Za pośrednictwem wielkich, rozłożonych ramion tłoki obracały koła linowe. Właśnie te koła opuszczały Dzwony, pełne wystraszonych Poławiaczy, w kierunku tajemniczych i śmiertelnie niebezpiecznych głębin Podpłaszcza.
Tutejszy świat całkowicie się różnił od życia Istot Ludzkich, dla których najbardziej skomplikowanym narzędziem była włócznia, a jedyne źródło energii stanowiła siła mięśni ludzi albo zwierząt. Port był jak potężna maszyneria, która działała chyba tylko po to, żeby wysyłać Poławiaczy w dół, do Podpłaszcza. Farr czuł się jak część tej maszynerii albo jakby pracował w samym sercu gigantycznej budowli z drewna i lin…
Odnosił wrażenie, że z wyjątkiem Bzyi, robotnicy go nie akceptują. Wydawało się, że niedola — jaką cierpieli w tym hałaśliwym, cuchnącym piekle — sprawiała, iż w swym nieszczęściu zwracali się jeden przeciw drugiemu. Jednak z początkiem każdej zmiany robotnicy osiągali zgodny rytm i zaczynali wytwarzać koleżeńską atmosferę. Farr wyczuwał, że oferowali ją nawet jemu, pod warunkiem, że milczał.
Tęsknił za Durą i innymi Istotami Ludzkimi, brakowało mu dawnego życia w nadpływie. Miał wrażenie, że okres pracy w Porcie, na jaką go skazano, ciągnie się w nieskończoność. Potrafił jednak pogodzić się z losem, jeżeli udawało mu się skoncentrować na bieżącym zadaniu i korzystać z wszelkich dostępnych udogodnień. Po jednej zmianie na raz — taki był sekret, wyjawiony mu przez Bzyę. Poza tym…
— Hej, ty.
Czyjaś ręka wylądowała na ramieniu Farra, a potem złapała go za brudną tunikę i bezceremonialnie wyciągnęła z szeregu.
Zobaczył Hoscha, który patrzył na niego, groźnie marszcząc świecące niezdrową żółcią nozdrza.
— Zmiana stanowiska — burknął nadzorca.
— Jakie?
— Dzwon — powiedział Hosch.
Dura podróżowała wspólnie z dwudziestoma nowymi kulisami w potężnym samochodzie, ciągniętym przez dwanaście przysadzistych świń powietrznych. Kiedy zbliżała się do posiadłości Frenka, początkowo odnosiła wrażenie, że jego farma sufitowa jest malutka i w porównaniu z potężną Skorupą przypomina odcisk dziecięcej dłoni. Pozostali kulisi przejawiali większe zainteresowanie inną farmą, bardziej oddaloną i jeszcze trudniejszą do wypatrzenia niż farma Frenka. Dura dowiedziała się, że ta posiadłość należy do Horka IV, Przewodniczącego miasta Parz. Roztargniony Przewodniczący uciekł od powinności — zostawiając Miasto w rękach spiskującego syna — i zajmował się tu, na Skorupie, skomplikowanymi eksperymentami rolniczymi. Powiadano, że na farmie sufitowej Horka rośnie pszenica, której kłosy są wyższe niż przeciętny człowiek, oraz powiązane drutami z materii rdzeniowej drzewa skorupowe nie dłuższe niż ludzkie ramię.
Dura nie potrafiła się skoncentrować na paplaninie kulisów. Na myśl o tym, że będzie przebywać na Skorupie tylko w towarzystwie tych tępaków, serce jej się łamało.
Wreszcie okna z przezroczystego drewna wypełnił widok farmy Frenka. Samochód przystanął pośrodku grupy prymitywnych drewnianych baraków i drzwiczki otworzyły się.
Dura wygramoliła się z auta i oddaliła od reszty. Z rozkoszą odetchnęła czystym Powietrzem, które docierało do jej płuc i naczyń włosowatych. Powietrze otaczało ją ze wszystkich stron grubą, nieprzerwaną warstwą, ciągnącą się wokół Gwiazdy. Dziewczyna czuła się tak, jakby przebywała w płucach samej Gwiazdy. No cóż, towarzystwo pozostawiało trochę do życzenia, ale tutaj przynajmniej mogła oddychać Powietrzem, które nie smakowało tak, jakby zdążyło przejść już przez płuca kilkunastu osób.
Na spotkanie wyszedł sam Qos Frenk. Zauważył Durę i uśmiechnął się do niej życzliwie, a potem, gdy pozostali rozproszyli się między budynkami, zaproponował, że oprowadzi ją po farmie.
Elegancki, wymuskany, z różową czupryną opadającą na wytworny płaszcz, Frenk falował swobodnie obok nowo przybyłej kobiety.
— Praca jest dość prosta, ale wymaga skupienia i dokładności… Niestety, w dzisiejszych czasach nie wszyscy kulisi przejawiają te cechy. Jestem pewien, że świetnie dasz sobie radę, moja droga.
