki, rozgrzebywała ziemię przednimi kopytami, a jej róg wycelowany był w kierunku zbirów.

— Myślę dokładnie to samo — odparł Stile. — Nie lubię mieć wrogów za plecami. Spróbuję, może uda mi się wymyśleć jakieś dobre zaklęcie, które ich usunie. To powinno być bezpieczniejsze od rozpoczynania walki. Wyglądają groźnie.

Groźnie? Było to stanowczo zo zbyt subtelne określenie. Stile mówił to v. prawdzie lekkim tonem, lecz zdążył już nabrać respektu do umiejętności, jakie demony wykazywały w czasie walki. Przypominały androidy z Protona — głupie, ale prawie niezniszczalne. Nie miał jeszcze zaufania do swoich zaklęć. Magia, jak wszystkie niespodziewane dary, musiała być najpierw sprawdzona, a dopiero potem użyta. Teraz jednak był zmuszony wykorzystać co mógł i ufać, że zadziała.

Potwory przybliżały się, a Stile koncentrował się na rymach. Nie potrafił, pracując pod taką presją, wymyśleć czegoś wyrafinowanego, lecz dopóki rymy były proste i jasne, skutkowały.

Pierwszy potwór pojawił się przed nimi.

— Potworze znikaj, szybko umykaj! — zaśpiewał Stile, pokazując na demona.

Potwór zamienił się w dym i zniknął. Pozostała po nim tylko cuchnąca mgiełka.

Jak na razie wszystko szło świetnie. Stile zaczynał nabierać praktyki. Wskazał na kolejnego potwora.

— Potworze znikaj, szybko umykaj! — zaśpiewał, tak samo jak poprzednio.

Po co zmieniać udane zaklęcie?

Demon zawahał się, jakby zaniepokojony ukąszeniem komara i skoczył do przodu.

Neysa rzuciła się, nadziała go na róg i jednym zamachem przerzuciła nad głową do tyłu. Stworzenie wydało z siebie śmiertelny skowyt, zamieniając się w krwawą miazgę.

Dlaczego zaklęcie zadziałało za pierwszym razem, a za drugim już nie? Stile zrobił wszystko dokładnie tak samo, lecz potwór o mało nie urwał mu głowy.

— Och, nie! Czy to możliwe, żeby zaklęcie działało tylko raz? — Przypomniał sobie, co powiedział mu spotkany mężczyzna, ten, który podarował mu amulet z demonem. Mówił, że musi wymyślać nowe zaklęcie za każdym razem, kiedy chce przejść przez zasłonę. Powinien był uważniej słuchać!

Trzeci i czwarty zbir nadciągnęli razem.

Nie było czasu na wymyślenie nowego zaklęcia! Stile wyciągnął rapier.

— Biorę na siebie tego z prawej; ty zajmij się tym po lewej — powiedział Neysie.

Jednak potwory, które widziały, jaki los spotkał ich poprzedników, były trochę ostrożniejsze. To, że wyglądały odrażająco, nie znaczyło, iż musiały być również głupie. Nie były przecież androidami. Wyraźnie umiały korzystać z doświadczenia. Zatrzymały się tuż za zasięgiem rapiera i rogu. Widać było, że uważają Neysę za znacznie groźniejszego przeciwnika, choć Stile był przekonany, iż chodzi im przede wszystkim o niego. Najpierw chciały rozprawić się z Neysą; potem Stile zdany byłby na ich wątpliwą łaskę.

Jeden z nich starał się odwrócić uwagę Neysy, cofając się przed jej rogiem, podczas gdy drugi próbował zajść ją z boku. Stile zaatakował tego drugiego, dźgając go końcem rapiera. Żałował, że nie ma pałasza; wtedy mógłby poszatkować potwora na kawałki. Nie był pewien, czy samo przebicie stworzenia odniesie właściwy skutek.

To był błąd. Wbił rapier w bok potwora, a ten wrzasnął i obrócił się błyskawicznie w stronę Stile’a, wyciągając ku niemu ogromne tłuste łapska. Stile pchnął go ponownie, tym razem w mięsiste ramię. Nie była to śmiertelna rana, ale bolesna. A więc demony są zdolne do odczuwania bólu; Stile obawiał się, że są odporne. Musiałby teraz trafić w żywotny punkt, zanim stworzenie nie…

Łapa potwora uderzyła z oślepiającą prędkością i wybiła broń z dłoni Stile’a. Oczy stworzenia zabłysły.

