Выбрать главу

— Odejdę więc, dziękując za waszą kurtuazję — rzekł Stile.

— Nie mowy o żadnej kurtuazji, intruzie — powiedział Adept. — Twe zwierzęta są czarnego koloru, mogą więc odejść, choć obciążone są twoimi zapasami; to hańba, od której muszę je uwolnić. Ty zaś pozostaniesz.

Czarny Adept odrzucił linię. Rozrosła się natychmiast w skomplikowaną ścianę — kratę, oddzielającą Stile’a od jego przyjaciół. Zatrwożony podszedł ku niej, lecz pręty miały już twardość stali. Spróbował ją obejść, lecz ściana rozrastała się szybciej, niż mógł się poruszać. Wyciągnął rapier, ale uświadomił sobie, że pręty są równie mocne, jak metal jego broni. Znalazł się w pułapce.

Stile odwrócił się do Adepta.

— Dlaczego’? — spytał. — Dlaczego mnie tu zatrzymujesz?

— Po co wtargnąłeś na me włości? — odpowiedział pytaniem.

Stile nie zamierzał ujawniać prawdziwej przyczyny, a kłamać nie chciał.

— Mogę tylko powiedzieć, że nie planowałem niczego złego — odparł.

— Człowiek nie ma prawa naruszać mojego terytorium. Karą jest pozostanie tutaj — poinformował go Czarny Adept. — Pozostanie’? Na zawsze? Śmierć tutaj’?

Neysa próbowała przedostać się przez oddzielającą ich ścianę. Nawet wilk był za duży, by zmieścić się pomiędzy kratami. Nie mogli mu pomóc.

— Lepiej odejdźcie stąd — zadecydował Stile. — Będę musiał poradzić sobie z nim sam.

Neysa wahała się. Stile wiedział, że mogłaby przecisnąć się pomiędzy prętami, zamieniając się w świetlika, ale nie chciał, by zdradzała swe talenty Czarnemu Adeptowi, który z łatwością przyrządziłby ze swoich linii klatkę w sam raz dla owada. Nie było sensu, żeby i ona znalazła się w pułapce.

— Idźcie stąd — szepnął zniecierpliwiony. — Poradzę sobie. Zostawcie tylko zapasy…

— Nic z tego’. — ostrzegł ich Czarny Adept. — Odejdźcie, bo zrzucę siatkę i schwytam was.

Siatkę? Czyżby Adept, mimo wszystko, wiedział o świetlikowej postaci Neysy, czy też ich tylko postraszył?

Stile gwałtownym gestem polecił Neysie odejść. Nie wyglądała na przekonaną, lecz wycofała się. Wilk ze spuszczonym ogonem podążył za nią. Rozdzielenie przyjaciół było wyraźnie częścią zemsty Adepta.

Stile, wyciągając rapier, odwrócił się ku Adeptowi, ale ten zniknął. Pozostała po nim tylko krata, ciągnąca się wzdłuż korytarza i znikająca za zakrętem. Widać Adept przez cały czas był świadom ich obecności w zamku. Znalezienie go w labiryncie, bez jego wiedzy i zgody było niemożliwe, ponieważ mógł w dowolnym momencie uformować z linii celę wokół Stile’a.

Dlaczego jednak tego nie zrobił? Po co pozwalał intruzowi na wędrówki po zamku? Czarny Adept mógł, patrząc na to logicznie, albo zabić go, albo nie wpuścić do twierdzy. Jego moc wystarczyłaby do dokonania którejkolwiek z tych rzeczy. Tylko magia drugiego Adepta…

Nie! Przysiągł przecież porzucić magię. Przebrnie jakoś przez to wszystko nie uciekając się do magii.

Powędrował wzdłuż kraty. Ciągnęła się poprzez splątane korytarze, przecinając komnaty, przejścia, nawet schody. Poprowadziła go aż na wieżę i z powrotem do lochów. Nie było żadnych ślepych korytarzy; droga ciągnęła się bez przeszkód. Wyglądało na to, że Adept postanowił pokazać mu swą posiadłość i pochwalić się jej okazałością. Co za próżność, choć starannie ukryta!

Po długich wędrówkach Stile dotarł wreszcie do komnaty, gdzie na podłodze leżał czysty i nieuszkodzony ludzki szkielet.

Przez chwilę zastanawiał się, dlaczego tak przerażający przedmiot nie został z zamku usunięty? Było mało prawdopodobne, by był sztuczny; magia Adepta najwyraźniej związana była z liniami. Był to wystarczający dowód na tu, że nie był on sobowtórem Stile’a. Prawdę mówiąc, Stile mógłby zaoszczędzić sobie sporej dawki kłopotów, gdyby zrozumiał to i zawrócił jak tylko zobaczył pierwszą linię. Wskazówki konieczne do takiej interpretacji były, lecz on nie poświęcił im wystarczająco wiele uwagi. Spóźniony refleks!

