Выбрать главу

— Zostałeś waść wygnany ze względu na swoje sumienie?! — wykrzyknął Stile.

— Nic nie jest dobre, co nie jest dobre dla stada mruknął wilkołak.

— To prawda — westchnęła smutnie Neysa.

Doszli do otoczonego żywopłotem parku; pośrodku urządzony był piękny ogród skalny. Neysa i Kurrelgyre usiedli na kamieniach znacznie bliżej siebie, niż było to właściwe dla odwiecznych wrogów.

— Spójrzmy raz jeszcze na twą sytuację, Stile — rzekł wilkołak. — Niewiele waść wiesz o tej krainie, lecz to nie powinno przysparzać ci niepotrzebnych 1ęków. Nie może grozić ci niebezpieczeństwo, skoro masz u swego boku szlachetnego jednorożca.

— A jednak — odparł Stile — wygląda na to, że któryś z Adeptów chce mnie zabić.

— W takim przypadku wszelka nadzieja jest zwodnicza. Przeciw Adeptom jeden jest tylko ratunek — unikać ich. Musisz pozostać na zawsze tu, w pałacu Wyroczni.

— Rozumiem, że tak byłoby w każdym zwykłym wypadku, lecz zdaje mi się również, że ja sam mam moce Adepta. Kurrelgyre przeobraził się w wilka i z obnażonymi zębami cofał się przed Stilem.

— Zaczekaj! — krzyknął Stile. — Neysa tak samo zareagowała! Ale przysięgłem jej nie używać magii, dopóki mi na to nie pozwoli.

Wilk wahał się, przetrawiając usłyszane słowa, wreszcie przemienił się ostrożnie w człowieka.

— Żaden jednorożec nie da ci na to pozwolenia, nawet gdyby nie należał do tej najbardziej upartej rasy.

Neysa potwierdziła to skinieniem głowy.

— Jestem tylko zabłąkanym wędrowcem z innego świata — zauważył Stile. — To tylko przypadek. że mam magiczny talent.

— Przypadek ? — warknął Kurrelgyre. — W świecie tym prawie nic nie jest przypadkowe. Przypadek to tylko nazwa, jaką w twojej rzeczywistości nadajecie tej odrobinie magii, która tam działa. Tutaj wszystko ma swoje znaczenie. Zamyślił się na chwilę.

— Miałeś waść jakoweś talenta w twym świecie? — Pewnie dosiadam konia…

Wilkołak zerknął na Neysę, która siedziała ze skromnie odsłoniętymi zgrabnymi kostkami i łagodnie falującą piersią. — Jestem też biegły w Grze — ciągnął Stile.

— Gra! To właśnie to! Czyż nie wiedziałeś, że uzdolnienia magiczne w tym świecie odpowiadają biegłości w Grze na twoim? Powiedz uczciwie, jak dobry w niej jesteś’?

— Cóż, jestem dziesiąty w mojej drabinie wiekowej… Kurrelgyre ostrzegająco pomachał palcem.

— Sądzisz, waść, że obce są mi sprawy drabin Gry’? Jeśli dochodzisz do piątego miejsca, musisz wziąć udział w dorocznym Turnieju. Nie wykręcaj się waść, to bardzo ważne. Jak dobry byłbyś, gdybyś spróbował w absolutnej skali?

Stile zrozumiał, że nie jest to pora na skrywanie prawdy czy też fałszywą skromność.

— Powinienem być przynajmniej w pierwszej dziesiątce. Jeżeli miałbym dobry dzień, to w pierwszej czwórce, piątce.

— A więc zaprawdę jest w tobie materiał na Adepta. Nie ma ich więcej niż dziesięciu. Tylu, ile jest kolorów: Biały, Żółty, Pomarańczowy, Zielony i tym podobne; nie ma więcej wyraźnie określonych barw. Jeden z nich musiał umrzeć.

— O czym waść mówisz’? Dlaczego musiał umrzeć? Tylko dlatego, że dobrze gram… — Stile złapał się na tym, że niechcący przyszła mu na myśl rymowanka i urwał, by nie złamać przysięgi.

— Ach, zapomniałem! Brak ci jeszcze kilku informacji. — Musisz wiedzieć, że nikt nie może przekroczyć zasłony, dopóki żyje jego sobowtór. A więc…

— Sobowtór?

— Tak. Drugi ty. Wszyscy prawdziwi ludzie istnieją naraz w obu światach i są uwięzieni tam, gdzie się urodzili, chyba że jeden niespodziewanie umrze. Wtedy…

— Chwileczkę”. Chcesz waść powiedzieć, że ludzie i geografia tych światów odpowiadają sobie? To nie może być. Na Protonie niewolnicy są ciągle przywożeni i deportowani, gdy kończy się ich służba, a tylko Obywatele mieszkają tam na stałe.

