Выбрать главу

Smok był trójwymiarowy. Tworzące go linie stykały się, a nawet krzyżowały — był powiązany w kluczowych punktach węzłami i pętlami. Zasada jednak była taka sama, jak w dziecięcej zabawie: linia, choć splątana, nigdy się nie dzieliła i nie urywała. Cały smok, na ile Stile mógł to ocenić, był skonstruowany z jednej nitki.

Stile nagle spostrzegł postawę, jaką przybrali jego towarzysze. Oboje stanęli twarzą do smoka, gotowi do walki. Wysunęli się trochę przed Stile’a.

— Dajcie spokój! — zawołał. — To moje poszukiwania. Nie możecie narażać się za mnie. Sam będę walczył.

Pochylił się, aby ściągnąć magiczne skarpetki. Ostry ból znowu przeszył mu kolana, sprawiając, że osunął się na podłogę. Zapominał o swojej kontuzji w najbardziej krytycznych momentach!

Z trudem podniósł się i zginając się w pasie zdjął najpierw jedną, potem drugą skarpetkę. Znowu przybrał własną postać. Podszedł do Neysy.

— Czy mogę? — spytał.

Skinęła głową, nie odrywając wzroku od smoka. Stile uniósł kolejno jej kopyta i skarpetki wróciły na swoje dawne miejsce. W trakcie uniósł wzrok i napotkał spojrzenie Kurrelgyre. Tak, dotykał najbardziej intymnych miejsc jednorożca. Konie nie cierpiały, gdy dotykano lub wiązano im nogi; wiele z nich wierzgało gwałtownie, łamiąc sobie kończyny w rozpaczliwych wysiłkach uwolnienia się. Potrafiły też uszkodzić sobie nastawioną już nogę, pozbywając się unieruchamiającej szyny. Dlatego też złamanie nogi oznaczała często dla konia wyrok śmierci. Jednorożce niewątpliwie były jeszcze bardziej wrażliwe. Neysa, przyłączając się do niego, naprawdę oddała mu się cała. A potem odkryła, że ma do czynienia z Adeptem!

Stile stanął przed smokiem, wyciągając rapier. Nie miał jeszcze wprawy w fechtunku, lecz smok nie mógł tego wiedzieć. Czy czubek rapiera będzie skuteczny, czy też lepiej będzie użyć ostrza, żeby przeciąć nitkę’? Może smok spruje się jak ręczna robótka, kiedy przetnie się jedną z nitek? Tylko eksperyment może dać zadowalającą odpowiedź.

W tym samym czasie smok oceniał Stile’a. Biały jednorożec nagle stał się człowiekiem. Była w tym magia. Czy bezpiecznie będzie go zaatakować?

Stile, choć perspektywa starcia napełniała go niepokojem, miał sporo doświadczenia w postępowaniu ze zwierzętami. Zdarzało mu się poskramiać wrogo usposobione psy i koty na farmie swego pracodawcy i oczywiście niejednego konia.

Później zaczął występować na rozmaitych arenach Gry i tresował większe zwierzęta drapieżne przy pomocy bata i ościenia. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia ze smokiem, lecz ogólne zasady obchodzenia się ze zwierzętami powinny i jego dotyczyć. Przynajmniej taką miał nadzieję.

Zachowywał się z wyraźną pewnością siebie. Podszedł do smoka z końcem rapiera wycelowanym w czubek jego czarnego węzłowatego nosa. Nosy większości zwierząt są bardzo wrażliwe i często, ze względów psychologicznych, ważniejsze od oczu.

— Wiedz, smoku, że nie szukam kłopotów — powiedział ze sztucznym spokojem. — Przybyłem odwiedzić Czarnego Adepta. Chcę go tylko spotkać i nie zamierzam zrobić mu krzywdy. Bądź tak miły i ustąp nam z drogi.

Stile usłyszał za sobą zdumione parsknięcie. Neysa nigdy sobie nie wyobrażała, że można w taki sposób potraktować smoka na jego własnym terenie!

Smok był również zdumiony. Jaki człowiek odważyłby się podejść do niego z tak władczą pewnością siebie? Lecz smok był zwierzęciem, nie człowiekiem i nie rozumował logicznie, a oprócz tego wykonywał czyjeś rozkazy. Zresztą każda istota zbudowana z poplątanego sznurka miałaby kłopoty z rozumowaniem; w końcu jaki mózg można upleść z linki? Smok rozwarł szczęki i kłapnął zębami.

