Odwrócił się, ujął Stile’a za rękę i rzekł:
— Przyjacielu, nie rób tego, co zamierzałeś. Jeśli odnajdziesz swego sobowtóra, staniesz się z nim jednością, a ja nieść będę brzemię odpowiedzialności za to, że nie zabiłem cię wtedy, gdy mogłem to uczynić. Podobnie Neysa, która ci pomogła. Nie obarczaj jej takim ciężarem.
Stile, wstrząśnięty, zwrócił się ku Neysie: — I ty też tak myślisz?
Smutnie skinęła głową.
— Mniemam, że Neysa zawiodła cię do Wyroczni, by uniknąć nieszczęścia, które przeczuwa — powiedział Kurrelgyre. — To trudny wybór. Oznacza on konieczność zniszczenia przyjaciela lub oddanie Adeptowi władzy nad tą krainą. Tu jesteś waść bezpieczny, nawet przed nieprzyjaciółmi.
— Jestem przecież związany przysięgą! — przypomniał Stile.
Miał nadzieję, że pojął już reguły języka; te wszystkie: wy, waść, mą.
— Nie będę rzucał zaklęć! Nie stanę się potworem, którego się obawiacie. Chcę tylko poznać prawdę. Czy możecie mi tego zabronić?
Kurrelgyre powoli pokręcił głową.
— Nie możemy ci tego zabronić. Jednak chcielibyśmy…
— Muszę poznać samego siebie — powiedział Stile. Tak poleciła Wyrocznia.
— Wyrocznia nigdy się nie myli — przyznał wilkołak. Nie można jej przeciwstawić naszego skąpego doświadczenia. — Więc udam się na poszukiwania sam — zadecydował Stile. — Kiedy zaspokoję już moją potrzebę poznania, wrócę do świata, w którym magia nie ma racji bytu. Tak więc nie musicie obawiać się, że przemienię się w jakąś bestię, którą, według was, mógłbym się stać. Zresztą i tak muszę niedługo powrócić, by znaleźć nowego pracodawcę, gdyż inaczej skończy się moje prawo pobytu na Protonie.
Neysa spuściła wzrok.
— A czemuż dbać miałbyś, waść, o prawo pobytu na Protonie’? — dopytywał się Kurrelgyre. — Pozostań tu, kryjąc się przed twym wrogiem; nie musisz przecież wracać.
— Proton jest moim światem — zaprotestował Stile. Nigdy nie miałem zamiaru tu pozostać…
Wilkołak wstał i odciągnął Stile’a na bok.
— Muszę powiedzieć ci coś w języku, którego nieprzystojnie byłoby używać przy białogłowach — stwierdził. Neysa rzuciła mu szybkie spojrzenie, lecz pozostała w ogrodzie.
— Co to za nonsens z tą nieprzystojną mową? — spytał Stile, gdy tylko znaleźli się poza zasięgiem uszu Neysy. Nie mam przed nią sekretów…
— Czyż nie widzisz, że klaczka jest w tobie zadurzona? — zapytał wilkołak.
Stile poczuł, jak budzi się w nim sumienie. Często porównywał Neysę i Sheen, lecz nie dostrzegł najważniejszego. — Przecież nie jestem jednorożcem!
— A ja nie jestem człowiekiem, lecz będąc tobą, nie mówiłbym tak beztrosko o odejściu. Lepiej zadać cios szybko, w samo serce.
— Ach tak. Nie… — plątał się skonfundowany Stile. Ona… my byliśmy… Sądziłem, że to tylko forma grzeczności. Nigdy bym nie pomyślał…
— Zaiste była to niezwykła forma grzeczności — zauważył Kurrelgyre. — Sam kiedyś postąpiłem nieroztropnie w tej materii, lecz moja samica naprostowała me ścieżki.
Przesunął palcami po starej bliźnie, ciągnącej się od ramienia aż do punktu niebezpiecznie blisko gardła. Wilkołaki najwidoczniej przywykły do bezpośredniego wyrażania swych uczuć.
— Powiem waści to, czego może mówić nie powinienem: Neysa w każdej swej postaci jest najpiękniejszym stworzeniem, jakie można spotkać. Jest także istotą najbardziej stałą w uczuciach. Hańbą okryłbym się na wieki, podnosząc na nią rękę, gdybyś mnie nie powstrzymał. Biorąc pod uwagę odwieczną wrogość istniejącą pomiędzy człowiekiem a jednorożcem, równą tej, która dzieli człowieka i wilkołaka oraz wilkołaka i jednorożca, jej przywiązanie do ciebie jest najgłębszym dowodem uczucia. Chyba że… Może nie zaznałeś waść nigdy kobiety… z wyjątkiem Neysy?