Stile przygotował się błyskawicznie do rzutu przez ramię, chwytając bliższą ręką potwora i szarpiąc ją do góry. Technika ta pozwalała nawet najmniejszemu człowiekowi wyrzucić w powietrze największego. Miał jednak do czynienia z bestią. Stworzenie było tak wielkie i długorękie, że nawet nie drgnęło.

Potwór podniósł ramię i uniósł Stile’a do góry. Poczuł na szyi gorący oddech; za chwilę odgryzie mu głowę.

— Nie przeszkadzajcie! W piekle znikajcie! — zawołał Stile pod wpływem nagłego olśnienia.

Spadł na ziemię. Potwór znikł.

Stile, zadowolony, rozejrzał się dokoła. Zaimprowizowane zaklęcie zadziałało! Wyglądało na to, że ten świat miał swoje piekło i można było wysłać…

Stile zamarł. Drugi zbir też znikł. I Neysa! — Och, nie! — krzyknął z rozpaczą.

Szybko, przeciwzaklęcie. Wszystko jedno co! Co się rymuje z zaklęciem?

— Co za nieszczęście, cofam zaklęcie — wyśpiewał. Oba potwory i Neysa wróciły. Cała trójka była poparzona i mocno okopcona.

— Potwory znikają, jednorożce zostają! — zaśpiewał Stile. Monstra znowu znikły.

Neysa spojrzała na niego z wyrzutem. Otrząsnęła się, a wkoło poleciały drobiny sadzy. Była poplamiona siarką, miała przypaloną grzywę, a jej ogon był aż o połowę krótszy. Sierść na całym ciele miała osmaloną. Wokół źrenic pokazały się białka; jawny sygnał końskiego strachu.

— Przykro mi, Neysa — powiedział pełen skruchy. Nie przyszło mi to do głowy! Wcale nie miałem zamiaru posyłać ciebie do piekła!

Rozumiał jednak, że same słowa na nic się nie zdadzą. Neysa była poparzona, cierpiała.

Umiał rzucać czary. Musiał tylko za każdym razem zaśpiewać nowe zaklęcie. Czy potrafiłby uzdrowić Neysę?

— Neyso, droga, bądź jak nowa! — wyśpiewał czym prędzej.

Skutki ognia piekielnego zaczęły od razu znikać. Odrosła grzywa, a ogon znów był długi, czarny i prosty. Sierść odzyskała dawny połysk i kopyta zajaśniały poprzednim perłowym blaskiem. Była zdrowa. Czy jego moc miała jakieś granice?

Neysa nie wyglądała na zadowoloną. Fizycznie była już zdrowa, ale musiała mieć naprawdę wstrząsające przeżycie. Podróż do piekła! Jak mógłby usunąć z jej pamięci takie doświadczenie? Czy powinien ułożyć zaklęcie, które przyniosłoby jej zapomnienie? Ale to oznaczało manipulowanie psychiką. A jeśli znów popełniłby błąd? Nie, nie odważy się spróbować.

Klacz spoglądała na niego podejrzliwie. Obawiał się, że wie dlaczego.

— Neysa, ilu mieszkańców tego świata umie uprawiać podobną magię? — zapytał. — Wiem, że większość może rzucać drobne zaklęcia, na przykład przechodzić przez zasłonę, podobnie jak prawie każdy umie zagrać niezdarną melodyjkę na harmonijce. Ilu jednak może robić to dobrze, na profesjonalnym poziomie’? Wielu?

Zagrała przecząco.

— Ja też tak myślę. W każdej dziedzinie wiedzy jest tak, że wielu ludzi ma trochę talentu, a kilku jest bardzo uzdolnionych. Wszystko podporządkowane jest krzywej dzwonowej i byłoby dziwne gdyby magiczne umiejętności nie były podobnie rozłożone. A więc może kilkudziesięciu?

Ponownie odpowiedziała przecząco. — Kilkunastu? — Tym razem przeczenie było słabsze. — Kilku?