Stile zręcznie uskoczył na bok. Rapier zabłysł, celnie trafiając we wrażliwy nos. Smok szarpnął się do tyłu, wydając bezgłośny jęk.

— To było pierwsze ostrzeżenie — powiedział spokojnie Stile. Wewnętrznie uradowany był sukcesem; stworzenie naprawdę odczuwało ból!

— Moja cierpliwość ma swoje granice. Znikaj, smoku! — rozkazał.

Smok, zbity z tropu bardziej postawą Stile’a, niż jego fizycznym męstwem, cofnął się. Stile, marszcząc brwi, posunął się do przodu. Smok zaskowyczał bezgłośnie i zaczął się pruć.

Stile oniemiał w wrażenia. Stworzenie znikało! Wpierw wrażliwy nos smoka zacisnął się w ciasny supeł i rozplątał się. nic po sobie nie pozostawiając. Potem zniknął pysk i zęby; te ostatnie przekształciły się najpierw w węzełki, które rozsupłały się, gdy tylko sznurek naprężył się. Następnie oczy i uszy. Pozbawiony głowy stwór wciąż cofał się przed Stilem. Wreszcie znikła szyja i przednie nogi, a szybkość rozplątywania się sznurka rosła w miarę ubywania smoka. Minęła chwila i nic z niego nie pozostało oprócz linki, która wtopiła się w ścianę, jakby stanowiła jej część.

Cały smok był więc tylko kunsztownie splątanym sznurkiem? A jednak, kiedy miał jeszcze określoną postać, wydawał się potężny i reagował na bodźce jak normalne zwierzę. Mogło go nie tylko poszarpać, ale nawet zabić.

— Smok był sznurkiem — wydyszał Stile. — A zamek’? Wygląda na to, że zbudowany jest podobnie! Jednorożec i wilk zgodnie wzruszyli ramionami. Któż mógł pojąć zwyczaje Adeptów?

Neysa lekko zwróciła głowę w stronę, z której przyszli. Ciekawa była, czy Stile widział już wystarczająco dużo i czy gotów jest do odwrotu. Ale on przecząco pokręcił głową. Bardziej niż kiedykolwiek zapragnął poznać właściciela tego zamku. Chciał być całkowicie pewien, że nie jest nim on sam — ani teraz, ani w przeszłości.

Powędrowali korytarzem, który za komnatą smoka zaczął znowu się zwężać, choć nie był już tak ciasny jak przedtem. Znowu droga zawracała w tę i z powrotem, bez końca.

— Psiakrew! — zaklął Stile. — Możemy tu umrzeć ze starości, szukając pana tej twierdzy, jeśli on w ogóle żyje. Mam zamiar rozstrzygnąć to radykalnie.

Kurrelgyre rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie, lecz nic nie powiedział. To było przedsięwzięcie Stile’a i nie mógł za niego decydować. Stile zacisnął pięści i zaczął uderzać raz po raz o ścianę, sprawiając, że rozchodzące się dźwięki nasiliły się tak bardzo, iż cały zamek wydawał się drżeć.

— Ukaż się, Czarny Adepcie! — krzyczał. — Chcę tylko zobaczyć twoją twarz; potem odejdę.

— Idź za linią — odpowiedział mu jakiś głos.

W polu widzenia ukazała się podwójna linia, tworząca liczne pętle. Kiedy do niej podeszli, cofnęła się, jak pociągnięty za koniec sznurek. Przypominała w tym smoka, który znikał, rozplątując się. Ale linia nie była częścią ściany.

Idąc za nią doszli do ogromnej komnaty, położonej w środku budowli; było mało prawdopodobne, by sami zdołali ją tak szybko odnaleźć. Po środku stał mężczyzna zwrócony do nich twarzą. Odziany był na czarno i wydawało się, że ma czarny ogon. Była to jednak tylko linia, za którą podążali!

— To linia — powiedział Stile, który wreszcie odkrył tajemnicę Czarnego Adepta. — Wszystko zaczyna się od ciebie! Cały zamek jest tobą! Zastygająca linia twej przeszłości!

— Teraz już wiesz — powiedział zimno Adept. Spełniłem twe żądanie, intruzie.

— Tak — zgodził się Stile, choć nie podobał mu się ton Adepta.

Adept był pół metra wyższy od przybysza, a jego głos i wygląd nie przypominały w niczym Stile’a; ani takiego jakim był teraz, ani jakim mógłby być. Nie znaczyło to oczywiście, że Adept wyglądał groteskowo; prawdę mówiąc powierzchowność miał całkiem zwyczajną. Na pewno jednak nie był sobowtórem Stila.