Po pewnym czasie podniósł się i wszedł do wewnętrznej komnaty, by załatwić naturalną potrzebę. Nie odpowiadało mu, że musi brudzić zamkową podłogę, ale nie miał innego wyboru… Potem wrócił do zakratowanej ściany, ułożył się na ziemi i zapadł w sen.
Śniło mu się, że jest robotem bez ciała mogącego ogrzać metalowe kości i bez świadomości mogącej ożywić myślenie. Obudził się w nocy kilka razy, czując coraz większe pragnienie. Miało ono, oczywiście, czysto psychologiczne uzasadnienie, co nie zmieniało faktu, że było bardzo męczące. Marzył o śnie w objęciach Neysy. Zapewniała mu towarzystwo i odwzajemniała przyjaźń. Po wielu spędzonych samotnie latach, przyzwyczaił się bardzo szybko do tego związku; wypełniał on ważną potrzebę w jego życiu. Neysa przemieniała się w dziewczynę, by sprawić mu przyjemność, lecz była mu miła w każdej postaci. Dobrze zrobił, odsyłając ją. Przynajmniej będzie mogła wrócić na swe pastwiska i może wilkołak przez jakiś czas jej nie opuści.
Jak zimno! Stile kulił się w swym cieniutkim ubraniu. Jedno maleńkie zaklęcie mogło to wszystko odmienić. Trochę ciepła poproszę… nie! Żadnej magii! Może to szaleństwo, ale nie złamie przysięgi. Mógłby zrobić to tylko wtedy, gdyby przyfrunął tu świetlik i zawołał: „Stile, rzuć zaklęcie”. Jednak wcale nie chciał, by Neysa ryzykowała w taki sposób. Zwinął się znowu w kłębek i zasnął; lepsze to od bezsenności.
Do rana usta wyschły mu tak, że czuł, jakby miał pełne suchych wiórów. Spał chyba z otwartymi ustami. Przesuwał sztywnym językiem wewnątrz jamy ustnej, poruszał szczękami i wreszcie udało mu się ją zwilżyć odrobiną śliny. Teraz musi wstać i…
I co? Kraty pozostały i nie znikną dopóki jego szkielet nie dołączy do tego, który już tu leży. Nie miał dokąd iść ani co robić.
Musiał jednak się czymś zająć. Ciągle czuł się zmarznięty; jedynym lekarstwem był ruch. Głód i pragnienie trochę ustąpiły, ale ciało ciągle miał sztywne. Wstał z trudem i powlókł się do zaimprowizowanej toalety. Żal tracić płyny, ale dopóki żył, trwały procesy fizjologiczne.
Kontynuował wędrówkę wzdłuż zakratowanej ściany, poruszając się na tyle szybko, by wytworzyć trochę ciepła i na tyle powoli, by oszczędzać energię. Bezsensowny wysiłek, tyle tylko, że lepsze to niż położyć się na ziemi i czekać na śmierć. Będzie jeszcze na to czas.
Nie było ucieczki. Zamkowy labirynt nie miał końca, podobnie jak zakratowana ściana. Czarny Adept znał tylko jeden rodzaj magii, ale był w nim bardzo dokładny.
Żadne argumenty nie mogły poruszyć człowieka mającego taką władzę i będącego tak wyobcowanym jak on. Czarny Adept przypominał swoim charakterem Obywateli Protona.
Obywatele! Kurrelgyre powiedział, że ludzie z Phase są tożsami z tymi na Protonie, a w każdym razie było tak, zanim zaczęło się masowe sprowadzanie niewolników. Adept rzeczywiście mógł być w swoim alternatywnym życiu Obywatelem. W jednym ze światów instrumentem władzy było bogactwo, w drugim magia. A w obu królowała arogancja.
Stile ciągle posuwał się naprzód. W Grze zdarzało mu się wygrywać maratony. Mógłby przetrwać jeszcze przez jakiś czas, jeśliby się o to starał. Gdyby tak odnalazł Czarnego Adepta, unieszkodliwił go i uciekł… Może lepiej byłoby, żeby go zabił, skoro Adept skazał Stile’a na śmierć? Nie, nie chciał zabójstwa; potwory to co innego, ale Adept był człowiekiem. Stile pragnął tylko ominąć Adepta, wydostać się za barierę i uciec.
Czy ta wewnętrzna decyzja powstrzymująca go od zabicia wroga czymś różniła go od Adeptów? Czy mogło to służyć dowodem, że władza nie skorumpowałaby go tak dogłębnie, jak innych? Taką miał nadzieję.
