Выбрать главу

Kurrelgyre zawarczał z uznaniem; widać uznał, że wygląd Stile’a bardzo się poprawił.

Stile jeszcze raz przyjrzał się sam sobie. Wyglądał jak jednorożec’. Biały jednorożec! Pozostał człowiekiem, lecz iluzja sprawiła, że wydawał się zwierzęciem.

Neysa podarowała mu przebranie. Któż przejmowałby się jednorożcem kręcącym się wokół domu?

— Za każdym razem, kiedy zdaje mi się, że cię rozumiem, Neyso, robisz coś nieoczekiwanego — powiedział Stile, pełen podziwu.

— Zwrócę ci skarpetki, kiedy tylko stąd odjedziemy. Najmocniej ci dziękuję.

A w duchu pomyślał, że Neysie nie przeszkadza korzystanie z magii, jeśli tylko nie jest to magia Adepta. Pożyteczna obserwacja. Powędrowali dalej: biały i czarny jednorożec oraz wilk. Czarna mgła kłębiła się gęsto wokół zamku, pomagając im się ukryć. Ale czy Adept mógł być nieświadom ich przybycia? Bardzo możliwe. Czy tolerowałby ich obecność, gdyby wiedział, że naruszyli jego terytorium? Na pewno nie zwrócił na nich uwagi, miał ciekawsze rzeczy do roboty niż siedzieć i czekać na intruzów. Stile jak mógł, tak sam się pocieszał.

Czuł się jednak mocno zaniepokojony.

Kurrelgyre warknął ostrzegawczo. Zatrzymali się. Wilkołak zastygł z nosem przy ziemi. Stile przechylił się, by lepiej widzieć i zaraz jego kolana przeszył ostrzegawczy ból, zachwiał się, ale zobaczył to, co znajdowało się na ziemi: czarną linię biegnąca po bazaltowym podłożu.

Czy mógł to być przewód wyzwalający pułapkę? Linia namalowana była na ziemi, ale przy odrobinie magii mogła spełniać tę samą funkcję. Wyjaśniałoby to, dlaczego Adept nie czuwał; mógł polegać na swej automatycznej sygnalizacji.

— Lepiej przejdźmy, nie dotykając linii — mruknął Stile. — Na pewno ma jakieś przeznaczenie.

Wszyscy troje ostrożnie przekroczyli linię. Wkrótce napotkali następną. Ta była grubsza, wyglądała jakby namalowano ją wysychającą farbą. Potem trzecia, przypominająca grządkę. A czwarta, blisko poprzedniej, wyglądała jak usypany miniaturowy wał.

— Jest w tym coś podejrzanego — zauważył Stile. Linie sygnalizacyjne powinny być raczej trudno zauważalne, aby nie przyciągały uwagi.

Nic innego im jednak nie pozostało, jak tylko przejść przez nie. Obawy Stile’a zmniejszały się w miarę, jak rosło jego zdumienie. Zaakceptował myśl o magii, jako o sposobie na życie, lecz po co ktoś miałby otaczać swój dom coraz grubszymi liniami? Nie miało to sensu.

Każda kolejna była grubsza i trudniejsza do pokonania. Jasne było, że czarny zamek nie był zwykłą budowlą z kamienia czy cegły, lecz misterną konstrukcją złożoną z coraz wyższych ścian — linii. Gdy sięgnęły już Stile’owi do pasa, a między nimi były tylko dwa metry przestrzeni, Stile zdecydował, że przeskakiwanie ich stało się zbyt niebezpieczne; któreś z nich będzie musiało w końcu przypadkowo dotknąć ściany i uruchomi alarm, o ile naprawdę był to system alarmowy. Stile zaczął już przypuszczać, że jest to coś zupełnie innego, może jakiś typ architektonicznej pułapki? Możliwe też, że nie jest to nic więcej, jak tylko sposób zniechęcania intruzów, takich jak oni. Byłby to rodzaj obrony pasywnej, dowodzący, że Czarny Adept nie jest naprawdę takim potworem, za jakiego go uważano. Może.

— Sądzę, że powinniśmy chwilowo pójść pomiędzy ścianami — powiedział Stile. — Za chwilę będziemy już musieli się na nie wspinać. To zaczyna zamieniać się w labirynt i możemy zostać zmuszeni do podporządkowania się jego regułom.

Nerwowo zaczął się zastanawiać, czy nie na tym polega właśnie postępowanie Adeptów? Wciągnąć intruzów, krok za krokiem, w ustalony tryb postępowania, który doprowadzi ich nieuchronnie do korupcji lub zagłady. Czy na tym polegała magia Adeptów’? Jeżeli tak, to obawy jednorożca i wilkołaka mogły się jeszcze potwierdzić.

