Nawet jeżeli Hulk nie zdobył koniecznej przewagi i Stile zaczął nadrabiać stratę, to i tak musi go nie tylko dogonić ale i minąć. Przed nimi było jeszcze jakieś trzydzieści kilo metrów. Czy da radę? Stracił przecież tyle sił.
Musi! Przyspieszył, zmuszając się do większego wysiłku.
Bolała go głowa, nogi miał jak z ołowiu i kłuło go przy każdym oddechu. Biegł jednak wytrwale.
Trasa wiła się przez kolejne kopuły o ciekawej, urozmaiconej scenerii, lecz Stile nie miał już siły na podziwianie. Jego otępiały mózg koncentrował się wyłącznie na wydawaniu poleceń nogom: podnieść — opuścić, podnieść — opuścić… opuścić… opuścić. Każdy krok wstrząsał całym jego ciałem. Czuł się coraz gorzej. Poddał się rytmowi biegu, słysząc kryjącą się za nim melodię. Przypominała stukot kopyt kłusującej Neysy. Nagle przez jego cierpienie przebił się słaby, cudowny dźwięk muzyki granej na rogu. Wydała mu się rozdzierająco piękna. Ból zamienił się w dziwny rodzaj radości.
Stuk — stuk — stuk. Zaczął podświadomie dobierać słowa do rytmu i melodii: Przyjaźń, przyjaźń, przyjaźń, przyjaźń. Przyjaźń na zawsze, na zawsze, na zawsze, na zawsze. Przyjaźń na zawsze połączy, połączy, połączy. Przyjaźń na zawsze połączy nas, nas, nas. Neysa była jego przyjacielem. Zaczął śpiewać w myślach ułożoną właśnie piosenkę, która przypominała mu linijkę jakiegoś wiersza: trójzgłoskowy tetrametr, albo cztery metryczne stopy, z których każda składa się z trzech sylab, z akcentem na trzeciej. Oczywiście nie było to doskonałe, każdej stopie czegoś brakowało, ale uważał, że dokładne trzymanie się metrum miało w sobie coś sztucznego, forma uniemożliwiała naturalność wiersza. Prawdziwa poezja zawsze jest naturalna. Najlepsze, w jego mniemaniu, były wiersze akcentowane, w których prawidła rymowania ograniczały się do określenia liczby akcentów w każdej linijce. Stile, w swoich poetyckich usiłowaniach, odrzucił sztuczność rymu; treść i stopa stanowiły podstawę jego prób. Pamiętał jednak, że w fantastycznym świecie Phase jego własna magia realizowała się przy pomocy rymów. Przyjaźń z jednorożcem…
Nagle jego mózg zaczął normalnie działać i Stile poczuł, jak rozjaśnia mu się w głowie. Neysa? A co z Sheen? Znajdował się teraz w jej świecie°. To przecież Sheen przysłała mu tlen!
Znowu poczuł beznadziejną frustrację. Niski mężczyzna musiał zadowalać się tym, czym mógł, nawet jeśli były to tylko maszyny i zwierzęta, zamiast prawdziwych kobiet.
Zalała go nagle fala gniewu, skierowanego przeciwko samemu sobie; a co jest złego w zwierzętach i robotach? Sheen i Neysa to najlepsze istoty rodzaju żeńskiego, jakie znał! Kochał się z nimi, ale nie o to tu chodziło; Sheen i Neysa stanęły u jego boku, kiedy najbardziej ich potrzebował. Obie były mu bliskie!
A jednak nie mógł ożenić się z żadną. Nie chodziło mu o prawo, ale o jego własne odczucia: przyjaźnić mógł się z każdą, lecz ożenić tylko z prawdziwą kobietą. I w ten sposób skazany był na samotność, bo żadna kobieta warta miłości nie chciałaby karła.
Znowu dotarł do nieusuwalnego sedna swoich problemów: wzrostu. Bez względu na to, jak usilnie starał się udowodnić swoją wyższość, jak wysoką pozycję udało mu się zająć, pozostawał tym, kim był — kimś gorszym. Do diabła z logiką i eufemizmami — taka była prawda.
Pozostawała mu więc przyjaźń i nic więcej. Więc trzymaj się, Stile, miłych robotów i łagodnych zwierząt; dadzą ci wszystko, co w tej sytuacji możesz od życia oczekiwać powiedział sam do siebie.
Sheen stała obok bieżni, podając mu kolejną butelkę z napojem.
— Hulk słabnie! — zawołała.
— Ja też — wydyszał Stile. Ale twój tlen uratował mi życie.
— Jaki tlen? — spytała, biegnąc obok niego.
— Ten robot… nie wiedziałaś, że mamy awarię pola na trasie?
