Выбрать главу

— Pani zaraz tu będzie — zawiadomiła Kurrelgyre. Chyba że potrzebna jest natychmiastowa pomoc?

— Nic bardzo pilnego — odparł wilkołak. Był zdumiony tym wszystkim nie mniej od Stile’a. Gdzie podziało się całe okrucieństwo, którym powinien charakteryzować się Adept? A jeśli Błękitny Adept zginął, to dlaczego nikt go nie opłakuje i nie rozpacza? Spodziewali się raczej, że będą w walce wyrąbywać sobie drogę do zamku, a stał przed nimi otworem.

Dziewczyna ostrożnie wzięła na ręce węża i zaniosła go do zamku.

Co to jest’? — pomyślał Stile. — Jakiś szpital? Rzeczywiście, to co widział, było bardzo odległe od Czarnego czy Żółtego Królestwa i to nie tylko w sensie geograficznym. W czym się krył podstęp?

Dziewczyna przyszła teraz po królika. Wąż nie wrócił. Został wyleczony czy zginął? Dlaczego zwierzęta ufały tak temu zamkowi? Biorąc pod uwagę reputację Adeptów, powinny raczej trzymać się z daleka.

Pojawiła się wreszcie inna kobieta. Ubrana była w skromną, błękitną suknię, błękitne pantofelki, a błękitną chustą miała związane jasne włosy. Była zgrabna, ale ani jej twarz, ani figura nie rzucały się specjalnie w oczy. Podeszła prosto do śnieżnego potwora.

— Dla ciebie wystarczy środek zamrażający — powiedziała. Otworzyła fiolkę i spryskała jej zawartością potwora. Natychmiast zniknęły ślady nadtopienia.

— Wracaj natychmiast w swe górskie pustkowia; niziny nie są dla ciebie bezpieczne — upominała go z uśmiechem, który na chwilę rozjaśnił jej twarz, wyglądającą teraz jak słońce na moment odsłonięte przez chmury. — I nie szukaj więcej zwady z ognistymi smokami.

Stworzenie potulnie kiwnęło głową i wyczłapało na zewnątrz.

Teraz kobieta zwróciła się ku Kurrelgyre. Stile zadowolony był, że okrywa go przebranie; ten słoneczny uśmiech oszołomił go. Jeżeli jakieś zło było w tej istocie, to doprawdy było ono dobrze ukryte.

— Nie widujemy tu wielu jednorożców, panie — powiedziała, powtarzając opinię strażnika przy bramie.

Stile zdumiał się tym określeniem, stosowanym wyłącznie do Obywateli Protona.

— Które z nich ma zranione kolana?

Wilkołak zawahał się. Stile wystąpił o krok do przodu. Przebranie jednorożca oszukać mogło tylko czyjeś oczy; dotyk musiał zdradzić ludzką naturę jego ciała.

— To ja mam chore kolana — powiedział. — Jestem człowiekiem w przebraniu jednorożca.

Pani przyjrzała mu się uważnie. Jej oczy były, oczywiście, błękitne i niezwykle piękne, ale twarz jej się zachmurzyła. — Nie obsługujemy tu ludzi — powiedziała. — Dlaczego zastosowałeś, panie, ten podstęp?

— Muszę spotkać się z Błękitnym Adeptem — wyjaśnił Stile. — A jak dotąd, Adepci nie odnosili się do mnie przyjaźnie. Wolałem więc przybyć incognito.

— Twój głos, panie, kogoś mi dziwnie przypomina… Zamilkła.

— Nie, to nie może być. Podejdź, obejrzę twe kolana, ale nic nie mogę obiecać.

— Ja chcę tylko spotkać się z Adeptem — zaprotestował Stile. Kobieta jednak już klęczała przed nim, odnajdując jego nogi pod złudzeniem tworzącym jednorożca. Stał bezradnie, pozwalając jej przesuwać palcami po jego butach i skarpetkach, wsunąć je w nogawki spodni, odnaleźć łydki, a w końcu kolana. Jej dotyk był delikatny i sprawiał mu przyjemność.

Ciepło rąk przenikało jego stawy, podobnie jak pole wytwarzane przez urządzenie do terapii mikrofalowej. To jednak nie była maszyna, lecz cudownie żywe dłonie. Nigdy jeszcze nie doświadczył tak uzdrawiającego dotknięcia.

Stile spojrzał w dół i napotkał wzrok Błękitnej Pani. Coś w nim zapłonęło, jak ogień rozniecony wśród suchych gałązek. To jest kobieta, którą jego sobowtór pojął za żonę.

— Czuję tu uśpiony ból — powiedziała Błękitna Pani — ale uleczyć go jest ponad moje siły.