— Może tak jest teraz, lecz nie zawsze tak było. Większość ludzi wciąż jest powiązana. Mieszkańcy Protona z Phase, a mieszkańcy Phase z Protonem. Pozostali to częściowi ludzie, tak jak ja. Może kiedyś miałem sobowtóra niewolnika, który odjechał z Protona, tak że zostałem sam.

— Możesz podróżować pomiędzy światami, ponieważ na Protonie nie ma wilkołaków?

Kurrelgyre zastanowił się.

— Możliwe. Tutaj są zwierzęta i istoty specjalne, a tam? Tam są niewolnicy. Pewnie jakoś się to równoważy, lecz waść… waść możesz podróżować, gdyż twój magiczny sobowtór nie żyje. A twoim magicznym bliźniakiem mógł być tylko…

— Adept — dokończył Stile. — Wreszcie pojąłem. — Poznaj samego siebie — przypomniała Neysa. Adept.

Zmarszczyła brwi.

— To jest to! — zawołał Stile. — Muszę dowiedzieć się, którym Adeptem jestem.

Zauważył powagę na twarzy Neysy.

— Ale czy mogę? Przysięgłem porzucić magię.

— Tylko wykorzystując swą moc Adepta, możesz żywić nadzieję, że przeżyjesz! — wykrzyknął Kurrelgyre.

Po chwili zreflektował się.

— Co ja mówię? Któż chciałby pomóc przeżyć Adeptowi? Piękna Neysa ma rację: porzuć waść magię.

— Ale co złego jest w byciu Adeptem? — spytał Stile. — Przecież możliwość uprawiania magii mogłaby być bardzo korzystna.

Wilkołak i jednorożec wymienili spojrzenia.

— Zaprawdę on nic nie rozumie — mruknął Kurrelgyre. — Nie rozumiem — zgodził się Stile. — Wiem oczywiście, że magia może być niebezpieczna. Tak samo nauka. Oboje jednak zachowujecie się tak, jakby magia była zbrodnią. Chcecie mnie przekonać, że lepiej byłoby być martwym człowiekiem niż żywym Adeptem? A jednak magia mogłaby zdziałać wiele dobrego.

— Być może powinieneś waść spotkać jakiegoś Adepta — stwierdził Kurrelgyre.

— Może powinienem! Nawet jeśli sam nie uprawiałbym magii, to przynajmniej wiedziałbym kim jestem, do jakiego typu istot należę. Z tego, co mówisz, wnoszę, że coś stało się mojemu sobowtórowi — Adeptowi, a biorąc pod uwagę mój wiek i zdrowie, nie miało to naturalnych przyczyn.

Umilkł na chwilę.

— Ależ tak! Powinniśmy po prostu sprawdzić, który z Adeptów umarł ostatnio — zaproponował.

— Żaden — zapewnił go Kurrelgyre. — A przynajmniej nikt z nas o tym nie słyszał.

— Cóż, będę musiał sprawdzić — zdecydował Stile. Będę sprawdzać wszystkich Adeptów, dopóki nie znajdę tego, który umarł i nie upewnię się, że to mój sobowtór. Wtedy dopiero będę usatysfakcjonowany. Tylko… skąd będę wiedział, że nie umarło jednocześnie dwóch Adeptów i że odnalazłem właściwego?

— To żaden problem — stwierdził Kurrelgyre. — Twój sobowtór będzie wyglądał tak samo jak ty. Tak więc pozna to każdy, kto spotka cię w jego dobrach. A do tego Adepci mają osobiste, niepowtarzalne style uprawiania magii. Jakiż jest twój styl?

— Styl Stile’a — mruknęła Neysa, pozwalając sobie na przelotny uśmiech.

— Rymowana mowa lub pieśń — odparł Stile. — Moją moc wyzwala muzyka. Który z Adeptów używa tego sposobu?

— Tego nie wiemy. Adepci nie dopuszczają, by wiadomość taka przedostała się do prostego ludu. Często ukrywają zaklęcia pod nic nie znaczącymi zabiegami; deklamują, gdy w istocie ważny jest gest; przybierają pozy, gdy liczy się słowo. W każdym razie tak mówi się między prostym ludem. Nie wiemy, skąd biorą się amulety i golemy, lecznicze napoje, miraże i inne magiczne sztuczki. Wiemy tylko, że rzeczy te istnieją i znamy, na nasze nieszczęście, ich potęgę.