Выбрать главу

Zasłona! Oczywiście! Tylko, że…

— Nie mogę tego zrobić; przysięgałem odrzucić magię. Żeby przejść przez zasłonę, konieczne jest zaklęcie — powiedział stanowczo.

— Dotrzymałeś przysięgi. Mógłbyś już dawno uciec, gdyby było inaczej. Nie lękaj się; przeprowadzę cię przez nią. Stile, uspokojony, poszedł za wilkołakiem, wędrującym po drugiej stronie kraty.

A więc Neysa poświęciła dla niego swoje jedyne pytanie, jakie mogła zadać Wyroczni! Nigdy by jej o to nie poprosił, ale teraz przyjmował ten gest z wdzięcznością.

Wydawało się, że droga do zasłony zajęła im tylko chwilę. Najwyraźniej Czarny Adept nie był świadomy jej istnienia na terenie zamku. Sugerowałoby to, że żył w obu światach i nie mógł ani dostrzec, ani przekroczyć zasłony.

— Będziemy czekać na ciebie przy pałacu Wyroczni — powiedział Kurrelgyre, gdy zbliżyli się do migocącej ściany — Pamiętaj o zaufaniu, jakim obdarzyła cię Neysa, pozwalając, byś opuścił nasz świat. Nie wiem, jak długo będzie trwało, zanim…

Wilkołak rzucił zaklęcie. Stile znalazł się po drugiej stronie zasłony.

Rozdział 13

SZCZEBLE

Stile wylądował poza kopułą. Oddychał ciężko. Bez maski tlenowej mógł wytrzymać najwyżej trzydzieści minut.

Ograniczony zapas tlenu w atmosferze Protona był jeszcze umniejszany na potrzeby kopuł, a skażenie powietrza zwiększały odpady po szkodliwych procesach przemysłowych. Uświadomił sobie po raz pierwszy w życiu, że pozbawiona życia powierzchnia Protona, to rezultat działalności człowieka. Gdyby nie nadeszła era maszyn, atmosfera planety przypominałaby Phase. Cywilizacja zamieniła niebiańską planetę w piekło.

Na szczęście od kopuły dzieliło go zaledwie pięć minut drogi. Widział ją wyraźnie, gdyż iluminacja prześwitywała przez pole siłowe, rzucając blask na pustynną równinę.

Stile, którego zmęczenie trochę ustąpiło pod wpływem snu i szoku wywołanego nocnym zimnem, ruszył dziarskim krokiem, otulając się szczelniej ubraniem. Dopóki oddychał ostrożnie, powietrze nie drażniło mu płuc, lecz bieg mógł skończyć się tragicznie. Ubranie powinno go osłonić…

Ubranie! Nie mógł go tu nosić! Był przecież niewolnikiem. Będzie musiał pozbyć się go przed wejściem do kopuły. Może zdoła je odzyskać przed powrotem na Phase? Nie mógł jednak wracać tą samą drogą, gdyż znalazłby się z powrotem w więzieniu Czarnego .Adepta. A więc musi zaryzykować i wnieść odzież do środka.

Dotarł do kopuły. Była mała, prawdopodobnie stanowiła prywatną posiadłość jakiegoś Obywatela. Pojawienie się w takim miejscu bez zaproszenia wróżyło kłopoty, ale nie miał wyboru. Im krócej będzie wystawiony na warunki zewnętrzne, tym dla niego lepiej. Zdjął ubranie, zawinął w nie buty i wszedł.

W jednej chwili otoczyło go światło i miłe ciepło. Był to ogród tropikalny, bardzo popularny w rezydencjach Obywateli. Ich gustom widać nie odpowiadała pustynia, będąca rezultatem planetarnej gospodarki.

Gąszcz egzotycznych palm wyrastał nad kakaową mierzwę. Nie było tu nikogo. Jeśli będzie miał szczęście, uda mu się przejść niezauważenie…

Niestety. Czujny ogrodnik zatrzymał go, zanim zdążył zrobić dwadzieścia kroków.

— Stój, intruzie. Nie jesteś stąd.

— Ja… przyszedłem z zewnątrz. Zabłądziłem.

W tej sytuacji Stile nie mógł pozwolić sobie na mówienie prawdy, a nie chciał kłamać.

— Musiałem wejść. Inaczej umarłbym.

— I tak wyglądasz na ledwo żywego — zgodził się niewolnik.

Podszedł do nich pospiesznie jeszcze jeden służący.

— Jestem tu starszym ogrodnikiem. Kim jesteś? Co robiłeś na zewnątrz bez wyposażenia? Co tam chowasz? Zachowywał się naprawdę jak nadzorca.

