— Potwierdziła. Stile skinął głową.
— A ilu umie rzucić czar na jednorożca, skoro jednorożce są prawie zupełnie odporne na magię?
Neysa spoglądała na niego z nasilającym się zdenerwowaniem. Nozdrza jej drżały, uszy miała ściągnięte do tyłu. Zły sygnał.
— Tylko Adepci? — spytał Stile.
Zagrała potwierdzająco, cofając się. Znowu widać było białka jej oczu.
— Ależ, Neyso, nawet jeśli mam takie umiejętności, to wciąż, pozostaję tym samym człowiekiem! — zawołał. Nie musisz się mnie bać! Nie chciałem posłać cię do piekła! Po prostu nie znam jeszcze swojej mocy!
Przyjęła to do wiadomości stanowczym parsknięciem, ale cofnęła się jeszcze bardziej.
— Neysa, jesteś moim jedynym przyjacielem na Phase. Potrzebuję twojej pomocy! — zawołał zrozpaczony.
Zrobił krok w jej kierunku, lecz zauważył, że boi się go i nie ma zaufania; tak, jakby stał się demonem i zrzucił przebranie. — Nie chciałbym, żebyś tak to rozumiała! Magia nie jest dla mnie ani w części tak ważna, jak twój szacunek. Przyłączyłaś się do mnie, chociaż mogłaś mnie zabić. Byliśmy sobie tacy bliscy przez te ostatnie trzy dni!
Zmarszczyła nos, zła, że Stile próbuje ją w taki sposób przekonywać. Wysłał ją przecież do piekła; udowodnił jak niebezpieczna i poniżająca może okazać się dla niej jego moc, a jednak poruszył ją; nie chciała go pozostawić samego.
— Wcale nie próbowałem być czarownikiem — tłumaczył się Stile. — Myślałem, że źródło magii jest poza mną. Muszę znać prawdę. Może prawda jest gorsza, niż podejrzewam.
Parsknęła potwierdzająco. Była całkowicie przeciwna jego magii.
— Czy będzie lepiej, jeśli obiecam, że już nigdy nie będę próbować magii? Te będę zachowywał się tak, jakby nie było we mnie żadnej mocy? jestem człowiekiem honoru, Neyso. Będę takim, jakim mnie wcześniej znałaś.
Zastanawiała się, strzygąc uszami do przodu i do tyłu, w miarę jak różne argumenty przepływały przez jej koński mózg. Wreszcie prawie niedostrzegalnie skinęła głową.
— Przysięgam — obiecywał Stile — że nie będę uprawiał magii bez twojej zgody.
Wokół niego pojawił się słaby odblask, który zaczął się rozszerzać. Trawa zadrżała, poruszona koncentrycznymi falami, które gwałtownie oddalały się, aż znikły z pola widzenia. Kiedy mijały Neysę, jej ciało na chwilę zmieniło kolor, a po chwili wszystko wróciło do normalności.
Podeszła do niego. Stile zarzucił jej ręce na szyję, przytulając do siebie. Wymagało to szczególnych umiejętności, ale było warte wysiłku.
— Och, Neysa! Co może być lepsze od przyjaźni!
Neysa, będąc w swojej naturalnej postaci, nie była skłonna do demonstracyjnego okazywania uczuć, lecz sposób, w jaki nastawiła uszu i trąciła go pyskiem, był wystarczająco wymowny.
Zaczęła skubać trawę, a Stile ciągle był głodny. W okolicy nie było odpowiedniego dla niego pożywienia, ale skoro zaprzysiągł porzucić magię, nie mógł nic sobie wyczarować do jedzenia. Pozbywając się związków z magią, poczuł wielką ulgę, lecz jak miał to wytłumaczyć własnemu żołądkowi?
Zauważył nieopodal zabitego przez Neysę potwora. Czy te bydlęta są jadalne? To była właściwa okazja do sprawdzenia. Wyciągnął nóż i zaczął oporządzać demona.
Neysa wyśledziła, co robił. Zagrała na rogu podtrzymującą go na duchu nutę, a potem przegalopowała kilka razy szerokim kołem wokół niego, podczas gdy Stile zbierał suchą trawę, gałęzie i patyki na ognisko. Kiedy zakończył przygotowania, skierowała się w jego stronę, zatrzymała się gwałtownie i parsknęła żywym ogniem. Najwyraźniej nie zdążyła ochłonąć po bitwie (albo po pobycie w piekle) i wystarczyło trochę wysiłku, aby wytworzyła odpowiednią ilość ciepła. Gałęzie zajęły się żywym ogniem.
