Naprzód! Tak, miał niezłe tempo, ale ile jeszcze musiał nadrobić? Niedobór tlenu spowodował, że stracił poczucie czasu i odległości. Hulk mógł być tuż przed nim, albo prawie dwa kilometry dalej. Nic innego mu nie pozostawało, jak przeć do przodu jak najprędzej i liczyć na szczęście.
Biegł dalej. Wpadł w rodzaj transu, zmuszając w ten sposób zmęczone ciało .do dalszego wysiłku. Spore odcinki pokonywał z zamkniętymi oczami, wierząc że nierówne pobocze ostrzeże go przed zboczeniem z trasy. Próbował już tej sztuczki wcześniej i uważał, że tak lepiej mu się biegnie.
Miał dobry czas; był prawie pewien, że lepszy niż Hulk, ale kolana zaczynały mu sztywnieć, a potem boleć. Poddawał je większemu obciążeniu niż kiedykolwiek od chwili, gdy zranił je laser; wcześniej dokuczały mu tylko wtedy, gdy je mocno zginał.
Spróbował zmienić krok, ale szybko go to zmęczyło. Mógł je oszczędzić, ale tylko za cenę utraty prawa pobytu. Jeśli jednak wygra bieg i zakwalifikuje się do Turnieju, to nie będzie w stanie. skutecznie walczyć z powodu sztywnych kolan i też jego czas na Protonie się skończy.
Czy utrata prawa pobytu byłaby aż takim nieszczęściem? Musiałby przenieść się na Phase. Miało to pewien urok. Przeszkodą były tylko dwie rzeczy. Po pierwsze — Sheen, która tyle dla niego zrobiła i której nie powinien porzucać, dopóki nie zadba o jej los. Po drugie, bardzo nie podobała mu się myśl, że mógłby przegrać z Hulkiem. Nie chciał pozwolić, by olbrzym udowodnił, iż jest najlepszy. W żadnym wypadku. Czy te rzeczy kłóciły się ze sobą? Nie. Przed chwilą sądził, że przegrana w maratonie oznacza utratę prawa pobytu, a to przecież nie musi być prawda. Bez względu na motywy, miał powód, by dać z siebie wszystko, a wygnanie na Phase przyjąć tylko w ostateczności.
Stile znowu przyspieszył. Do diabła z kolanami! Zamierzał wygrać ten pojedynek. Jeśli wygrana kosztować go będzie utratę szans podczas Turnieju, to niech i tak będzie.
Niespodziewanie dostrzegł olbrzyma, idącego tuż przed nim. Hulk usłyszał go, obejrzał się i ruszył do przodu, lecz jego sprint szybko zamienił się w ciężkie człapanie. Stile podążał za nim, początkowo zostając w tyle, potem utrzymując dystans, a w końcu zmniejszając przewagę Hulka.
Przeciwnik ciężko dyszał. Chwiał się na nogach. Włosy miał pozlepiane potem, a na policzku wyschniętą strużkę piany, sączącą się z kącika ust. Musiał przecież nieść ogromny ciężar na bardzo długim dystansie — jeszcze raz sobie uświadomił Stile. Potężne muskuły i duża masa ciała korzystne były przy podnoszeniu ciężarów i w zapasach, ale w czasie maratonu stawały się zbędnym obciążeniem. Hulk był mężczyzną godnym najwyższego uznania, sprytnym i zdeterminowanym; połączył wszystkie swe umiejętności i stoczył wspaniały pojedynek, ale nie miał już szans go wygrać.
Stile wysunął się na prowadzenie. Teraz, gdy jego przewaga stała się oczywista, biegło mu się łatwiej. Hulk, natomiast, musiał walczyć o każdy krok, a jego klatka piersiowa poruszała się jak gigantyczne miechy. Osiągnął już fazę krytyczną i nie miał żadnych rezerw. Żyły nabrzmiały mu na szyi; przy każdym kroku zostawiał krwawe ślady na bieżni z popękanych pęcherzy na stopach. Ciągle jednak biegł, parł do przodu, mimo nabiegłych krwią oczu i pulsu walącego tak, że słyszalny był nawet z daleka. Zataczał się tak bardzo, iż wydawało się, że wypadnie z bieżni.
Stile przyspieszał, niezdrowo zafascynowany cierpieniem olbrzyma. Co utrzymywało go na nogach? Niewielu ludzi rozumiało istotę biegów długodystansowych i zdawało sobie sprawę z wysiłku woli, koniecznego do przekroczenia granic ludzkiej wytrzymałości, do lekceważenia kontuzji i odwagi potrzebnej wtedy, gdy zmęczenie zamienia się w ból. Hulk niósł na sobie trzy razy więcej ciężaru niż Stile i zużywał trzy razy więcej energii; jego klęska nie była wcześniej zauważalna, gdyż przeciwnik został daleko za nim. Gdyby Stile padł, albo kontynuował bieg z prędkością chodziarza, to Hulk mógłby wygrać. W obecnej sytuacji groziła mu już śmierć. Odmawiał poddania się, a jego organizm wypalał się do końca.
