Stile wolałby tego nie słyszeć. Już mu się prawie wydawało, że jego wzrost nie ma na Phase znaczenia. Płonne marzenie! — Nigdy nie oceniałem wartości ludzi na podstawie ich rozmiarów — odparł Stile. — Karzeł jest przecież człowiekiem.
— Oczywiście — zgodził się Kurrelgyre wyraźnie zawstydzony.
Weszli do pałacu Wyroczni.
— Za niecałą dobę muszę wrócić na Protona — oznajmił Stile.
Neysa zesztywniała.
— Wrócić? — zapytał Kurrelgyre. — Jak zrozumiałem, to nie masz waćpan tam żadnych zobowiązań? Tylko konieczność ucieczki z Czarnego Królestwa…
— Jest tam kobieta — oświadczył Stile — która ukrywała moją nieobecność na Protonie. Zgodziłem się wystąpić w tegorocznym Turnieju, aby uratować jej honor. Tak więc prawdopodobnie mój pobyt na Protonie będzie krótki.
— Turniej? Czy waść masz nadzieję wygrać?
— Raczej w to wątpię — powiedział poważnie Stile. Planowałem wystąpić za dwa lata, kiedy część najlepszych graczy już odejdzie, a ja będę u szczytu formy. Nawet wtedy moje szanse byłyby niewielkie. Trudno jest wygrać dziesięć czy dwanaście kolejnych gier, mając przeciwko sobie świetnych przeciwników. Oceniam moje szanse jak jeden do dziesięciu, biorąc pod uwagę, że przy braku szczęścia mogę przegrać nawet ze słabszym.
Neysa zagwizdała pytająco na rogu.
— Dobrze, niech będzie, jak jeden do dwunastu. Nie miałem zamiaru się przechwalać.
— Klaczka chciała wiedzieć, co waść zamierzasz zrobić w wypadku wygrania Turnieju — wyjaśnił wilkołak. Skoro będziesz waść wtedy Obywatelem ze stałym prawem pobytu, to porzucenie Protona nie będzie koniecznością.
Stile zastanowił się przelotnie, w jaki sposób wilkołak zdążył poznać Neysę na tyle dobrze, że mógł tłumaczyć jej muzykę? Przecież znali się zaledwie kilka dni. Może zmieniające postacie stworzenia miały jakieś naturalne sposoby porozumiewania się?
— Władza i swoboda Obywatela są praktycznie nieograniczone — odrzekł. — Nic nie będzie zmuszało mnie do wybierania między dwoma równoległymi światami. Polubiłem jednak Phase; myślę, że będę spędzać tu wiele czasu. Dużo zależy oczywiście od sytuacji. Gdybym okazał się kimś równie złym jak Czarny Adept, to sądzę, że wolałbym tu nie mieszkać. Obywatel, który był sobowtórem Czarnego Adepta, na Protonie nie wydawał się być złym człowiekiem. Może to tylko absolutna władza na Phase doprowadzała do takiej degeneracji; władza będąca poza zasięgiem któregokolwiek z Obywateli? Jakim człowiekiem stałbym się jako Adept, mający domy w obu światach i możliwość swobodnego przenoszenia się pomiędzy nimi?
— To uczciwa odpowiedź — powiedział Kurrelgyre. — Jeśli musisz waćpan wrócić nie później niż jutro, by wziąć udział w Grze, to tylko Żółty Adept znajduje się na tyle blisko, byśmy mogli sprawdzić go bez użycia magii. Może jednak lepiej przerwać te poszukiwania, poprzestając na tym, cośmy już uzyskali?
— Nie, mam tu śmiertelnego wroga — sprzeciwił się Stile. — On prawdopodobnie wie, kim jestem. Jeśli dowiem się, jaki jest mój status na Phase, wtedy może poznam także jego naturę. Wówczas będę mógł zapewnić sobie bezpieczeństwo. Jak sądzę, mój sobowtór o tym nie pomyślał.
— Rzekłeś waść jak prawdziwy wilkołak — powiedział z aprobatą Kurrelgyre.
Neysa westchnęła: wyglądało na to, że się z nim nie zgadzała, lecz milczała. Człowiek zawsze pozostanie człowiekiem — sugerowała jej mina.
— Neysa, chciałbym być całkowicie szczery — zaczął Stile, czując potrzebę usprawiedliwienia się. — Lubię Phase, ciebie też bardzo polubiłem, ale to nie jest tak naprawdę mój świat. Nawet gdyby nie zagrażało mi tu żadne niebezpieczeństwo, nie mógłbym się zobowiązać, że pozostanę. Musiałbym wiedzieć, że moja obecność służy w jakiś sposób dobru tego świata; że czeka mnie tu jakieś zadanie, coś, co trzeba koniecznie zrobić, czego tylko ja potrafiłbym dokonać. Jeżeli bardziej potrzebować mnie będą na Protonie…
Neysa znowu zagrała na rogu.