— Adept mógłby użyć magii — stwierdził Stile. Tyle, że Błękitny Adept nie żyje, nieprawdaż?

— Adept źle się czuje — odparła stanowczo.

Puściła jego kolana i wyprostowała się jednym szybkim ruchem. Była zdumiewająco gibka, choć w kącikach jej ust i oczu rysowały się zmarszczki. Była piękną i utalentowaną kobietą, ale żyła pod wpływem jakiegoś wielkiego napięcia. Stile’owi wydawało się, że wie, na czym polega jej zmartwienie.

Kurrelgyre i Neysa stali obok siebie. Stile schylił się ostrożnie i ściągnął magiczne skarpetki, zdejmując przebranie. — Spójrz na mnie, kobieto — powiedział.

Błękitna Pani uniosła oczy. Zbladła i cofnęła się o krok. — Jak śmiesz przychodzić tu w tym przebraniu, najpodlejszy z potworów! — zawołała. — Czyż nie dość kłamałam dla ciebie, choć najmniej ze wszystkich na to zasłużyłeś?

Stile oniemiał ze zdziwienia. Spodziewał się radości, niewiary czy strachu, w zależności od tego, czy wzięłaby go za swego męża, omam czy ducha. Ale to…?

— Choć bardzo to dziwne — mruknęła Pani sama do siebie. — Jego kolana wydawały się być z ciała, nie z drewna i był w nich prawdziwy ból. Czyżbym padła ofiarą budzących iluzje zaklęć’?

Stile spojrzał na wilkołaka.

— Czy rozumiesz coś z tego? Dlaczego moje kolana nie miałyby być z ciała? Kto może mieć drewniane nogi?

— Golem! — wykrzyknął Kurrelgyre, nagle pojmując wszystko. — Drewniany golem, grający rolę Adepta! Ale dlaczego miałaby osłaniać tego bezdusznego stwora?

Pani jednym ruchem zwróciła się w stronę wilkołaka. — Śmiesz pytać, dlaczego osłaniam twego wspólnika’? — wykrzyknęła, a jej blade policzki zalał rumieniec gniewu. — Czyż mam ogłosić światu, że ten, którego kocham, nie żyje, zamordowany podle… a jego miejsce zajęło monstrum? Czy mam pozwolić, by wszystkie dobre uczynki mojego pana obróciły się w nicość? O, nie! Muszę ocalić to wszystko, co tylko mogę, inaczej nie będzie żadnego ratunku i nadziei dla tych, którzy są w potrzebie. Muszę ocalić choćby obraz mego ukochanego dla tych biednych stworzeń, by nie spotkał je ten sam los, co mnie.

Odwróciła się znów do Stile’a, królewska w swoim gniewie. — Lecz ty, łajdaku, ty godna pogardy kreaturo, ty żałosny przedmiocie! Nie waż się odgrywać przede mną swych żałosnych gierek! Strzeż się, bym w bólu nie zapomniała o swej naturze i ideałach i nie rozdarła cię na strzępy, nie wyrwała z twej piersi martwej ropuchy, którą masz zamiast serca!

Odwróciła się i z godnością odeszła do domu.

Stile patrzył w ślad za nią, czując jeszcze ogień jej gniewu. — Co za kobieta! — jęknął oczarowany.

Neysa odwróciła głowę, by mu się przyjrzeć. lecz Stile ledwie pojął, co mu chciała przekazać.

Błękitna Pani, chroniąca swego wroga przed zdemaskowaniem, by ocalić dobro czynione przez byłego Błękitnego Adepta? Ileż było tu zła do naprawienia!

— Muszę zabić tego golema — oznajmił Stile. Kurrelgyre kiwnął głową.

— Będzie, co ma być — powiedział krótko. Przekształcił się w wilka i zaczął węszyć. kierując się w stronę zamku.

Stile poszedł za nim, lecz Neysa pozostała na dziedzińcu. Przez cały dzień i całą noc biegła niemal bez wytchnienia i teraz była tak zmęczona i zgrzana, że z trudem gasiła płomień swego oddechu. Kurrelgyre, który biegł bez obciążenia, czuł się lepiej. Neysa potrzebowała trochę czasu, by dojść do siebie.

Nikt nie próbował im przeszkodzić w wejściu do zamku. Strażnik u bramy był jedynym uzbrojonym mężczyzną, jakiego spotkali, a i on powrócił na swój posterunek. Kilku służących spokojnie zajmowało się swoją pracą. Nie było widać żadnych śladów grozy, tak wyraźnej w siedzibach Adeptów, których dotąd odwiedzili. Ten zamek dostępny był dla wszystkich.