Выбрать главу

Teraz z kolei Kurrelgyre poczuł się wstrząśnięty.

— Kultywować Adepta? Już raczej pozostanę na zawsze banitą!

— Wyrocznia przecież nigdy się nie myli…

— Może tak być — przytaknął. — Spytałem, jak mam odzyskać zaufanie stada i Wyrocznia odpowiedziała. Być może cena jest zbyt wysoka.

— Przecież zaznaczyłeś, że sposób nie może gwałcić twego sumienia.

— Sumienie nie pozwoli mi tchórzliwie służyć odrażającemu potworowi, jakim jest Adept!

— A więc na pewno chodzi o co innego, o inny błękit. Może pole błękitnych kwiatów…

— Żaden wilkołak nigdy nie zostanie farmerem! — zawołał z oburzeniem Kurrelgyre. — To musi dotyczyć Błękitnego Adepta; lecz jedyny kult, jaki nie okryłby mnie hańbą, to pielęgnowanie trawy na jego grobie. Nie będę szukał Błękitnego Adepta.

Stile zastanowił się.

— Jeśli, jak się obawiamy, skazałeś się na wieczne wygnanie ze swego plemienia, to czemu nie miałbyś mi towarzyszyć? Postanowiłem pozostać w waszym świecie, lecz moja decyzja nie ma żadnego znaczenia, dopóki nie odnajdę i nie zniweczę zagrażającego memu życiu niebezpieczeństwa. A to na pewno ma związek z tym, kim i czym jestem. Nie używając magii, która mogła by mnie osłonić, będę na pewno potrzebował obrony.

— Nie wątpię, że twoja dama jest w stanie cię przed wszystkim obronić.

— Również przed złymi zamiarami Adepta? Kurrelgyre nerwowo spacerował.

— Jeśli ci teraz odmówię, sam nazwę się tchórzem. — Nie, nie! Nie chciałem nic…

— Nawet nie musiałeś próbować, lecz wątpię również, czy klacz będzie chciała znosić mnie u swego boku, i… nie chciałbym narzucać…

Neysa podniosła się. Wzięła wilkołaka za rękę, spojrzała mu przez chwilę w oczy i odwróciła się.

Kurrelgyre zwrócił się do Stile’a.

— Neysa naprawdę potrafi mówić bez słów! Wygląda na to, że wygnańcy powinni się wzajemnie popierać, nawet jeśli są odwiecznymi wrogami. Najpewniej wszyscy zginiemy… Jest to jednak równie dobry pomysł jak każdy inny.

Rozdział 12

CZERŃ

— Który z Adeptów mieszka najbliżej? — spytał Stile. Ale nie Błękitny; nie będziemy go odwiedzać, nawet jeśli byłby tuż obok.

Kurrelgyre przemienił się w wilk. i zaczął węszyć. Przemienił się raz jeszcze.

— Czarny, jak mniemam — poinformował.

— Niech więc będzie Czarny! — zgodził się Stile. Wolałby, co prawda, opierać swój wybór na bardziej empirycznych podstawach, lecz nauka nie była, jak się wydawało, darzona w tym świecie przesadnym zaufaniem. Należało więc korzystać z każdego udogodnienia.

Opuścili pałac. Stile dosiadał Neysy, zaś wilkołak z łatwością dotrzymywał im kroku. Skierowali się na zachód, ku zamczysku Czarnego Adepta. Teraz, kiedy decyzja została podjęta, Stile’a zaczęły męczyć wątpliwości co do celu i bezpieczeństwa wyprawy. Czy rzeczywiście wybrał najwłaściwszą drogę’? Jedyną rzeczą, jaką mógł teraz zrobić, było doprowadzenie jej do końca, a po sprawdzeniu Czarnego Adepta należało zadecydować, czy warto odwiedzać pozostałych. Tu jego wyobrażenia o przygodach magii i miecza, zdecydowanie rozmijały się z obserwacjami — i może tak było lepiej. Przypuszczał, że w prawdziwym życiu więcej zwycięstw odnosili źli czarownicy niż bohaterowie.

Neysa odnalazła zapasy ziarna i część z nich została schowana w przywiązanej do siodła torbie; nie będą musieli robić dłuższych popasów na pastwiskach. Posuwali się sprawnie naprzód, pokonując w ciągu dwóch i pół godziny pięćdziesiąt mil. Z czasem droga stała się uciążliwa. Trawa przerzedziła się, a zieleń rosła tylko w rozrzuconych kępach. Stile czuł, że jednym zaklęciem mógłby wyczarować świeżą wodę i dodatkowe jedzenie, lecz milczał. Jego towarzysze nie życzyli sobie magii, a nawet sam zamiar przeciwny był duchowi jego przysięgi.

