Grał przez około godzinę. Powoli poznawał wszystkie możliwości instrumentu i posługiwał się nim tak, jak jeszcze nigdy w życiu. Była to jedyna w swoim rodzaju radość.
W pewnej chwili Neysa uniosła głowę, łapiąc nozdrzami wiatr. Wyglądała na zaniepokojoną.
— Co się stało? — zapytał Stile, odkładając harmonijkę. Jednorożec niepewnie pokręcił głową. Zwolnił, odwracając się raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby czegoś szukał. Wreszcie ruszył ponownie na północ. Było w tym coś niepokojącego, a chód klaczy wydawał się nienaturalny.
— Czy dobrze się czujesz? — spytał zaniepokojony Stile. Neysa nie odpowiadała, więc wyciągnął harmonijkę i znowu zaczął grać. Tym razem Neysa wydała z siebie ostry dźwięk protestu. Stile, urażony, odłożył instrument.
Sądził, że Neysa po jakimś czasie odpręży się, ale tak się nie stało. Jej chód stał się mechaniczny, zupełnie niepodobny do normalnego.
— Neysa, jeszcze raz się pytam, czy coś się stało? Zignorowała go. Wydawała się być w transie. Zaniepokojony, Stile szarpnął ją za grzywę.
— Coś jest nie tak. Nalegam…
Gwałtownie opuściła łeb i wierzgnęła bez żadnego ostrzeżenia. Stile był zbyt doświadczonym jeźdźcem, by dać sil zaskoczyć. Utrzymał się w siodle, a potem, gdy już uspokoiła się, zeskoczył na ziemię.
— Neysa, jesteś najwyraźniej pod wpływem jakiego przymusu. Nie wiem co to jest, lecz skoro zbliżamy się do siedziby Żółtego Adepta, to podejrzewam, że ma to jakiś związek. Z jakiegoś powodu ten nakaz mnie nie dotyczy. Daj mi skarpetki, a będę towarzyszył ci w przebraniu.
Zatrzymała się, waląc ze złością ogonem, lecz pozwoliła mu zdjąć skarpetki i pomaszerowali dalej.
Stile towarzyszył jej, starając się naśladować jej chód. Jeśli coś przyzywało jednorożce, to on chciał przypominać schwytane zwierzę tak bardzo, jak to było tylko możliwe, przynajmniej dopóki nie zapozna się bliżej z sytuacją. Zapach tojadu wciąż dodawał mu sił. Stile gotów był na wszystko i zdążył już zapomnieć o swych niedawnych cierpieniach spowodowanych głodem i pragnieniem.
A jeśli Neysa uległa zaklęciu rzuconemu przez Żółtego Adepta…?
Wkrótce ich oczom ukazała się jego siedziba. Oczywiście była żółtego koloru. Żółty piasek formował się w żółte wydmy, a słońce rzucało żółte promienie przez żółtą mgłę, zasłaniającą domostwo. Neysa weszła prosto we mgłę.
Zamek Adepta, z częściowo zawalonym dachem, wybitymi oknami i chwastami porastającymi gęsto mury obronne, przypominał ruinę. Za domem widać było wysokie ogrodzenie z kutego żelaza, pożółkłe od rdzy i zarośnięte chorowicie wyglądającym dzikim winem o pożółkłych liściach. Nie wyglądało to zachęcająco.
Neysa podeszła prosto do domu i Stile z konieczności podążył za nią. Żółty Adept nie budził jego sympatii. Stile żywił nadzieję, że czarownik żyje. Mógłby być wtedy pewny, że nie jest jego sobowtórem. Tym razem nie będzie na tyle głupi, by otwarcie wyzwać Adepta; przyjrzy się tylko i odejdzie.
Były jednak pewne problemy. Pierwszy wiązał się z tym, że Neysa była w hipnotycznym transie i należało ją od tego uwolnić, a drugi polegał na tym, że Kurrelgyre miał wystarczająco dużo czasu, by rozejrzeć się i opuścić już ten teren, czego nie uczynił. To sugerowało, że został schwytany. Uwolnienie go z rąk Adepta mogło nie być łatwe.
Neysa podeszła do drzwi kołyszących się na zardzewiałych zawiasach. Weszła do środka. Stile posuwał się tuż z nią. Szli zakurzonym korytarzem. Nagle potężna krata spadająca pionowo z sufitu rozdzieliła przybyszów.
O nie! Tylko nie to! Stile rzucił się do tyłu, lecz kolejna krata opadła tuż za nim. Po chwili oboje znaleźli się w klatkach Rozległ się niemiły dla ucha ostry śmiech:
— Chi, chi! Teraz dwa śliczne jednorożce, a wcześnie wilk! Co za cudowny dzień! — ktoś krzyknął radośnie. Wyciągnij ich stamtąd, mój drogi Corey! Obejrzyjmy nasz zdobycz!