— Nie pobiegliście objazdem?
— Nie, trzymaliśmy się poprzedniej trasy. Skończyło się powietrze. Hulk miał tlen, a ja nie. Wtedy jakiś robot… Potrząsnęła głową:
— To musiał być któryś z moich przyjaciół.
Oczywiście, obdarzone wolną wolą maszyny wiedziały to, czego nie wiedziała Sheen. Prosiła, by nad nim czuwali, więc zrobili dokładnie to, czego od nich oczekiwała i powołali się na jej imię, by nie wywoływać zbędnych podejrzeń. A przecież nie musieli tego robić. Dlaczego interesowali się jego losem? Musieli potrzebować czegoś więcej, niż tylko jego milczenia na temat ich prawdziwych możliwości. Dał im przecież słowo, a dobrze wiedzieli, że słowo było dla niego święte. Nie złamałby go nawet wtedy, gdyby nie zakwalifikował się do Turnieju. Zresztą, gdyby odebrano mu prawo pobytu, byliby zupełnie bezpieczni. Stile dołączył to pytanie do sporej kolekcji tajemnic, na które napotykał. Jeśli kiedyś znajdzie na to czas, spróbuje dowiedzieć się prawdy.
— W każdym razie, dziękuję.
— Kocham cię! — odparła, zabierając od niego butelkę. Stile przyspieszył, a ona została w tyle. Sheen umiała kochać. Dlaczego jemu się to nie udawało? Czyżby także potrzebował jakiegoś programu?
Siły zaczęły mu wracać, napłynęły nie wiadomo skąd do jego zmęczonych nóg i ciężko pracującej piersi. Hulk i tak zmęczył się w końcu, a Sheen go kochała. Wszystko, co miało teraz choć trochę znaczenia w jego życiu, koncentrowało się wokół tych dwóch postaci. Czy naprawdę musiał coś rozumie?
Stile nabierał tempa. Tak, czuł się wyraźnie silniejszy. Świat wokół niego wrócił do dawnego kształtu. Nadrobi straty. Jeszcze nie wiadomo, czy mu się to uda, ale przynajmniej spróbuje.
Dlaczego maszyna powiedziała mu, że go kocha? Dlaczego inna maszyna pomogła wywinąć mu się z kłopotów? Stile, nabierając prędkości, rozmyślał nad tymi pytaniami i w końcu wypracował rozwiązanie. Sheen nie miała innego celu w życiu, jak tylko chronić go. Jak mogła odróżnić to od miłości? A obdarzone wolną wolą maszyny mogły chcieć, by opuścił ich świat. Zdawały sobie sprawę z tego, że najlepszym sposobem na usunięcie go z Protona było zapewnienie mu udziału w Turnieju. Jeżeli nie uda mu się zakwalifikować — co było pewne w razie przegrania maratonu — będzie miał prawo przebywać tu jeszcze trzy lata, oczywiście o ile znajdzie pracodawcę. Jeśli natomiast wstąpi w szranki Turnieju, to pozostanie tu tylko tak długo, dopóki będzie wygrywał. Więc, oczywiście, pomogą mu w eliminacjach. Było to działanie pozytywne, wspomagające…, a jednocześnie oznaczało, że się go wkrótce pozbędą. W ten sposób, nie szkodząc ani żadnemu Obywatelowi, ani człowiekowi, osiągały swój cel.
Sheen też była maszyną o wolnej woli, podległej swojemu programowi. Poza tym miała pełną swobodę. Umożliwiła mu udział w Turnieju, znajdując zatrudnienie u Obywatela, który był fanem Gry. Czyżby Sheen też chciała się go pozbyć’? A przecież nie miała żadnych ukrytych zamiarów; wydruk jej programu świadczył o tym wyraźnie. To, co wtedy zrobił, było gwałtem — przypomniał sobie z powracającym poczuciem winy. Czy miała mu to jeszcze za złe? Wątpił. Rozumiała przecież, że nie chciał jej skrzywdzić. Nie mógł wtedy przecież wiedzieć, iż ma do czynienia z maszyną o wolnej woli. A zresztą przeprosił ją potem.
Nie, Sheen robiła to, co uważała za najlepsze dla niego. Dżokej z niesprawnymi kolanami, prześladowany wrogością jednego z Obywateli, miał małe szanse. Tak więc Sheen nie miała wyboru. Sprawiła się dobrze, biorąc pod uwagę, że nawet nie miała pewności, iż Stile wróci na Protona po tym, jak przekroczył po raz pierwszy zasłonę. Zrobiła tyle, ile mogłaby zrobić inteligentna kobieta dla ukochanego mężczyzny.