Góry i doliny ustąpiły miejsca szerokiej, niczym nie urozmaiconej ciemnej równinie, ciągnącej się aż po horyzont. Niebo nad nią zasnute było czarnymi chmurami. Podmuchy ostrego wiatru unosiły pył, utrudniający oddychanie. Stile zakaszlał. Jeśli otoczenie było odbiciem charakteru Czarnego Adepta, to naprawdę musiał być on wstrętny’. Ale pewnie było to tylko błędne wyobrażenie. Stile miał zarówno przyjaciół jak i wrogów, lecz niewielu było ludzi, których uważałby za tak nikczemnych, jakimi byli Adepci w mniemaniu wilkołaka i jednorożca. Mówi się, że zażyłość rodzi lekceważenie, ale ignorancja jest na pewno matką mylnych sądów.

Wreszcie, pośród tych ciemności, ujrzeli ciemny zarys zamku. Żadne światło nie oświetlało go od środka. Ziemia wokół była tak czarna, jakby była spalona. Nawet gdyby Stile nie znał imienia jego mieszkańca, z łatwością by je odgadł. Wszystko było czarne jak noc.

W miarę jak zbliżali się do celu, Stile czuł rosnące wątpliwości. Czy warto ryzykować gniew tej istoty tylko dla zaspokojenia ciekawości? Narażał się na nie wiadomo jakie zaklęcia Czarnego Adepta i po co? Żeby dowiedzieć się, kim jest na tym świecie’?

Nie, chodzi przecież o coś więcej — przypominał sam sobie. Jeden z Adeptów próbował go zabić i dopóki nie pozna własnej tożsamości, dopóty prawdopodobnie nie będzie wiedział, kto i dlaczego pragnie jego śmierci. Wyrocznia zgadzała się z tą diagnozą; kazała mu poznać samego siebie. Ciekawość nie była warta ryzyka, ale życie i bezpieczeństwo — tak.

Co jednak powinien zrobić, gdyby życie przyjaciół znalazło się z jego powodu w niebezpieczeństwie? Czy powinien użyć magii, by im pomóc? Nie, nie mógł tego zrobić. Dał słowo, a jeszcze nigdy w życiu nie złamał przysięgi. Neysa musiałaby najpierw udzielić mu pozwolenia, a wiedział, że tego nie uczyni. Wierzyła, że zwolnienie go z przysięgi oznaczało przemienienie go w potwora, jakim był każdy Adept. Wolałaby raczej śmierć. Powinien więc zadbać o ich wspólne dobro dostępnymi sposobami, zachowując czujność.

Nie było jednak żadnego powodu, by postępować nieroztropnie.

— Neysa — powiedział półgłosem — czy nie można by dostać się do zamku ukradkiem i podobnie go opuścić? Nie muszę rzucać Adeptowi wyzwania; przecież jedno spojrzenie na niego powie mi czy jest żywy i czy mnie przypomina z wyglądu. Jeżeli okaże się, że Czarny Adept żyje, to może mi zrobić coś okropnego. Obawiam się, że i tobie też.

Kurrelgyre wywarczał swą opinię tonem oznaczającym: „a nie mówiłem’?”. Oboje z Neysą przewidywali tak fatalne zakończenie całego przedsięwzięcia, że Stile przestał wątpić w zasadność ich nienawiści do Adeptów.

Neysa zatrzymała się. Kiwnęła łbem, sygnalizując, że powinien zsiąść. Stile podporządkował się. Wtedy Neysa podniosła tylną nogę i sięgnęła do niej pyskiem. Złapała ją zębami, jakby ją coś zaswędziało i biała skarpetka spadła.

Stile wbił w nią oczy. Termin „skarpetka” w odniesieniu do konia nie miał znaczenia dosłownego, a tylko opisowe; był to wyłącznie pasek białej sierści powyżej kopyta. A jednak Neysa trzymała w pysku białą skarpetkę, a jej noga stała się całkowicie czarna.

Podała mu skarpetę i zajęła się drugą. Wkrótce Stile trzymał w ręku parę białych skarpetek o niejednakowej długości. Neysa znowu trąciła go pyskiem.

— Przecież nie mogę ich nosić. To twoje skarpetki. Neysa niecierpliwie trącała go. Stile spróbował wciągnąć je na buty. Miały na stopie kształt kopyta, lecz mimo to pasowały doskonale; jeszcze jeden przykład magii jednorożców.

Biały kolor zaczął rozprzestrzeniać się poza skarpetki. Stopy Stile’a przypominały teraz kopyta, nogi pokryły się sierścią. Ręce… Co się stało z jego rękami?