Oczy Hulka zalśniły.
— Świat jak z sennego marzenia? A jak zarabia się tam na życie?
— Można żyć na pustkowiu polując, zbierając i jedząc owoce. Życie tam nie jest ciężkie.
— Żadnego wyzwania? To zbyt łatwe!
— Używa się tam broni, a niektóre ze zwierząt to potwory. Wiele jest tam różnych niebezpieczeństw. Myślę, że znalazłbyś tam większe pole do popisu niż tutaj, a tamten świat bardziej by ci odpowiadał niż większość planet, na które mógłbyś wyemigrować. Oczywiście, jeśli udałoby ci się przekroczyć zasłonę. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że masz szansę.
— A więc nie jest to inna planeta, lecz tylko inny wymiar tego samego świata? Dlaczego miałoby mi się udać, jeśli innym się nie powiodło?
— Ponieważ przyjechałeś tu jako niewolnik. Nie urodziłeś się na Protonie. Tak więc na Phase pewnie nie istniejesz.
— Nie rozumiem.
— Trzeba to zobaczyć na własne oczy. Pomogę ci przejść, jeśli zechcesz spróbować.
Hulk zastanowił się.
— Sądzę, że myślisz o czymś więcej, niż tylko o jakimś miejscu, gdzie można żyć. O co chodzi?
— To jest magiczny świat. Hulk roześmiał się.
— A więc musiałeś mieć halucynacje, mały olbrzymie! W taki świat nie mogę pójść za tobą.
Stile smutnie pokiwał głową. Spodziewał się podobnej reakcji, lecz bardzo chciał pomóc temu człowiekowi, którego tak upokorzył.
— Spróbuj przynajmniej towarzyszyć mi do zasłony, a przekonasz się, w jakim stopniu świat ten jest rzeczywisty. Albo porozmawiaj z moją dziewczyną. Może cię przekona. Hulk wzruszył ramionami.
— Nie mogę dzisiaj pójść z tobą, ale zostaw mi Sheen. Bez względu na wszystko, rozmowa z nią będzie dla mnie przyjemnością.
— Wrócę tu — obiecała Sheen.
Jeszcze raz uścisnęli sobie dłonie i Stile opuścił pokój.
Sheen towarzyszyła mu.
— Kiedy tym razem wrócę na Phase… — zaczął Stile. — Opowiem Hulkowi wszystko, co wiem — obiecała Sheen. — Bądź pewien, że wysłucha z uwagą.
— Wrócę jutro, by walczyć o Piąty Szczebel. To zakwalifikuje mnie do Turnieju.
— Ależ jesteś zbyt zmęczony, by walczyć! — zaprotestowała.
— Jestem również zbyt zmęczony, by stawić czoło Żółtej Adeptce — powiedział. — Moi przyjaciele muszą jednak odzyskać wolność. Zresztą już ustaliłem termin pojedynku o Piąty Szczebel. Chcę zakwalifikować się szybko, udowadniając słuszność twojej opinii; tylko to może zadowolić moją pracodawczynię.
— Oczywiście — zgodziła się bez przekonania — to logiczne.
Podała mu zamówione wcześniej przedmioty i zaprowadziła do właściwego odcinka zasłony.
— Moi przyjaciele mieli ogromne trudności ze zgromadzeniem wszystkich tych rzeczy — poskarżyła się. — Byłoby znacznie łatwiej, gdybyś zachowywał się jak rozsądny robot, a nie jak nierozsądny mężczyzna.
— Masz przecież rozsądnego robota zrobionego na moje podobieństwo — przypomniał jej. — Nie zapomnij go ożywić. Zamachnęła się na niego dla żartu.
— Wiesz przecież, że robot ani się nie umywa do prawdziwego mężczyzny.
Stile pocałował ją i przeszedł przez zasłonę.
Rozdział 16
BŁĘKIT
Stile pojawił się na Phase tam, gdzie planował, tuż za zasięgiem żółtej mgły, która wyznaczała granice Żółtego Królestwa. Z powodu przysięgi i zaklęcia, jakie położyła na nim Żółciutka, nie mógł przekroczyć sam jego granic, ale też i nie musiał. Postawił na ziemi klatkę, w której zamknięta była sowa i ubrał się. W kieszeniach ubrania znalazł piłkę do metalu i kombinezon antygrawitacyjny; to pierwsze miało służyć do przepiłowania krat, zaś to drugie było zabezpieczeniem przed oblaniem magicznym płynem. Miał nadzieję, że Kurrelgyre lub Neysa będą mieli na tyle refleksu, by usunąć przy pomocy piły jeden z prętów, potem użyć go do wyłamywania zamków w pozostałych klatkach. Gdyby jednak coś zawiodło…
Stłumił tę myśl. Musiał uwolnić przyjaciół w ten lub inny sposób. Jeżeli będzie musiał, zniszczy Żółtą Adeptkę, choć wcale tego nie pragnął. Nie była przecież aż tak bardzo złą czarownicą.
