Выбрать главу

Podciągnął się jeszcze raz do góry, wysunął stopy pomiędzy rozepchniętymi prętami i przecisnął ciało przez kratę; z głową miał największy kłopot, obtarł trochę uszy, ale udało się. Był wolny !!…

Cicho zsunął się w dół, a uwięzione zwierzęta obserwowały dziwne manewry niezwykłego jednorożca. Nie miał zamiaru zdradzić go przed czarownicą. Konspiracyjne milczenie było jedyną bronią, jaką posiadały.

Stile podszedł do klatki, w której uwięziony był Kurrelgyre.

— Potrzeba mi szybko informacji — powiedział. Może wiesz, w jaki sposób mogę uwolnić ciebie, Neysę i pozostałych? Te grube pręty są zbyt mocne, jak na moje siły.

Wilkołak przeistoczył się w człowieka, zbyt potężnie zbudowanego, by mógł przecisnąć się przez kraty.

— Wzrost waści okazał się wielce fortunny. Tylko Neysa mogłaby powtórzyć twój wyczyn, lecz czary tak ją oszołomiły, że nie może zmieniać postaci. Ziele tojadu mogłoby je dopomóc, lecz nie odważyłbym się podać jej tego lekarstw dopóki pozostaje w zwierzęcej postaci. Znaleźliśmy się v impasie. Ratuj się waść sam, nie możesz nas ocalić.

— Jeśli odejdę, to tylko po to, by szukać dla was pomocy tak jak wy to uczyniliście przedtem. Może mógłbym jako pokonać czarownicę?

— Tylko wtedy, jeśli udałoby ci się zabić ją z zaskoczenia jednym cięciem miecza. Inaczej zdążyłaby rzucić zaklęcie i zniszczyć waćpana.

— Nie chcę jej zabijać — stwierdził Stile. — Morderstwo nie jest właściwym sposobem rozwiązywania problemów. Chcę ją tylko unieszkodliwić i uwolnić tych biednych więźniów.

Kurrelgyre smętnie pokiwał głową.

— Nie możesz waść uczciwie pokonać Adepta innym sposobem, jak tylko za pomocą magii — powiedział.

— Nigdy. Przysięgłem…

— Kiedy nie złamałeś waść swej przysięgi, by wyzwolić się z rąk Czarnego Adepta, wiedziałem, że wierny jesteś swemu słowu. Niczego innego nie oczekiwałem i tutaj, w Żółtym Królestwie. Jednak teraz nie twe życie pozostaje w niebezpieczeństwie, lecz Neysy. Wiedźma sprzeda ją innemu Adeptowi…

— Dlaczego Adepci kupują takie stworzenia zamiast wyczarować je za pomocą zaklęcia? — zainteresował się Stile. — Ponieważ pewne zaklęcia trudniejsze są od innych.

Adept może łatwo wyczarować tuzin potworów, ale nie zwierzę. Do tego potrzeba specjalnych umiejętności. Z tego powodu Adepci trzymają schwytane zwierzęta w klatkach i przygotowują zaklęcia, które mają je…

— Zaczynam rozumieć. Być Adeptem, to znaczy budować więzienia, w których cierpią inni, a Żółta Adeptka dba, by nie zabrakło im ofiar i chwyta pożądane stworzenia. Podejrzewam też, że łapie również dzikie ptactwo i sprzedaje jajka Czarnemu Adeptowi; w końcu on musi coś jeść. Może płaci jej mocnymi klatkami ze swych czarnych linii — prętów, a ona maluje je na żółto? Jak przyzywa swoje nieszczęsne ofiary? Neysa była przecież jak w transie hipnotycznym.

— Zdążyłem się dowiedzieć, że magia Żółtej Adeptki ukryta jest w wywarach, które sama przyrządza — poinformował Stile’a wilkołak. — Przygotowuje je w ogromnym kotle, a ich opary hipnotyzują zwierzęta i przyciągają tu, by mogła zamknąć je w klatkach. Mogłaby również odurzać nimi ludzi, lecz nie czyni tego, obawiając się, że zjednoczą swe siły i zniszczą ją.

— Rozumiem.

Stile podszedł do Neysy.

— Czy zwolnisz mnie z przysięgi? — zapytał. — Obawiam się, że bez tego twój los pozostanie w rękach wiedźmy Neysa, choć była oszołomiona wywarem czarownicy, to nie na tyle, by zapomnieć o swej nienawiści do magii Adeptów. Pokręciła przecząco głową. Nie pozwoli, by ich czar, przywróciły jej wolność.

— Neysa, odpowiedz — prosił Stile. — Możesz. te zmienić się w świetlika i te kraty nie zdołają zatrzymać cię. W odpowiedzi Neysa opuściła nisko głowę i przymknęła oczy. Wysiłek woli potrzebny do przemiany postaci przekraczał jej obecne siły.

