Выбрать главу

W naczyniach włosowatych i mięśniach chłopca kipiało Powietrze. Nadpływowiec. Znowu nazwał mnie nadpływowcem. Młodzieniec patrzył na swoje zaciśnięte pięści…

Bzya objął potężną łapą obie dłonie Farra i stanowczo, ale łagodnie zmusił go do opuszczenia ramion.

— Nie — rzekł dudniącym głosem. — Nie jest tego wart. Farr nie wiedział, na kim skupić gniew: na nadzorcy czy na zwalistym Poławiaczu, który wchodził mu w drogę.

— On nazwał mnie…

— Słyszałem, jak cię nazwał — odparł spokojnie Bzya. — Wszyscy inni również słyszeli… dokładnie tak, jak chciał Hosch. Posłuchaj mnie. On pragnie, żebyś zareagował, żebyś go uderzył. Właśnie na tym najbardziej mu zależy.

— Kiedy pozbawię go głowy, nie będzie mu mogło zależeć na niczym.

Bzya odchylił głowę i ryknął śmiechem.

— Natychmiast dopadliby cię strażnicy. Zostałbyś pobity, a potem wróciłbyś do pracy — do Hoscha, do nadzorcy, który naprawdę cię nie znosi i nie przepuściłby żadnej okazji, żeby ci to okazać. Dostałbyś jeszcze dodatkowe pięć albo dziesięć lat, aby móc spłacić jego odszkodowanie.

Walcząc z resztkami gniewu, Farr zerknął na szeroką, poobijaną twarz Poławiacza.

— Aleja dopiero co zacząłem tę zmianę… Będę zadowolony, jeśli zdołam dotrwać do końca.

— Dobrze. — Bzya zmierzwił rurki włosowe Farra swoją potężną, silną ręką. — Tak właśnie powinieneś myśleć… Pamiętaj, nie musisz przebyć całych dziesięciu lat za jednym zamachem; najwyżej po jednej szychcie na raz.

Bzya był olbrzymem o mięśniach tak wielkich jak prosięta powietrzne. Mocno zbudowany, silny i łagodny, stanowił przeciwieństwo filigranowego i zjadliwego nadzorcy. Jego twarz pokrywały liczne blizny, które zasłaniały mu pół głowy i czyniły z oczodołu upiorną jaskinię sięgającą w głąb czaszki. Z tego co Farr o nim wiedział, wielkolud był prostym człowiekiem, który żył w dotkniętych ubóstwem rejonach Dołu, utrzymując się dzięki gigantycznym mięśniom, za pomocą których wykonywał niewdzięczne, trudne i niebezpieczne prace, pozwalające funkcjonować reszcie Parz. Miał żonę, Jool, i córkę imieniem Shar. Pomimo wypełnionego harówką życia, nie zatracił życzliwego nastawienia i cierpliwości.

Teraz mrugnął do Farra zdrowym okiem.

— Wiesz, nie powinieneś tak naskakiwać na starego Hoscha. Chłopiec wytrzeszczył oczy, usiłując stłumić śmiech.

— Ja na niego naskakuję? To przecież ten stary kochanek Xeelee ma coś przeciwko mnie.

Bzya wyciągnął rękę do transportera i podniósł pień drzewa, który był wyższy niż Farr. Jednym uderzeniem siekiery rozłupał drewniany bal i odsłonił rozżarzony rdzeń w środku.

— Zrozum jego punkt widzenia. On jest nadzorcą tego odcinka. Młodzieniec z nadpływu prychnął.

— Bogaci się na naszej pracy. Łajdak. Bzya uśmiechnął się.

— Szybko się uczysz, co? Hm, może masz rację, ale ponosi także odpowiedzialność. Podczas ostatniej zmiany straciliśmy kolejny Dzwon. Słyszałeś o tym? Znowu zginęło trzech Poławiaczy. Hosch jest odpowiedzialny również za to.

Farr pomyślał, że tragedie nawiedzają Port z przygnębiającą regularnością. Mimo wszystko, wyrozumiałość Bzyi niecierpliwiła go i zaczął wyliczać wady ich bezpośredniego zwierzchnika.

Wielkolud odparł:

— Hosch ma wszystkie te cechy, i dodatkowo jeszcze takie, których nie potrafisz zrozumieć, bo jesteś zbyt młody. Może nie jest w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności. Jednakże — powiem to jeszcze raz — bez względu na to, czy sobie radzi, czy nie, jest odpowiedzialny. I gdy umiera jeden z nas, umiera także jego cząstka. Widziałem to na jego twarzy, Farr, pomimo tej całej zjadliwości. Pamiętaj o tym.