Dziwne, że w całym tym ponurym zamku nie było jedzenia. Czyżby Czarny Adept nie jadał? Prawdopodobnie jego zapasy schowane były w jakichś magazynach, które oczywiście musiały znajdować się poza barierą. Rodziło to nowe przypuszczenia. Skoro Czarny Adept nie umiał tworzyć rzeczy z niczego, musiał skądś brać żywność. Nie mógł więc żyć w zupełnym osamotnieniu. Jego swobodny sposób wypowiadania się sugerował to samo. Miewał kontakty z innymi; po prostu ich tylko unikał. Czy ci inni przychodzą czasem do zamku? Czy mogliby mu pomóc? Nie, to było mało prawdopodobne; Adept mógł zgromadzić zapasy na długi czas.
Stile poruszał się wolno, oszczędzając siły. Porzucił już niekończącą się kratę i próbował dotrzeć do centrum zamku, lecz teraz wszystkie wewnętrzne korytarze kończyły się ślepymi zaułkami; układ ścian był tu inny. Wiele dałby, by poznać metodę szybkiego analizowania przebiegu linii, ale zamek był na to zbyt skomplikowany. Na zrozumienie schematu budowli i znalezienie Adepta potrzebowałby więcej czasu, niż mu zostało. Żałował też, że nie ma dobrze tnącego narzędzia, którym mógłby przeciąć linię. Wtedy mógłby odciąć Adepta od zamku w dowolnym miejscu, odciąć go od przeszłości. Czy wszystko sprułoby się, tak samo jak smok? Nic jednak nie mógł zrobić. Sztylet nie mógł naruszyć materiału, równie twardego jak kamień. Z zewnętrznymi ścianami mogło się jeszcze udać, ale nie tutaj. Tylko diamentowe wiertło lub piła mogły tu coś pomóc, albo magia…
Nie! Cały dzień walczył ze sobą. W miarę, jak pogarszał się jego stan fizyczny, myśl o magii stawała się coraz bardziej natrętna i kusząca. Nie miało dla niego znaczenia, że nikt nie dowiedziałby się, że wyczarował maleńką filiżankę wody; przysięga była przysięgą. Mógł oddać ducha, nie tracąc przynajmniej poczucia godności. Tego Czarny Adept nie był go w stanie pozbawić.
Nadciągnęła kolejna noc. Stile ułożył się do snu, ale nie mógł zasnąć. Nie chciał tak spokojnie poddać się śmierci. Do tej pory unikał grania na harmonijce, gdyż zbyt związane to było z magią. Czary mogły przecież spełniać się za pomocą samej muzyki, nawet jeśli nie wypowiedział zaklęcia. Siodło na przykład pojawiło się, gdy grał, wyczarowane podświadomym życzeniem. Lecz cóż złego było w odrobinie muzyki, jeśli nie będzie łączył jej z magią? Muzyka przypominała mu Tune. Teraz, gdy jego życie dobiegało końca, chciał myśleć tylko o niej.
Zagrał. Muzyka wypełniała korytarze, komnaty i zakamarki zamku, odbijając się harmonijnie o ściany. Grał i jednocześnie słuchał; melodia była nieskończenie piękna. Panował całkowicie nad instrumentem, grając tak, jak mu dyktowało serce. Zjednoczył się z dźwiękami, dając wyraz swoim uczuciom. Może była to jego łabędzia pieśń, ostatni gest’? Mimo wszystko nie był to najgorszy sposób odejścia.
W końcu odłożył harmonijkę i usnął. Tym razem sen miał spokojny, tak jakby post uwolnił go od doczesnych zmartwień. Obudziło go głuche warczenie. Stile uchylił powieki, ale nawet nie drgnął. Pamiętał, gdzie położył rapier; musiał tylko zlokalizować zwierzę i zadecydować, czy warto walczyć. Po co zamieniać szybką śmierć na powolną?
Wtedy w ciemnościach usłyszał cichy głos: — Stile.
— Kurrelgyre! — powiedział. Przycisnął twarz do krat, by być bliżej. — Grozi ci tu niebezpieczeństwo!
— Neysa odwiedziła Wyrocznię — szepnął wilkołak. Usłyszała słowo: „Zasłona”. Nie zrozumiała o co chodzi, ale ja tak — Obwąchałem zamek dookoła. Jeden z narożników przecina zasłonę. Chodź za mną.