Wilkołak biegł czystymi korytarzami i przejściami, aż dotarł do zamkniętych drzwi. Zawarczał — tu krył się golem. — Dzięki, wilkołaku — powiedział Stile. — To musi być wyłącznie moja walka; racz więc odejść. — Kurrelgyre, rozumiejąc jego intencje, zniknął.
Stile dumał przez chwilę, potem zdecydował się na bezpośrednią konfrontację. Zapukał do drzwi. Nie było żadnej odpowiedzi. Stile mało co wiedział o golemach, ale nie spodziewał się wiele po stworzeniu zbudowanym z nieożywionej materii. A jednak — przypomniał sobie — z takiej materii zbudowana była przecież Sheen. Musi więc uważać i nie lekceważyć tego stwora. Nie znał granic magicznej animacji.
— Golemie! — zawołał. — Odpowiedz albo wejdę bez zaproszenia. Twoja gra dobiegła końca.
Drzwi otworzyły się. Stał w nich mężczyzna, odziany w błękitną szatę i buty. Był dokładnym odbiciem Stile’a. Ich ubranie różniło się szczegółami, ale ktoś trzeci nie był w stanie tego zauważyć.
— Znikaj, intruzie, albo zaczaruję cię w robaka i zdepczę obcasem — zagroził golem.
Golemy mówią? Dobrze wiedzieć. Stile wyciągnął rapier. — A więc czyń swe zaklęcia i to szybko, samozwańcze — powiedział, podchodząc bliżej.
Golem był nieuzbrojony. Widząc to, Stile zatrzymał się. — Chwyć za broń! — polecił. — Wiem, że nie możesz mnie zaczarować. Czy nie poznajesz mnie, ty nieożywiony kołku?
Golem uważnie przyglądał się Stile’owi.
— Przecież ty nie żyjesz! — wykrzyknął zdumiony. Stile pogroził mu mieczem.
— To raczej ty jesteś martwy.
Zdezorientowany golem usiłował kopnąć napastnika. W takiej sytuacji trudno było jednak Stile’a zaskoczyć. Uchylił się i lewą pięścią walnął monstrum w ucho. Ostry ból przeszył mu całą rękę. Równie dobrze mógł uderzyć w kawał drzewa — powinien był to przewidzieć. W tej samej chwili golem zaatakował i uderzył go głową w pierś. Stile zdążył w ostatniej chwili napiąć mięśnie, lecz mimo to poczuł, że ma uszkodzone żebro. Golem walił dalej, wgniatając Stile’a w ścianę i próbując schwytać go potwornie silnymi rękami. Stile wiedział już, że nie dorówna mu siłą.
Golem nie potrzebował żadnej broni! Jego ciało było przecież z drewna. Stile nakierował rapier i ugodził stwora w tułów. Ostrze zatrzymało się, nie robiąc mu krzywdy.
Teraz Stile wiedział już, na kogo się porwał. Podciągnął nogę i walnął kolanem w przeciwnika. Udało się. Stwór uderzył z głuchym łoskotem w przeciwległą ścianę.
Stile odetchnął płytko, czując ból w piersiach i rozejrzał się wokół. Kurrelgyre wrócił i stał w drzwiach, odganiając warczeniem przeszkadzających. To miała być osobista walka Stile’a, jak Gra na Protonie. Musiał tylko zniszczyć tę ożywioną drewnianą kukłę, zanim golem nie zamieni go w nieboszczyka, którym oficjalnie i tak już był. Nie miał już wyrzutów sumienia, że atakuje bezbronne stworzenie. Przyjrzał się uważnie przeciwnikowi. Niezależnie od tego, z czego był zrobiony, podlegał pewnym podstawowym prawom fizyki. Jego kończyny musiały być wyposażone w stawy i to równie wrażliwe jak u Stile’a. Golem widział i słyszał, a więc musiał mieć uszy i oczy, choć te funkcjonowały prawdopodobnie wyłącznie dzięki magii. Ktoś, kto go zrobił, był prawdziwym mistrzem zaklęć. Najprawdopodobniej jakiś Adept — specjalista.
Golem rzucił się… i Stile wbił koniec rapiera w jego prawe oko. Golem, najwyraźniej nie czując bólu, parł naprzód, odwracając tylko głową. Ostrze szpady wbite w drewno wygięło się i pękło.
Stile nigdy nie był mistrzem w posługiwaniu się tą bronią, więc strata była mniejsza, niż mogło się to wydawać. Wycelował ułamanym rapierem w drugie oko, lecz potwór, widząc niebezpieczeństwo, cofnął się. Odwrócił się i z trzaskiem wypadł przez okno w przeciwległej ścianie.