Wcześniej Stile czuł potrzebę upokorzenia przeciwnika. Fizycznie udało mu się to, ale pod względem psychicznym wcale nie czuł satysfakcji. Hulk, choć zlany potem, nie ugiął się. Teraz Stile już nie udowadniał swej wyższości, lecz tylko swą brutalność.
Żal mu się zrobiło Hulka. Jego rywal, choć postawiony w sytuacji bez wyjścia, dał z siebie wszystko. A teraz był na granicy szoku termicznego i prawdopodobnie skrajnego wyczerpania. Determinacja Hulka w obliczu przeciwności należała do absolutnych.
Stile poczuł do Hulka taką samą sympatię, jaką żywił w stosunku do Sheen, Neysy i tych, których sytuacja była gorsza od jego. Nie mógł zaakceptować takiego zwycięstwa.
— Hulk! — zawołał. — Proponuję remis.
Olbrzym posuwał się do przodu, jakby go nie słysząc. — Remis! Remis! — krzyczał Stile. — Spróbujemy w innej konkurencji. Zatrzymaj się, bo zginiesz!
Te słowa jakoś przebiły się. Ciało Hulka zwolniło. Chwiejnie zatrzymał się i spojrzał szklanym wzrokiem na Stile’a. — Nie — wychrypiał. — Zwyciężyłeś. Poddaję się…
Zemdlony, runął na ziemię. Stile próbował go podtrzymać, złagodzić upadek, ale został tylko pociągnięty na dół. Przygwożdżony ciałem Hulka, poczuł nagle straszliwe wyczerpanie, dotąd odsyłane do podświadomości perspektywą zwycięstwa. Stracił przytomność.
Stile przeżył. Udało się to również Hulkowi. Pojedynek mógłby zostać uznany za remis, gdyż żaden z nich nie ukończył biegu i obaj upadli w tym samym czasie. Wystarczało, żeby Hulk milczał. Hulk jednak był uczciwym człowiekiem. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po odzyskaniu świadomości, było podyktowanie formalnego aktu poddania meczu.
Stile razem z Sheen odwiedzili go w szpitalu. Protońska medycyna mogła czynić cuda, ale nie odbywało się to bez udziału samej natury. Minie kilka dni zanim Hulk wstanie z łóżka.
— Raczej kilka godzin — zaprzeczył Hulk, odczytując jego myśli. — Szybko łapię formę.
— Jesteś wielkodusznym facetem — stwierdził Stile, wyciągając do niego rękę.
Hulk odpowiedział tym samym i drobna kończyna Stile’a prawie zniknęła w jego ogromnej łapie.
— Zrobiłem to, co należało. Byłeś lepszy i wygrałeś. Stile zaprzeczył machnięciem ręki.
— Chciałem cię upokorzyć, bo jesteś taki wysoki. To było złe pragnienie. Przepraszam.
— Któregoś dnia powinieneś spróbować, jak to jest, kiedy jest się wielkim — odparł Hulk. — Ludzie wyśmiewają się z ciebie, gapią się, przypominasz im goryla. Uważają, że musisz być strasznie głupi, bo przecież wszyscy myślą, że inteligencja jest odwrotnie proporcjonalna do masy ciała. Chciałem udowodnić, że mogę dorównać ci w twej specjalności, wet za wet. I przegrałem.
Zmieniło to trochę światopogląd Stile’a. Wysoki mężczyzna widziany jako wybryk natury? Życie Hulka okazało się podobne do jego. Byli po prostu przeciwległymi biegunami tej samej anomalii; olbrzymem i karłem. Stile poczuł, że musi koniecznie coś dla niego zrobić.
— Twoje prawo pobytu wygasa niedługo — przypomniał. — Możesz nie zdążyć zakwalifikować się do Turnieju. Wkrótce będziesz musiał opuścić Protona. Interesuje cię alternatywa?
— Nie, nie chciałbym zostać przestępcą.
— To nie to! Mam na myśli uczciwe, honorowe wyjście. Jest inny świat, odmiana tego…, można go nazwać alternatywnym. Podobny jest do Protona, ale z powietrzem, drzewami, wodą. Nie ma tam żadnych Obywateli czy niewolników, są po prostu ludzie. Niektórzy z nas mogą przechodzić na drugą stronę i pozostać tam na zawsze.