Stek z potwora był przepyszny.
Rozdział 11
WYROCZNIA
Zanim dwa dni później dotarli do Wyroczni, Stile przemyślał sobie dokładnie całą sytuację. Mógł uprawiać magię na poziomie Adepta, jeśli tylko trzymał się określonych reguł. Wyrzekł się jej pod przysięgą, której nie zamierzał łamać, ale nie zmieniało to faktu, że był Adeptem. Mogło to tłumaczyć, dlaczego inny Adept usiłował go zabić; ten inny świadom był możliwości Stile’a i starał się pozbyć konkurenta. Wyglądało na to, że Adepci byli zazdrośni o swoje prerogatywy, podobnie jak członkowie większości oligarchii i elit władzy.
Jak więc postąpić? Wyrzeczenie się magii nie chroniło go przez zawistnym Adeptem, zazdroszczącym Stile’owi samych choćby tylko możliwości. Jeśli ściga go tylko jeden wróg, Stile mógłby spróbować odnaleźć go i jakoś sobie z nim poradzić. Bez magii? To mogło być niebezpieczne! Poprosi więc Wyrocznię o radę.
Wyrocznia miała pałac. Otaczały go zadbane trawniki i żywopłoty, a dekoracyjne fontanny zraszały ogrody. Teren był otwarty; każdy mógł tam wejść, człowiek lub zwierzę. W tym świecie zwierzęta miały taki sam status jak ludzie. Była to jedna z rzeczy jakie Stile’owi się tu podobały. W pałacu i w otaczających go ogrodach zabroniona była inna magia niż Wyroczni i nie wolno było tu nikogo molestować ani do niczego przymuszać.
— Nie chciałbym być nieuprzejmy — zauważył Stile — ale to miejsce nie wydaje mi się imponujące. Zaprojektowane jest pięknie i tak wygląda, ale…
Przy wejściu Neysa kazała mu zdjąć siodło i zaprowadziła go do małej, skromnej komnaty na tyłach pałacu. Na jednej ze ścian znajdowała się zwykła tuba do rozmów.
Stile przyjrzał się tubie.
— I to wszystko? To jest Wyrocznia? — zapytał z powątpiewaniem. — Żadnych ceremonii, fanfar, ognistych kul? Mam tylko podejść i zapytać?
Neysa skinęła głową.
Stile, czując, że pozostawiono go własnemu losowi, zwrócił się do tuby:
— Wyrocznio, jaką drogę powinienem obrać?
— Poznaj samego siebie — usłyszał w odpowiedzi.
— To niezrozumiałe. Czy mógłbym prosić o wyjaśnienie? Neysa delikatnie odciągnęła go na bok.
— Chcesz powiedzieć, że mogłem zadać tylko jedno pytanie? — zapytał zmartwiony Stile.
Tak właśnie było. Podobnie jak zaklęcie, Wyrocznia mogła być wezwana przez każdą istotę tylko raz. Neysa nie przyprowadziła go tu, aby znalazł odpowiedź na nurtujące go pytania, ale dla bezpieczeństwa.
Stile zostawił Neysę w komnacie i wyszedł na zewnątrz. Nie próbowała go powstrzymać, czując, jak bardzo jest rozczarowany. Skierował się ku pierwszej fontannie jaką ujrzał. Po przeciwnej jej stronie siedział wilk. Prawdopodobnie nie był oswojony, ale w takim miejscu nie powinien go zaatakować. Stile ściągnął koszulę, pochylił się na basenem i ochlapał twarz chłodną wodą. A więc jest bezpieczny i co z tego? Jego ciekawość pozostała niezaspokojona. Czy miał na zawsze pozostać w tym niezrozumiałym dla siebie świecie’?
— Waść także ?
Stile, zaskoczony, podniósł wzrok, strząsając z twarzy krople wody. Z drugiej strony fontanny stał młody mężczyzna. Miał potargane rudawe włosy, ciemną twarz i jasne, błyszczące oczy pod gęstymi brwiami. Jego broda i baki przypominały futro.
— Przykro mi — powiedział Stile — ale cię nie zauważyłem. Czy przeszkodziłem?
— Zaprawdę widziałeś mnie waść — odparł nieznajomy — lecz w mej wilczej postaci.
— Wilczej. Jesteś wilkołakiem? — zdziwił się Stile. Nie przywykłem jeszcze do tego ;wiata. Nie wiedziałem… Wybacz.
— To widać było po stylu waszej mowy, Iecz nie przepraszaj waść kundla — banity.