Chłopiec zmarszczył brwi. Wepchnął trochę świecącego drewna do podajników. Wszystko wydawało mu się takie skomplikowane. Gdyby tylko Logue i Dura byli przy nim, pomogliby mu zrozumieć całą tę sytuację.

Albo lepiej, gdyby sam mógł się stąd wydostać i posurfować.

* * *

Reszta zmiany upłynęła bez incydentów. Gdy dobiegła końca, Farr udał się wraz z pozostałymi robotnikami do małej, ciasnej sali sypialnej. Pomieszczenie to, brudne pudło, w którym poprzewieszano sznury do spania, dawało schronienie czterdziestu osobom. Cuchnęło odchodami i jedzeniem. Chłopiec zjadł dzienny przydział — dzisiaj była to mała porcja czerstwego chleba — i rozglądał się za jakimś stabilnym gniazdkiem w plątaninie sznurów do spania. Nie czuł się jeszcze wystarczająco pewnie, żeby rzucić wyzwanie starszym, solidnie zbudowanym Poławiaczom — i mężczyznom, i kobietom, którzy opanowali miejsca przy ścianach, gdzie Powietrze było nieco mniej zanieczyszczone oddechami i wiatrami innych. Ostatecznie, jak zwykle, znalazł się prawie na samym środku sali.

Zamykając oczy, powiedział sobie: Nadejdzie mój dzień, jeszcze nadejdzie.

Na początku następnej zmiany, jeszcze z zaropiałymi od snu oczami wrócił na swoje stanowisko przy podajnikach drewna.

Port był nieregularnym kompleksem dużych hal zbudowanych z poplamionego drewna i przytwierdzonych do podłoża Miasta — w cieniu Dołu, daleko od kolorowych, modnych sektorów na górnych poziomach. Mieścił się tuż pod potężnymi prądnicami, które zasilały wstęgi kotwiczne. Wibrujące dudnienie maszyn w górze nieustannie towarzyszyło życiu Poławiaczy. W Porcie panował mrok, upał i brud; kontrast rozgrzanych pieców, zgrzytu tłoków i kół linowych z otwartym Powietrzem nadpływu sprawiał, że Farr czuł się tu bardzo źle.

Mimo to z upływem kolejnych dni wykonywał ciężką pracę coraz bardziej rytmicznie. Ściągał kawałki masywnych pni z pasa transmisyjnego, który stale przesuwał się za szeregiem robotników. Musiał zmagać się z bezwładnymi klocami, mając wrażenie, że trzyma obdarzone świadomością zwierzęta, które chcą pokonywać Powietrze własnymi ścieżkami, nie licząc się z jego życzeniami. Młodzieniec zapierał się o podłogę, napinając mięśnie ramion i pleców, i machał drewnianą siekierą, której ostrze zostało wzmocnione materią rdzeniową. Pnie były twarde, ale Farr wiedział, że jeśli uderzy siekierą zgodnie z układem słojów, z łatwością je rozłupie. Kiedy wykonał odpowiednio głębokie nacięcie, wpychał ręce w pęknięte drewno i rozszczepiał pień, uwalniając falę ciepła i zielony jądrowy blask wnętrza, rozświetlający jego twarz i klatkę piersiową. Ogień jądrowy wciąż jasno świecił, gdy chłopiec wrzucał gorące cząstki do otworu podajnika przed sobą.

Cięcie drewna było ulubionym zajęciem Farra. Odnajdywanie właściwego miejsca, w które należało trafić ostrzem, wymagało pewnej wprawy, i młodzieniec robił to z upodobaniem. Kiedy drewno rozszczepiało się pod wpływem jego pieszczoty, uwalniając energię, a wraz z nią ciepłe westchnienie, chłopiec doznawał wrażenia, że odsłania ukryty skarb.

Razem z nim pracowali inni robotnicy, których szereg ciągnął się aż do zacienionej części Portu. Harując na zmiany, nieustannie karmili żarłoczne gardziele podajników. Praca była ciężka, ale Farr jakoś ją wytrzymywał dzięki swoim nadpływowym mięśniom. Musiał wręcz uważać, żeby nie pracować zbyt szybko, przekraczanie normy nie przysparzało popularności wśród pozostałych robotników.

Energia cieplna, którą wydzielały płonące jądra drewna była przechowywana w ogromnych, wzmocnionych zbiornikach — bojlerach — w innej części kompleksu portowego. Nadciekłe Powietrze, uwalniające się z jądrowego żaru, wykorzystywano do napędzania tłoków, potężnych pięści z utwardzonego drewna. Każdy był dwa razy wyższy od Farra i opadał w swej osłonie miarowo jak bijące serce.