Dura miała na sobie kombinezon uszyty z jakiegoś szorstkiego materiału z włókienek warzyw — pożegnalny prezent Ito. Podczas falowania nieustannie obcierał skórę, jakby chciał jej dokuczyć. Miała ochotę zedrzeć go z siebie. Na plecach nosiła okrągły, drewniany zbiornik — kanister na Powietrze. Podobny widziała u Toby. Do zbiornika była dołączona mała maska, którą należało zakładać, by móc oddychać rozrzedzonym Powietrzem górnej warstwy Płaszcza. Duży, nienaturalnie wyglądający przedmiot utrudniał Durze ruchy jeszcze bardziej niż wyprodukowana w Mieście odzież, ale Frenk uparł się, żeby go zabrała.
— Widzisz, takie są przepisy zdrowotne — powiedział, wzruszając filozoficznie ramionami. Ozdobny płaszcz fałdował się na jego chudych ramionach.
Pod kombinezonem dziewczyna z nadpływu wciąż nosiła kawałek sznura i mały nóż.
Farma została w przeważającej części oczyszczona z pni drzew. Na odsłoniętym suficie korzeniowym lasu zasiano w równych rzędach zielonozłotą pszenicę, czyli udoskonaloną trawę. W tym miejscu, w odległości zaledwie kilku ludzi poniżej kołyszących się i nabrzmiałych koniuszków zmutowanej trawy, Dura nie widziała już granic farmy. Wydawało się, że cała naturalna dzikość Skorupy uległa zagładzie, została zdominowana przez ten klaustrofobiczny, systematyczny porządek.
Oczywiście porządek panował tylko w dwóch wymiarach, trzeci prowadził ku czystemu, świeżemu Powietrzu Płaszcza, który wisiał w dole, rozległy i pusty. Społeczność Parz jeszcze nie zdążyła odgrodzić samego Powietrza… Dura najchętniej rzuciłaby zbiornik powietrzny w okrągłą, delikatną twarz Qosa Frenka i pofalowała w nieskończoność. Te mięczaki z Miasta nigdy nie zdołałyby jej złapać, podobnie jak kulisi.
Jednak nie mogła opuścić tego miejsca i porzucić obowiązków, dopóki nie zarobi na spłatę kosztów leczenia Addy. Zaciągnięty dług i poczucie obowiązku więziły ją skuteczniej niż jakakolwiek klatka.
Qos Frenk obserwował ją, przymrużywszy oczy.
— Wiem, że musisz się czuć dziwnie. Chcę, żebyś wiedziała, iż nie powinnaś się obawiać niczego z wyjątkiem ciężkiej pracy. Ja jestem właścicielem tej farmy i, w tym sensie, właścicielem twojej pracy. Jednak nie wyobrażam sobie, że jestem właścicielem twojej duszy. Nie jestem okrutnym człowiekiem, Dura. Staram się traktować swoich kulisów możliwie przyzwoicie. I…
— Dlaczego? — przerwała mu. — Bo jesteś taką szlachetną osobą? — warknęła. Uśmiechnął się.
— Nie. Ponieważ z ekonomicznego punktu widzenia lepiej opłaca się mieć szczęśliwą i zdrową ekipę roboczą. — Wybuchnął śmiechem i wydał się jej bardziej ludzki. — Przynajmniej ten argument powinien rozproszyć twoje wątpliwości. Jestem przekonany, że będzie ci tu dobrze, Dura. A gdy tylko nauczysz się zawodu, nie widzę żadnych przeszkód, aby w przyszłości myśleć o awansowaniu cię na nadzorcę albo instruktora. Dziewczyna zmusiła się do uśmiechu.
— W porządku. Dziękuję. Doceniam twoje wysiłki. Co będę musiała robić?
Pokazał jej rzędy dojrzewającej pszenicy, której kłosy zwisały z leśnego sufitu w górze.
— Za kilka tygodni będziemy gotowi do żniw i właśnie wtedy zacznie się prawdziwa robota. Jednak na razie będziesz dbała o to, żeby pszenica rosła bez przeszkód. Zwracaj uwagę na zjawiska oczywiste, na przykład dziki buszujące w zbożu. Albo na obcych wkraczających na ten teren. — Nagle posmutniał. — Teraz często mamy z tym do czynienia. To znaczy, z Czyścicielami. W Mieście panuje bieda… Przyglądaj się zbożu, czy nie ma na nim rdzy. Powinny cię niepokoić wszelkie przebarwienia i anomalie związane z dojrzewaniem… W razie chorób izolujemy teren i szybko go sterylizujemy, żeby nie dopuścić do rozprzestrzenienia się infekcji. Szukaj dzikiej trawy, wszelkich roślin rosnących między korzeniami i niszczących pszenicę. Nie chcemy, żeby inne rośliny wchłaniały pożywne izotopy Skorupy, przeznaczone dla naszego zboża… Dotyczy to także młodych drzew. Zdziwiłabyś się, jak szybko rosną. — Rozpostarł ręce. Dura pomyślała, że w jego entuzjazmie jest coś wręcz przymilnego. — Nie przyszłoby ci do głowy, że ta część Skorupy była kiedyś porośnięta dzikim lasem.