Stile ruszył w pościg. Wyskoczył za nim i znalazł się na dziedzińcu, gdzie niespokojnie spacerowała Neysa, studząc żar swego ciała. Zdumiona widokiem golema, zatrzymała się. Widziała, że stoi przed nią Stile, z jednym wybitym okiem, lecz jej węch tego nie potwierdzał.
Golem rozglądał się dookoła. Spostrzegł fontannę wieloryba. Objął statuę ramionami i wyrwał z umocowań. Neysa, zaniepokojona, galopowała przez dziedziniec z wycelowanym rogiem.
— Uważaj! — krzyknął Stile. — On jest z drewna; złamiesz sobie róg!
Golem rzucił w niego wielorybem. Posąg był ciężki, leciał jak głaz. Neysa jednym skokiem znalazła się obok Stile’a, spychając go z toru pocisku. Kamień upadł u jej stóp, roztrzaskując się na kawałki.
— Nic ci się nie stało, Neyso? — spytał Stile, starając się wstać z ziemi.
Jej muzyczny sygnał wyrażał trwogę. Stile odwrócił się w stronę wroga. Golem celował w jego głowę odłamkiem kamiennego wieloryba.
Z nozdrzy Neysy wydobyła się fala płomieni, których nie powstydziłby się nawet niewielki smok. Ogień przeleciał nad Stilem i trafił w golema.
W jednej chwili potwór stanął w płomieniach. Drewno, z którego był zbudowany, było suche, dobrze przeschnięte i nasmołowane, paliło się szybko. Stworzenie upuściło kamień i biegało jak obłąkane w kółko.
Stile zamarł z wrażenia; jakby widział samego siebie w ogniu! Ciało golema trzaskało, wydobywający się dym tworzył smugę za miotającym się stworzeniem. Jeszcze przed chwilą pragnął jego zniszczenia, a teraz poczuł nagły przypływ litości. Nie mógł pozwolić, by coś tak strasznie cierpiało. Próbował stłumić to uczucie, powtarzając sobie, że golem jest, w dosłownym tego słowa znaczeniu, pozbawioną serca martwą rzeczą, ale nie mógł.
— Do wody — krzyknął. — Skacz do stawu! Gaś ogień! Golem zatrzymał się; płomienie ogarnęły nawet jego przebite oko. Rzucił się w kierunku sadzawki, potknął się i wpadł z pluskiem. Rozległ się syk pary.
Stile spojrzał na Neysę, Kurrelgyre i Błękitną Panią, stojących na dziedzińcu. Podszedł do sadzawki i ostrożnie uklęknął. Drewniane ciało unosiło się na wodzie, twarzą do dołu; ogień zgasł. Prawdopodobnie potwór nie potrzebował powietrza, lecz…
Przyciągnął go do brzegu i wywlókł z wody. Golem był martwy, choć Stile nie był w stanie powiedzieć co mu bardziej zaszkodziło: ogień czy woda. Nie był już podobny do Błękitnego Adepta, chyba że sylwetką. Ubranie spłonęło na nim całkowicie, sztuczna skóra była spalona, a głowa zamieniła się w łysą, zwęgloną masę.
— Nie chciałem, żebyś zginął w ten sposób — powiedział Stile poważnie. — Myślę, golemie, że tylko wykonywałeś czyjeś polecenie jak robot. Sprawię ci pogrzeb.
Podszedł do nich strażnik, który przyglądał się całej scenie. — I kto jest teraz panem?
Stile, zaskoczony tym pytaniem, uświadomił sobie, że usunąwszy uzurpatora, powinien zostać teraz władcą zamku. Wiedział jednak, że to nie wszystko.
— Zapytaj się Pani — powiedział. Strażnik odwrócił się ku Błękitnej Pani.
— Przybył wilk, poszukując swego pobratymca — powiadomił.
Kurrelgyre warknął i wyszedł zobaczyć, co się stało.
— Nic o tym nie mówcie na zewnątrz — poleciła Błękitna Pani strażnikowi.
Zwróciła się następnie do Stile’a:
— Nie jesteś więc golemem. Czy przybywasz, by zniszczyć to, co jeszcze pozostało z Błękitnego Królestwa?
— Przybywam, by przywrócić je do normalnego życia. — A czy dorównasz mojemu panu siłą swej magii w takim samym stopniu, w jakim przypominasz go powierzchownością? — zapytała zimno.
Stile zerknął na Neysę.
— Teraz nie, Pani. Przysięgłem nie używać magii…