Z giętkiego kombinezonu skręcił sznurek i zawiązał wokół piły. Wyciągnął sowę z klatki.
— Posłuchaj — rzekł do niej. — Zrobisz mi jedną przysługę i jesteś wolna. Nigdy więcej nie będziesz służyć człowiekowi, ani nie znajdziesz się w klatce.
Była to bardzo inteligentna sowa — mutant, więc rozumiała go.
— Weź to i wrzuć do kotła w żółtym domu. Stile podał jej pakiet suchego lodu.
— A to wrzuć do klatki jednorożca. Wepchnął ptakowi węzełek z piłą. Sowa zamrugała zdezorientowana.
— Aha, nie wiesz, co to jest jednorożec? To koń z rogiem — wyjaśnił najprościej, jak umiał.
Sowa uspokoiła się.
— A więc fruń tam szybko… i potem zaraz się stamtąd zabieraj. Jesteś już wolna. Jeśli będziesz mnie kiedyś potrzebowała, to daj mi znać, a pomogę ci we wszystkim.
Sowa wzięła oba pakunki w szpony, rozpostarła skrzydła i poszybowała.
— I nie pozwól, by oblano cię tam jakimś płynem! — zawołał za nią Stile.
Patrzył na znikającego ptaka z nadzieją, że wszystko skończy się dobrze. Nie był pewien czy narzędzia z Protona, służące realizacji jego pomysłu będą przydatne na Phase, więc starał się niczego zbytnio nie komplikować.
Wkrótce usłyszał wrzaski wiedźmy. To znaczyło, że dwutlenek węgla z kostki lodu znalazł się już w kotle, sprawiając, iż wywar wrzał i parował bez kontroli, niszcząc działanie magii i uwalniając sowę, oraz odwracając uwagę Żółciutkiej. Pierwsza część planu przebiegła więc pomyślnie. Teraz kolej na skafander i piłę. A potem, jeśli będą mieli szczęście, rozpęta się prawdziwe piekło.
Czekał zdenerwowany. Tyle rzeczy mogło jeszcze zawieść! Wreszcie dobiegło go trąbienie różowego słonia zwanego Drogim Coreyem i nasilający się tumult wśród więźniów, który po chwili przekształcił się w prawdziwy harmider połączony z trzaskami i łomotem. Z mgły wyłoniły się jakieś kształty. Ku Stile’owi galopował jednorożec. Była to Neysa z jeźdźcem na grzbiecie — Kurrelgyre’m w ludzkiej postaci.
Zatrzymali się i wilkołak zeskoczył na ziemię.
— Wielcem ci wdzięczny, o piękna. Odwzajemnię się, gdy tylko będę mógł — podziękował klaczy.
Wręczył Stile’owi rapier i zamienił się z powrotem w wilka. Stile stał przez chwilę bez ruchu, rozmyślając nad tym co się stało. Dlaczego wilkołak nie biegł jak zwykle w wilczej postaci, a zmuszał się do niewygodnej dla siebie jazdy wierzchem na jednorożcu? Oczywiście dlatego, by mógł zabrać ze sobą broń, którą w innym wypadku musiałby zostawić. Jego własne ubranie transformowało razem z nim, lecz miecz stanowił materię obcą. Chciał zwrócić broń Stile’owi. A dlaczego Neysa tolerowała tak niezwykłego jeźdźca? Widać także czuła potrzebę zwrócenia mu broni. Nie był to jakiś szczególny przedmiot, to tylko dar jej brata, należący teraz do Stile’a. Oboje uczynili to dla niego. W każdym razie tak to sobie wytłumaczył. Poczuł się wzruszony.
— Dziękuję wam, ale najbardziej rad jestem, że umknęliście bez szwanku.
Kurrelgyre warknął przyjaźnie, a Neysa zagrała pogodną nutę.
— Co z Żółtą Adeptką? Czy coś się jej stało?
Kurrelgyre przybrał postać mężczyzny.
— Wiedźma kazała przyprowadzić mnie z klatki, odgadując me przebranie — zaczął swą opowieść. — Twierdziła, że to waść przysłałeś ją do mnie. A ja nie wiedząc czy mówi prawdę, czy też kłamie, zmuszony byłem grać z nią w tę samą grę, dopóki nie upewniłem się o losie waści. Zamierzałem zabić ją, gdyby uczyniła ci krzywdę, lecz ona pokazała mi ślady wiodące przez zasłonę i powiedziała, że będziesz próbował uratować nas z oddali. Twierdziła, że nie będzie ci utrudniać…