— Nie.
— I najważniejsze ze wszystkiego: czy pozwoliła dotykać ci swoich najbardziej sekretnych miejsc?
Stile poczerwieniał z lekka. — Przecież ci powiedziałem…
— Jej kopyta, róg — objaśnił Kurrelgyre. — Żaden jednorożec nie pozwoli, by obcy dotykał tych magicznych miejsc. — Tak, oczywiście. Ja…
— A więc to musi być miłość. Inaczej nie tolerowałaby twego dotyku. I zważ, przyjacielu, gdy pojęła, że jesteś Adeptem, oszczędziła cię tylko z miłości, łamiąc prawa swego gatunku. Nie możesz tak łatwo o tym zapominać.
Znów dotknął blizny blisko gardła.
— Nie mogę — zgodził się żarliwie Stile, wspominając znowu Sheen.
Zawsze cechował go pewien rodzaj osobistego magnetyzmu, przyciągający kobiety, choć działanie tej siły przeważnie niwelowane było natychmiast wrażeniem, jakie czyniły jego nieśmiałość i wzrost. W ten sposób jego związki bywały albo bardzo niezobowiązujące, albo bardzo głębokie, bez stadiów pośrednich. Jednak taka sytuacja pociągała za sobą pewien rodzaj odpowiedzialności — nie chciał ranić kobiet, które mu się powierzyły.
Przypomniał sobie, znów odczuwając tęsknotę, jak Tune wzbudziła w nim miłość, a potem go zostawiła. Nigdy nie winił jej za to i nie zrezygnowałby z tej miłości, nawet wtedy, gdyby wiedział, co go czeka. Pokazała mu świat, którego barwy wcześniej zaledwie zaczynał dostrzegać. Lecz sam nie chciałby postąpić podobnie.
Nie obawiał się żadnego niebezpieczeństwa. Wiedział, że Neysa nigdy by go nie skrzywdziła. Jeśli jednak ją zostawi, rzuci się ze skalnej krawędzi, nie przemieniając się w świetlika. Oszczędzi jego, ale nie siebie. Taka już jest.
Pytanie wilkołaka było celne: dlaczego Stile nie miałby tu pozostać? Życiu jego, co prawda, groziło niebezpieczeństwo, lecz ten sam powód zmusił go ucieczki z Protona. Gdyby udało się je zniweczyć, to świat ten miał zalety dorównujące atrakcyjnością Grze.
Prawdę mówiąc, magia była równie fascynująca jak… Nie! Przysięga czyniła te rozważania czysto teoretycznymi. Ale co będzie z Sheen? Nie może zostawić jej bez żadnych wyjaśnień. Musi wrócić, choćby tylko po to, by jej wszystko wytłumaczyć. Jest robotem, więc musi zrozumieć. Najrozsądniej byłoby wybrać lepszy z dwóch światów i w nim pozostać. Sheen zadowoli się tym, że będzie wiedziała, iż jest bezpieczny; jej misja zostanie wypełniona.
O ile wiedział, Tune była bezpieczna i szczęśliwa… Czy to mogło mu wystarczyć? Żył ze świadomością, że jego objęcia zastąpione zostały ramionami innego mężczyzny, któremu dała to, co Stile’owi podarowała tylko symbolicznie: syna. Rozumiał ją, a więc i Sheen zrozumiałaby… ale czy mniej przez to cierpiał?
Cóż jednak innego mógł uczynić? Nie mógł przecież żyć jednocześnie w obu światach. A w każdym razie jego prawo pobytu na Protonie było ograniczone, tutaj natomiast wieczne.
Stile powrócił do Neysy i usiadł obok niej. Kurrelgyre przyszedł za nim.
— Wilkołak uświadomił mi, że nie mogę spodziewać się rozwiązania moich problemów, jeśli będę przed nimi uciekał. Muszę pozostać tu i odnaleźć swoje przeznaczenie, a ten drugi świat powinienem tylko odwiedzić i zakończyć swoje z nim związki.
Ledwie to powiedział, zaczął żałować, że nie dobrał innych słów.
Neysa odpowiedziała mu, podnosząc oczy. Wystarczyło. — A teraz twoja kolej, wilkołaku — powiedział Stile. — Musimy rozwiązać również twoją zagadkę. Czy nie przyszło ci do głowy, że błękit, który powinieneś sobie zjednać, może oznaczać Adepta?