— Nazywam się Stile; jestem chwilowo bezrobotny, kiedyś byłem dżokejem. Myślałem, że moje życie znalazło się w niebezpieczeństwie, więc próbowałem się ukryć, ale… tam na zewnątrz jest zupełnie inny świat.

— Do diabła, to prawda. Chciałeś popełnić samobójstwo’? — Nie, lecz i tak o mało co nie umarłem. Przez dwa dni nic nie jadłem i nie piłem.

Starszy ogrodnik puścił tę uwagę mimo uszu.

— Pytałem, co niesiesz’?

— W zawiniątku mam… średniowieczny ziemski kostium. Myślałem, że ułatwi mi życie, w tym drugim świecie.

Z etycznego punktu widzenia to, co powiedział, nie wyglądało najlepiej i nie podobało mu się, ale patrząc z drugiej strony, czy taka półprawda nie objaśniała sytuacji lepiej, niż uczyniłaby to cała prawda? Jaki niewolnik uwierzyłby w opowieść o magicznym świecie?

Nadzorca wziął zawiniątko i rozpostarł je na ziemi. Harmonijka ?

Stile w milczeniu rozłożył ręce. Znalazł się teraz w sytuacji, gdzie wszystko, co mógł powiedzieć wydawałoby się kłamstwem, nawet prawda. Nagle Phase stała się dla niego tylko wytworem wyobraźni, rodzajem halucynacji, której mógłby doznać człowiek wystawiony na działanie gazowych zanieczyszczeń i niedostatku tlenu. W przeszłości ludzie sami poddawali się podobnym próbom — rytuałom inicjacyjnym — wywołującym wizje. Co naprawdę się z nim działo’?

— Będę musiał zawiadomić Obywatela — oznajmił nadzorca.

Nadzieje Stile’a rozwiały się; znalazł się w kłopotach. Gdyby tylko nadzorca kazał mu przejść do pomieszczeń dla służby…

— Panie! — zawołał nadzorca.

— O co chodzi, ogrodniku? — odparł dziwnie znajomy głos Obywatela.

— Panie, jakiś intruz wtargnął do środka, niosąc ze sobą średniowieczny ziemski kostium, rapier i instrument muzyczny.

— Przyprowadź go do przekaźnika! — rozkazał Obywatel.

Na dźwięk tego głosu Stile’em wstrząsnął zimny dreszcz. Gdzie go już słyszał?

Nadzorca zaprowadził Stile’a do budki z przekaźnikiem hologramów.

Stile był brudny i podrapany, cierpiał z głodu i pragnienia; czuł że wygląda okropnie.

— Imię — warknął Obywatel. — Stile, panie.

Nastąpiła chwila ciszy. Obywatel widocznie sprawdzał skomputeryzowany spis niewolników.

— Dżokej i uczestnik Gry? — Tak, panie.

— Zagraj.

Starszy ogrodnik szybko odnalazł harmonijkę i wepchnął ją Stile’owi do ręki. Stile podniósł ją do ust. Był to sprawdzian jego tożsamości; oszust prawdopodobnie nie umiałby się nią posłużyć. Wydobył kilka dźwięków i wczuł się w piękno powstającej muzyki.

— Wystarczy, Stile — przerwał mu Obywatel, obojętny na tego rodzaju doznania estetyczne. — Twój obecny pracodawca ręczy za ciebie. Zaczekaj tu, aż przyjedzie po ciebie jego przedstawiciel.

Jego obecny pracodawca? Cóż to mogło oznaczać? Stile zamilkł i o nic więcej już go nie pytano. Podszedł do ogrodnika, który oddał mu resztę jego rzeczy.

Nagle Stile przypomniał sobie, do kogo należał usłyszany przed chwilą głos: do Czarnego Adepta! Był to więc protoński odpowiednik złowrogiego czarodzieja, sobowtór nic nie wiedzący o alternatywnym świecie. Miało to sens — kopuła położona była bardzo blisko Czarnego Zamku. Przypuszczenia Stile’a o związku pomiędzy Adeptami i Obywatelami potwierdziły się. Czy ten człowiek miał jakiekolwiek powody, by podejrzewać…

Stile odetchnął z ulgą. Obywatel na pewno nie będzie przejmował się zabłąkanym sługą, skoro inny zdejmował mu ten problem z głowy. Teraz Stile będzie musiał tłumaczyć się nowemu właścicielowi, a nie temu tutaj. Gdyby zaginął jeden z niewolników Obywatela — Czarnego Adepta, inni postąpili by podobnie.