Szkielet był odrębną całością, nie stanowił części linii. Musiał być autentyczny. Stile kopnął go w ramię i kościotrup oderwał się z trzaskiem od podłogi. Leżał tu tak długo, że zdążył się przykleić!

Czarny Adept twierdził, że karą dla intruzów jest pozostanie w zamku. Faktycznie nie powiedział, że ich zabija.

Może miał jakieś niejasne skrupuły, nie chciał zbrukać krwią swoich linii? Jednak pozostanie tu bez wody i jedzenia, oznaczało śmierć.

Wydawało się, że taki los czeka Stile’a, podczas gdy obu „zwierzętom” pozwolono uciec, by mogły przekazać innym ostrzeżenie. Miały powiedzieć światu, że widziały, jak uwięziono człowieka dlatego, że obraził Adepta. Było to logiczne, efektywne i podłe. Adept naprawdę nie dbał o czyjąkolwiek sympatię, chciał tylko, by wszyscy trzymali się z daleka od jego terytorium i nie pozwalał na lekceważenie swojej woli.

Stile rozumiał, że sam jest sobie winien. Ostrzegano go, że Adepci są groźni, a mimo to wtargnął do jego posiadłości. Może nie do końca uwierzył przestrogom? Magiczny świat Phase nie wydawał mu się całkiem realny; nie traktował jego gróźb wystarczająco poważnie. Teraz, gdy wędrował dalej i dalej, czując rosnące pragnienie, zmienił się jego punkt widzenia. Ten świat zaczął wydawać się bardziej realny od Protona. Ataki potworów jakoś nie zrobiły na nim większego wrażenia; pojedynki przypominały mu trochę Grę, więc były jakby niebezpieczną zabawą, lecz pragnienie, głód, znużenie, wyczerpanie i samotność wymuszały wiarę bardziej fundamentalnej natury. Zanim umrze, zdąży uwierzyć do końca.

Przyszło mu do głowy, by zwrócić się do Czarnego Adepta, prosić go o litość, lecz od razu zrozumiał, że to bezcelowe. Karą miała być śmierć uwięzionego i pozbawionego nadziei człowieka, bez żadnych dalszych kontaktów. Śmierć bez godności i uznania. Ci, którzy pogwałcili samotność Adepta, musieli umierać w samotności. Czarny Adept nie był ani szlachetny ani nikczemny; on tylko bezwzględnie wymuszał posłuszeństwo dla swojego prawa. Nikt nie może niepokoić Adepta bez ważnego powodu! Właśnie to usiłowali mu wbić do głowy Neysa i Kurrelgyre. A on, oczywiście, musiał uczyć się tego na własnej skórze.

A Stile? Czy był naprawdę Adeptem’? Czy jego sobowtór z Phase był podobny do tego cynicznego, wyniosłego magika?

Nic dziwnego, że jego przyjaciele nie ufali mu! Jeżeli jego ewentualne posługiwanie się magią miało prowadzić do podobnych rezultatów, to musiało oznaczać, że utraci poczucie honoru, przyjaźni, przyzwoitości. W takim razie naprawdę lepiej było się jej wyrzec raz na zawsze. Lepiej umrzeć jak człowiek, niż żyć jak bezduszny robot.

Nie, to nie tak, nie wolno myśleć utartymi schematami. Nie wszystkie roboty były bezduszne. Sheen… ciekawe gdzie teraz jest? Tygodniowy termin, jeśli Stile dobrze policzył, właśnie mijał; groziła mu na Protonie natychmiastowa śmierć… na Protonie? Nie, to były dwa połączone ze sobą światy, a on był albo na jednym, albo na drugim; z każdą chwilą groźba traciła na znaczeniu. Tylko ucieczka z Phase mogłaby go uratować.

Stile wędrował wzdłuż muru, dopóki nie zapadły ciemności. Wtedy ostrożnie osunął się na podłogę, oszczędzając kolana. Oparł się plecami o kratę i eksperymentalnie zgiął jedną nogę w kolanie. Zgięła się dość mocno, zanim poczuł ból… czyżby zaczęła się goić? Niemożliwe; inne części ciała goiły się, lecz nie kolana. Zbudowane były z kości i ścięgien, co powodowało, że krew nie mogła w nich dobrze krążyć. Łokcie przeważnie leczyły się szybko; nie były ciągle obciążone. Kolana musiały być mocne, i przez to, paradoksalnie, były bardziej narażone niż inne stawy. Anonimowy przeciwnik uderzył celnie, skazując go na przewlekłą torturę, podobną do tej zaaplikowanej mu przez Czarnego Adepta. I jakiż stąd wniosek? Kiedy jego kolana nie były obciążone, mógł je zginać prawie bez przeszkód. Mógł przyjąć pozycję kuczną, gdy nie kucał. Niewielkie pocieszenie! Jakie to miało znaczenie, kiedy całe jego ciało było skazane na śmierć?