— A gdybyś przybrała ludzką postać? Wtedy napar prze stałby na ciebie działać… — podsunął jej kolejną propozycję. Z pobliskiej klatki dobiegło głuche warczenie. Kurrelgyre nerwowo uniósł głowę.

— Uwaga! Nadchodzi wiedźma!

Stile jednym susem znalazł się przy klatce wilkołaka i olśniony nowym pomysłem zdjął skarpetki.

— Zakładaj — wyszeptał, wciskając je przez kraty klatki Kurrelgyre.

— To też weź.

Podał mu rapier wraz z pasem.

— Wiedźma pomyśli…

— Domyślam się.

W jednej chwili w klatce pojawiła się sylwetka białego jednorożca. Broń zniknęła pod przebraniem.

— Tylko pamiętaj — upomniał Stile’a Kurrelgyre nie wolno ci pić ani jeść niczego, co ci zaoferuje. Jej napary.

— Aha — przypomniał sobie Stile — czy Neysa coś piła?

Zanim wilkołak zdążył odpowiedzieć, pojawiła się Żółta Adeptka. Neysa, tak jak większość koni, piła zawsze, kiedy tylko miała taką możliwość i mogła zrobić to automatycznie kiedy jeszcze była pod wpływem przyzywającego oparu. To wyjaśniało, dlaczego nie czyniła żadnych wysiłków, by się uwolnić. Stile zrozumiał teraz, dlaczego inteligentniejsze zwierzęta odmawiały jedzenia. Kurrelgyre uniknął tej pułapki i pozostawał czujny, ale sytuacja wszystkich uwięzionych zwierząt była ponura, gdyż najwyraźniej żadne z nich nie miało tyle siły. by wyłamać pręty. W końcu będą musiały albo zdecydować się na jedzenie, albo głodować. Trudny wybór. Stile wciąż jeszcze pamiętał o swoim uwięzieniu w zamku Czarnego Adepta.

W czasie tych rozmyślań Stile nie pozostawał bezczynny. Przykucnął za klatką wilkołaka, próbując się ukryć. Rozumiał, że było głupotą wahać się przed zabiciem wiedźmy. Niewiele argumentów przemawiało na jej korzyść, a poza tym, na pewno z przyjemnością by go zniszczyła. Stile jednak nie potrafił z zimną krwią myśleć o zamordowaniu człowieka. Te narzucone przez cywilizację ograniczenia zobowiązywały go równie mocno, jak dana Neysie przysięga dotycząca magii. Zabić demona czy potwora był w stanie, ale nigdy człowieka.

— Ho…Ho! — wrzasnęła wiedźma. — Klatka jest pusta! Gdzie mój cenny biały ogier!?

Przyjrzała się dokładniej klatkom.

— Nie, ogier jest. To wilk zniknął. Przysięgłabym, że jego klatka stała…

Rzuciła gniewne spojrzenie w kierunku odległej strony placyku.

— Drogi Corey! — wrzasnęła. — Czy przestawiałeś klatki? Stile zerknął na różowego słonia. Stworzenie widziało wszystko, co zaszła; po której będzie stronie’? Jeżeli powie prawdę…

Słoń poczłapał wzdłuż klatek w kierunku czarownicy. Nagle machnął trąbą w bok, złapał Stile’a za kark i uniósł do góry. Zatrąbił.

— Doprawdy, mój drogi? — zaśmiała się starucha, bezmyślnie drapiąc brodawkę na nosie. — A więc to był wilkołak! Przemienił się w człowieka i przecisnął pomiędzy kratami.

Słoń zakwiczał, usiłując wyprowadzić ją z błędu.

— Och, zamknij się już, drogi Corey! — osadziła go krótko. — I cóż zrobimy z wilkołakiem? Chwilowo nie mam wystarczająco małej klatki. Jest bardzo drobny.

Przyjrzała się lepiej wiszącemu w powietrzu Stile’owi. — Wygląda na zdrowego i jest zupełnie przystojny, mój drogi. Może przyda się mojej córeczce. Potrzymaj go tak jeszcze przez chwilę, słodki Corey, przyślę zaraz dziewczynę.

Różowv słoń zachichotał. Potwory w klatkach spojrzały na siebie zdumione. Najwyraźniej po raz pierwszy słyszały o jakiejś córce. Co to musiał być za kocmołuch. Starucha kulejąc, szybko poszła do domu.

Stile pomyślał, że mógłby wykonać szybki przewrót w powietrzu i wylądować na grzbiecie słonia, lecz stworzenie wyglądało na duże i silne, a do tego wcale nie było głupie; mogło przygnieść go do drzewa. Gdyby miał broń… Rapier zostałby od razu spostrzeżony i Stile byłby zmuszony do walki. Już lepiej sprawiać wrażenie mniej lub bardziej bezbronnego, niż zostać oblanym jakimś magicznym płynem.