Выбрать главу

— Żółciutka to świetna czarownica — stwierdził Stile. — Wiele czasu minęło, odkąd ostatni raz byłem z moją wilczycą — zwierzał się Kurrelgyre. — Żółta robi to tak samo jak i my, ale zanim zdążyła mnie podniecić, wywar przestał działać… Wróciłem więc do klatki i czekałem na rezultaty twych usiłowań. Nie mogłem uciekać w postaci wilka, gdyż wtedy działało na mnie jej przyzywające zaklęcie, zaś jako człowiek przestałem pragnąć jej śmierci.

— Sądzę, że zamierzała was wypuścić — powiedział Stile — ale chcąc zachować twarz nie mogła tego zrobić, dopóki sam nie spróbowałem. Podejrzewam, że jestem jej coś winien.

— Wygląda na to, że nawet Adepci bywają ludźmi zgodził się niechętnie Kurrelgyre. — Żadne ze zwierząt nie skrzywdziło Żółciutkiej w czasie ucieczki. Rozbiegły się we wszystkie strony, a my przyszliśmy tutaj, jak tylko zwęszyliśmy twój trop.

Kurrelgyre znowu powrócił do wilczej postaci.

— Żółciutka powiedziała mi, kim jestem — oznajmił Stile.

Wilk i jednorożec wbili w niego wzrok.

— Jestem Błękitnym Adeptem.

Stile umilkł, ale żadne ze zwierząt nie wydało nawet jednego dźwięku.

— Wiem, że żadne z was tego nie aprobuje, ale jestem, kim jestem. Mój sobowtór był Błękitnym Adeptem, a jak powiedziała Wyrocznia, powinienem poznać sam siebie. Muszę iść do Błękitnego Królestwa.

Wciąż jeszcze milczeli.

— Uwolniłem was z rąk Żółciutkiej, tak jak się zobowiązałem — ciągnął Stile. — Teraz jednak, kiedy wiem, kim jestem, nie mogę już prosić żadnego z was o pomoc. Jestem tym, którego wy…

Wilk przekształcił się w człowieka.

— Za późno, przyjacielu. Byłem zgubiony, kiedy cię spotkałem, choć sam o tym nie wiedziałem, ale Wyrocznia wiedziała i kazała mi „kultywować Błękit”. Nie proszę waści o żadną przysługę, lecz chętnie ci pomogę wyjaśnić twoją sytuację. Być może to, co zabiło twego sobowtóra, czyha teraz na ciebie w Błękitnym Królestwie, a wilczy nos łatwiej to coś wywęszy.

— Wielkie dzięki, panie wilkołaku. Lecz wiedz, że nie zamierzam uprawiać magii, więc nie będę mógł dopomóc ci w twych problemach. To bardzo jednostronny układ…

W tej samej chwili Kurrelgyre przemienił się już w wilka. — A ty. Neyso? — spytał Stile. — chciałbym… Neysa minimalnym ruchem głowy poleciła mu, by wsiadł.

Stile poczuł ulgę. Ciągle jeszcze odczuwał zmęczenie po maratonie, a jazda na Neysie była wręcz odpoczynkiem. Mógł się teraz trochę odprężyć. By w pełni odzyskać siły potrzebował około dwóch dni, ale niestety, nie miał tyle czasu. Jeżeli opóźni swe przybycie do Błękitnego Królestwa, to ryzykować będzie, że Żółciutka rozpuści plotki o jego pojawieniu się i to, co się tam na niego czai, zdąży się przygotować. Musiał dotrzeć tam pierwszy.

Może przydałby się tojad? Doszedł jednak do wniosku, że lepiej rozwiązywać problemy, polegając na własnych siłach. Kurrelgyre skierował Neysę na wschód. Wracali tą samą trasą, jaką tu przybyli, przez lasy, pola i pustkowia, nie zatrzymując się prawie na odpoczynek i popas. Stile wyjaśnił im po drodze konieczność następnego powrotu na kolejne rozgrywki. Oba stworzenia doszły do wniosku, że zdążą doprowadzić Stile’a do Błękitnego Zamku, zanim będzie musiał udać się na Protona.

Minęli miejsce, w którym Stile rozpoczął poskramianie jednorożca. To było tak niedawno, a ile się przez ten czas wydarzyło! Jechali w stronę zamku, który Stile dostrzegł, oglądając okolicę ze szczytu wysokiego świerka. Wrócili więc prawie do punktu, w którym wszystko się zaczęło.