— Pyta się, czy nie byłbyś waść nastawiony bardziej pozytywnie, gdyby zwolniła cię z przysięgi — przetłumaczy wilkołak.
Stile zamyślił się. Rozumiał, że zwolnienie z przysięgi oddaliłoby go, mniej lub bardziej jawnie, od Neysy. Tylko wyrzeczenie się magii sprawiało, że ich wzajemne stosunki mogły pozostawać takie jak dawniej.
— Nie, chcę tylko dowiedzieć się, kim jestem. Jeżeli nic będę mógł przeżyć bez używania magii, to lepiej będzie że bym tu nie pozostawał. Nie chciałbym stać się kimś takim jak Czarny Adept. Wszystko, czego mi trzeba, to kogoś, kto użyje zaklęcia, aby przeprowadzić mnie przez zasłonę. Po Turnieju wrócę, by rzucić okiem na kolejnego Adepta. Chciałbym uregulować swoje sprawy w obu równoległych światach Tylko wtedy moja sytuacja pozwoli mi podjąć właściwą decyzję co do miejsca stałego pobytu.
— Przeprowadzę cię, waść, przez zasłonę — obieca Kurrelgyre. — A nawet, by nie narażać cię bez potrzeby na niebezpieczeństwo, sam obejrzę Żółtego Adepta i wrócę z nowinami. Sądzę, że teraz potrafię rozpoznać twojego sobowtóra, jeśli go napotkam.
— Nie ma żadnego powodu, byś się dla mnie narażał zaprotestował Stile.
— Nie ma też żadnego powodu, bym narzucał wam moje towarzystwo, tym bardziej, że klaczka chce porozmawiać z tobą sam na sam — stwierdził Kurrelgyre i przemieniwszy się nagle w wilka, ruszył na północ:.
— Do diabła, nie mogę zgodzić się, by inni spełniali za mnie moją misję — zdenerwował się Stile. — Muszę biec za nim, powstrzymać go…
Lecz wilk, biegnąc z prędkością właściwą jego gatunkowi, znalazł się już poza zasięgiem głosu. Możliwe, że Neysa mogłaby go dogonić, choć przyszłoby jej to niełatwo.
Stile zdawał sobie sprawę, że Kurrelgyre chciał wyświadczyć mu przysługę, chroniąc go przed ryzykiem i zostawiając go z Neysą sam na sam. Nie mógł jednak się na to zgodzić. Chodziło tu o zasadę, iż każdy powinien odpowiadać za swoje czyny.
Jednorożec odczytał jego myśli. Zaczęli przemieszczać się na północ.
— Dziękuję, Neyso — powiedział. — Wiedziałem, że mnie zrozumiesz. A jak radzisz sobie z wilkołakiem? — dodał po namyśle.
Zagwizdała wymijająco.
— Cieszy mnie to — odparł Stile. Pochylił się i objął ją za szyję.
Neysa przyspieszyła i przeszła w galop.
— Nie potrafię wyobrazić sobie lepszego sposobu spędzenia życia, niż galopowanie z tobą przez te pustkowia zauważył Stile. — Brakuje mi tylko…
Jej muzyka była teraz pytaniem.
— Dobrze wiesz, Neyso, że lubię muzykę — odezwał się łagodnie — ale skoro ustaliliśmy już, że związana jest z magią, nie odważyłbym się zagrać.
Tym razem jej gwizd był całkowicie zrozumiały: — Graj !
— Mogę sprowadzić tutaj tę magiczną siłę — zaprotestował. — Nie mam zamiaru złamać przysięgi. Grałem trochę, kiedy byłem sam w Czarnym Zamku, ale teraz nie jestem sam i nie chciałbym, żebyś się na mnie gniewała.
— Graj! — powtórzyła z naciskiem.
— Zgoda. Żadnych zaklęć, sama muzyka.
— Wyciągnął harmonijkę i zaimprowizował melodię w rytmie jej kroków. Neysa zagrała melodyjnie na rogu. Duet wyszedł im pięknie. Magiczne pole zaczęło się wokół nich zagęszczać, doganiać ich, ale teraz, gdy zrozumiał to zjawisko, przestał się obawiać. Była to tylko potencjalna magia, chyba, że zacząłby jej używać, a tego nie miał zamiaru robić.