Skręcili w lewo. Szli teraz pomiędzy ścianami. Był to rzeczywiście labirynt, albo przynajmniej bardzo skomplikowany układ. Wewnętrzna ściana skręcała pod kątem prostym, tworząc korytarz prowadzący do środka; jej wysokość ciągle rosła. Wkrótce pojawił się i sufit, utworzony przez przedłużenie i nachylenie równoległej ściany. Teraz byli już w tunelu, skręcającym raz w jedną, raz w drugą stronę, przeważnie pod ostrym kątem i często zawracającym. Wkrótce stracili poczucie kierunku.

— Kurrelgyre, czy twój nos wyprowadzi nas na zewnątrz? — nerwowo dopytywał się Stile.

Wilk warknął potwierdzająco.

Labirynt ścian wydawał się ciągnąć bez końca. Mdłe światło sączyło się nie wiadomo skąd. Nie było nic do oglądania, oprócz coraz to nowych pustych ścian z czarnego budulca. Zamek — musieli się już przecież znajdować wewnątrz samej budowli — był cichy jak krypta grobowa. Nie działało to zachęcająco na Stile’a.

Szli dalej i dalej, Za każdym razem, kiedy wydawało się, że już gdzieś dochodzą, korytarz skręcał prawie o sto osiemdziesiąt stopni i nieskończenie długo ciągnął się z powrotem, by potem znowu zawrócić. Czyżby cały ten zamek składał się wyłącznie z kilometrów — mil, poprawił sam siebie korytarzy? Przejście zwęziło się i Neysa zaczęła mieć trudności przy zakrętach. Jej róg aż drapał o ścianę przy pokonywaniu ostrych zakrętów; usiłowała unikać takiego kontaktu z murem. co wymuszało na niej wykonywanie akrobatycznych manewrów i spowalniało tempo marszu. Nie chciała jednak zmienić postaci w obawie przed postronnym obserwatorem. Ponadto wciąż niosła na sobie siodło i torbę z zapasami jedzenia, z którymi nie byłoby co zrobić, gdyby przekształciła się w dziewczynę.

— Wystarczy — powiedział wreszcie Stile. — Możemy tak wędrować, dopóki nie skończą się nam zapasy i nie poumieramy z głodu. Stawmy czoło temu okropnemu Adeptowi! Uderzył pięścią w mur.

Powierzchnia ściany była dziwnie miękka i ciepła, jakby dopiero niedawno wypłynęła z wulkanicznej szczeliny. Ugięła się lekko pod ciosem, a potem odskoczyła z brzęknięciem. Fala dźwiękowa przesuwała się wzdłuż korytarza, aż zniknęła za zakrętem. Wydawała się przemierzać tę samą krętą trasę, co oni, tylko znacznie szybciej, wzmacniając się w miarę przebytej drogi. Wkrótce zamek i cała okolica rozbrzmiewała hałasem.

Stopniowo dźwięk rozmazywał się, jakby drgania poszczególnych ścian wzajemnie się redukowały, aż w końcu zamarł.

— Pewnie dotarł do końca linii — zauważył Stile. Chodźmy, nie ma co przejmować się jej dotykaniem.

Szli teraz znacznie szybciej. Przy każdym ostrym zakręcie róg Neysy rysował ścianę i wywoływał falę dźwiękową, nic więcej.

W końcu korytarz rozszerzył się, tworząc średniej wielkości komnatę. W środku stał wielki czarny smok. Potwór rozwarł pysk, lecz nie wydał żadnego dźwięku. W paszczy widać było tylko język, przypominający narysowaną piórem grubą kreskę.

Stile wbił wzrok w stworzenie. Nigdy wcześniej nie widział żywego smoka, ale rozpoznał jego ogólny kształt na podstawie przeczytanych legend. Ten osobnik był jego niezwykłą odmianą. Stwór wydawał się składać, podobnie jak i cały zamek, z pogrubionych linii. Nogi miał zbudowane z pętli, tułów z gęsto utkanych splotów, a ogon wyglądał, jakby zrobiony był na drutach. Wydawało się. że cały smok ukształtowany został starannie z jednej tylko linii, niezwykle pogmatwanej. Wyglądał jak ręcznie zrobiony, wypchany sweter.

Smok postąpił naprzód, obnażając czarne zęby. Stile tak był zafascynowany tą kreskówką, że zupełnie zapomniał o swym bezpieczeństwie. Przypomniał sobie fascynujące go w dzieciństwie rysunki, wykonane bez odrywania pióra od papieru i bez przecinania już narysowanych linii. W ten sposób można było uzyskać nawet najbardziej skomplikowane kształty: kwiaty, twarze, zwierzęta, nawet słowa. Zadanie polegało na znalezieniu końca linii, ukrytego w skomplikowanym rysunku.