Kiedy zbliżali się do celu podróży, wstawał właśnie świt w całej swej okazałości. Stile zasnął na grzbiecie Neysy i nie widział nawet wschodów i zachodów księżyców. Teraz patrzył na zamek przymrużonymi, łzawiącymi oczami. Zostały mu zaledwie cztery godziny do rozpoczęcia walki o Piąty Szczebel, a on nie zdołał jeszcze rozwikłać sytuacji na Phase. Gdyby Błękitne Królestwo nie było tak odległe od Żółtego…

Stile zdołał się trochę przespać, ale napięcie związane z jego misją, nie pozwoliło mu się odprężyć. Jeżeli Błękitny Adept naprawdę został zamordowany, to kto dokonał tego czynu ? Jeśli magia nie zdołała go ocalić, to jak ma przetrwać jego sobowtór nie stosujący czarów? Stile nie miał już innego wyjścia. Nawet gdyby pozwolono mu stosować magię, nie miał przygotowanych odpowiednich rymów.

Musiał sprawdzić, co działo się na zamku i zorientować się dokładnie, jaka jest jego sytuacja, bez względu na to, ile mogło go to kosztować. Wyrocznia powiedziała, żeby poznał sam siebie i Stile wierzył, iż jest to dobra rada.

Otoczenie Błękitnego Zamku było zdumiewająco przyjemne. Żadnej mgły, tylko czyste, niebieskie niebo, cudownie błękitne jezioro i całe pola błękitnych dzwonków, goryczki i błękitnej trawy. W oczach Stile’a miejsce to wydawało się jednym z najpiękniejszych, jakie do tej pory widział, i nie pasowało do jego wyobrażeń o posiadłości Adepta.

Nie mógł jednak pozwolić, by najładniejszy nawet pejzaż wywiódł go w pole.

— Myślę, że najlepiej będzie, jeśli zjawimy się tam w przebraniu, tak jak uprzednio — powiedział Stile. Zwierzęta wyraziły zgodę.

Stile ubrał skarpetki Neysy, a Kurrelgyre przybrał postać człowieka. I tak pozorny mężczyzna poprowadził dwa pozorne jednorożce ku bramie zamku.

Zwodzony most nad wąską fosą był opuszczony, a brama stała otworem. Na ich widok pojawił się uzbrojony człowiek, prawdopodobnie strażnik, ale jego dłoń nie dotykała miecza.

— Cóż mogę dla was zrobić? — zapytał się przebranego wilkołaka.

— Przybyliśmy, by zobaczyć się z Błękitnym Adeptem — odparł Kurrelgyre.

— Czy twe zwierzęta są chore?

Zaskoczony pytaniem Kurrelgyre usiłował improwizować: — Jedno z nich ma chore kolana.

— Nie widujemy tu wielu jednorożców — zauważył strażnik — lecz Błękitna Pani na pewno sobie z tym poradzi. Wejdźcie na dziedziniec.

Zaskoczyło to Stile’a. Nigdy wcześniej nie słyszał o Błękitnej Pani. Jak mogła być Adeptem, jeśli prawdziwy Adept był mężczyzną i niedawno zginął? Chyba, że była jego żoną. Sytuacja coraz bardziej się komplikowała!

— Wolelibyśmy spotkać się z samym Adeptem — protestował Kurrelgyre.

— Wyszedłby do was, gdyby zagrażała wam śmierć powiedział stanowczo strażnik. — Skoro jednak twój jednorożec ma chore kolana, to spotkacie się z Panią.

Kurrelgyre ustąpił. Poprowadził zwierzęta przez bramę, a potem szerokim przejściem na główny dziedziniec. Przypominał on jeden z podwórców pałacu Wyroczni, ale był znacznie mniejszy; nad całością dominowało piękne, błękitno kwitnące drzewo jacarandy, a pod nim lśniło ciemnym błękitem małe jeziorko, zasilane strumyczkiem spływającym ze szczytu fontanny, przypominającej swym kształtem małego, błękitnego wieloryba.

Widać było, że Błękitny Adept kochał przyrodę we wszystkich jej formach. Stile stwierdził, że mają podobne gusta. Na dziedzińcu przebywało kilka zwierząt: kulawy królik, wąż z rozdeptanym ogonem i nadtopiony śnieżny potwór. Neysa podejrzliwie zerkała na tego ostatniego, ale potwór nie szukał zwady z żadnym ze stworzeń.

Na podwórze weszła służąca ubrana w letnią sukienkę z błękitnego perkalu.