Coś ogromnego pojawiło się na samym końcu korytarza tuż za zakrętem. Klatka Neysy przesunęła się do przodu, ciągnięta bez trudu przez olbrzymi kształt.
Po chwili ta sama istota przyszła zająć się klatką Stile’a Ujrzał zad różowego słonia. Krótki ogon owinął się wokół przednich prętów i stworzenie zaczęło iść, ciągnąc za sobą klatkę.
Stile rozważył możliwość wysunięcia pomiędzy prętami rapiera i wbicia go w tłusty, różowy tyłek albo odcięcia ogon ostrzem. To jednak nie uwolni go z klatki, natomiast rozgniewa słonia, nie czyniąc mu przy tym większej szkody. Lepie więc poczekać.
Po chwili znaleźli się na ogrodzonym placyku. Dookoła stały liczne klatki, tak jak w staroświeckim zoo. Stile rozpoznał gryfa — zwierzę z ciałem lwa, a głową i skrzydłami orła — zajmującego klatkę naprzeciwko. Nie była to żadna wspaniała, heraldyczna bestia, lecz smutne, obszarpane i przy brudzone stworzenie z opadającymi skrzydłami i szklistym wzrokiem. I nie było w tym nic zdumiewającego. Klatka był zbyt mała, by gryf mógł rozpostrzeć skrzydła. Nie było te specjalnego miejsca na odchody. Nic więc dziwnego, że piór i futro gryfa były brudne, a w powietrzu unosił się przykry zapach.
Uwagę Stile’a zwróciła właścicielka tego zwierzyńca stara kobieta odziana w spłowiałą żółtą szatę. z rzadkimi żółtymi włosami i żółtawą cerą. Prawdziwa stara wiedźma!
— Jaki śliczny okaz! — zachichotała starucha, wdzięcząc się wokół klatki Neysy.
Neysa zaczęła wychodzić ze stanu oszołomienia; nastawiła uszu, a gdy stara podeszła, stuliła je ze wstrętem.
— I jeszcze ten — ciągnęła Adeptka, oglądając Stile’a. — Biały ogier! Nielichy grosik mi przyniesiesz, pięknisiu. Okrążyła klatkę, oceniając chytrym spojrzeniem jego przebranie.
— Doprawdy, mój skarbie! Biel to kolor, o którym wprost marzą na rynku! Będę musiała wysłać Wronią Łapkę z nowinami — mówiła ni to do siebie, ni to do niego.
Zadowolona pokuśtykała do domu.
Stile ponownie zajął się oględzinami placyku. Z, tyłu, za klatką Neysy spostrzegł Kurrelgyre’a, który pilnie się w niego wpatrywał. Wilkołak powoli pokręcił głową. Znów wpadli w nieliche kłopoty!
Pozostałe klatki zawierały: małego sfinksa, trzygłowego psa, bazyliszka i kilka stworzeń, których nie udało się Stile’owi zidentyfikować. Wszystkie były wynędzniałe i brudne; wiedźma nie dbała o zwierzęta i nie sprzątała klatek. Karmiła je jednak, gdyż obok każdej stały naczynia z wodą i jedzeniem.
Stile zbadał swoje więzienie. Kraty były żółtawe, podobnie jak całe to miejsce i nieco lśniły. Wyglądało to tak, jakby metal posmarowany został jakimś tłuszczem w daremnej próbie nadania mu wyglądu złota. Stile spróbował wyrwać jeden z prętów, ale ten trzymał się jak przyspawany. Drzwi były mocno zamknięte.
Pręty w klatce były dość rzadkie i nawet niewielkie ich odgięcie pozwoliłoby mu się uwolnić. Stile wybrał najdłuższe pręty znajdujące się w dachu klatki, wyciągnął rapier i spróbował ostrożnie wykorzystać go jako dźwignię. Nie chciał złamać broni, a nie wiedział, jak bardzo jest wytrzymała. Po kilku bezskutecznych próbach odłożył rapier. Podskoczył, opad nogi na jednym z prętów, rękami złapał za następny i ciągnął tak, jakby podnosił ogromny ciężar. Z niemałym trudem rozgiął je nieco. Kiedy mięśnie odmówiły mu już posłuszeństwa, otwór między prętami był tylko odrobinę większy, ale to musiało wystarczyć.
Zeskoczył na dno klatki i zobaczył, że stał się obiektem sporego zainteresowania. Wciąż jeszcze miał na sobie prze branie jednorożca, więc widok musiał być nielichy — koniokształtna postać przywarta do górnych prętów klatki. Ni powstrzymało go to jednak. Musiał zrobić, co tylko mógł zanim powróci wiedźma.