— Nadzwyczajne — rzekła sucho dziewczyna, przypomniawszy sobie rozległe, nietknięte ludzką ręką lasy w jej ojczystych stronach w dalekim nadpływie.
Frenk spojrzał na nią niepewnie.
Spotkali innego robotnika-kobietę, która unosiła się, zagłębiwszy głowę w zielonozłotych łanach, a jej nogi zwisały w Powietrzu w dół. Kobieta wyciągała spomiędzy zielonych kłosów małe drzewka i chowała je do torby przymocowanej do pasa.
— Ach — powiedział Frenk z uśmiechem. — To jedna z moich najlepszych pracownic. Rauc, poznaj Durę. Dopiero co przybyła. Może będziesz tak dobra i oprowadzisz ją…
Kobieta powoli opadła. Na głowie miała hełm powietrzny, zasłonę z miękkiej, półprzeźroczystej gazy, która zakrywała kapelusz o szerokich skrzydłach. Zasłona nieco się wybrzuszała. Świadczyło to, że hełm zasilało Powietrze ze zbiornika. Właściciel farmy odleciał, falując zamaszyście. Rauc była szczupła i miała na sobie prostą koszulę z brudnej skóry, która odsłaniała ramiona. Po odejściu Frenka przez chwilę z ponurą miną przyglądała się Durze, nic nie mówiąc. Potem odwiązała zasłonę i uniosła ją. Miała wychudzoną, zmęczoną twarz o ciemnych oczodołach. Była chyba w wieku córki Logue'a.
— A więc jesteś nadpływowcem — rzekła z jękliwym akcentem osoby urodzonej w Mieście.
— Tak.
— Słyszeliśmy, że masz się zjawić. Cieszyliśmy się. Czy wiesz, dlaczego?
Dura wzruszyła ramionami obojętnie.
— Ponieważ wy, nadpływowcy, jesteście silni… Będziesz pracowała ciężko, żeby pomóc nam wyrobić normę. — Prychnęła. — Jeśli nie spróbujesz nas wykiwać, będziesz szanowana.
— Rozumiem. — Dura uświadomiła sobie, że kobieta usiłuje ją ostrzec. — Dzięki, Rauc.
Kuliska prowadziła ją pod złocistymi polami sufitowymi w kierunku kompleksu budynków w centrum farmy, tam gdzie Dura wysiadła po przyjeździe. Po samochodzie Qosa Frenka nie było śladu. Dziewczyna doszła do wniosku, że wrócił do swojej ciepłej, dusznej siedziby w Mieście. Mijała właśnie połowa zmiany i małe chatki, drewniane domki w kształcie skrzynek, zawieszone na linach z obciętych łodyg drzew Skorupy, sprawiały wrażenie opuszczonych. Dura zauważyła małe, zaniedbane stado świń. Rauc powiedziała, że stado hoduje się nie na handel, ale po to, by zapewnić kulisom mięso a także skórę do wyrobu ich koszul i kapeluszy. Pokazała Durze małe magazyny ubrań, toreb powietrznych i narzędzi. Znajdowała się tu także piekarnia, której wewnętrzne ściany poczerniały na skutek wysokich temperatur. Właśnie tutaj wypiekano podstawowy artykuł spożywczy dla kulisów — chleb. W ciemnym pomieszczeniu pracował duży, otyły mężczyzna. Na widok obu kobiet burknął coś pod nosem. Rauc zrobiła błazeńską minę.
— No, chleb jest świeży — oznajmiła. — Ale tylko tyle dobrego da się o nim powiedzieć… Tu trafia pszenica najgorszej jakości, prawie same plewy. Najlepszy towar jest wysyłany do Parz.
W ciasnym pomieszczeniu przeznaczonym do spania znajdowały się rzędy kokonów. Mniej więcej połowa z nich była zajęta. Jakaś kobieta uniosła zaspaną twarz, żeby spojrzeć na przybyszy, a potem znowu zasnęła; jej usta były otwarte, a włosy zwisały w dół. Rauc zauważyła pusty kokon, w którym mogłaby ulokować swoją nową towarzyszkę.
Jednakże Dura nie potrafiła sobie wyobrazić spania w takich warunkach, wśród cudzych, chrapliwych oddechów i wiatrów, skoro zewsząd otaczało ją świeże Powietrze Płaszcza. Uświadomiła sobie z przykrością, że nie pasuje do tego otoczenia tak samo, jak nie pasowała do Parz. Ostatecznie większość kulisów urodziła się w Mieście, i to głównie w Dole, gdzie zatłoczenie było większe od przeciętnego. Dlatego kulisi, którzy akurat mieli wolne, pakowali się do tego cuchnącego pudła, słuchali nawzajem swoich oddechów i udawali, że nie są osamotnieni w Płaszczu, że podoba im się sposób życia o granicach wyznaczonych przez Parz.
Rauc uśmiechnęła się do niej.
— Myślę, że jakoś się dogadamy, Dura. Możesz mi opowiedzieć o swoim ludzie. A ja pokażę ci, jak sobie radzić w tym środowisku.
— Frenk chyba jest w porządku. Rauc wydawała się zaskoczona.
— Och, jest całkiem przyzwoity. Ale to nie ma znaczenia. Przynajmniej nie w codziennych kontaktach. Przedstawię cię nadzorcy naszego odcinka, Leeh. Z nią to co innego… Ale nie iest aż tak ważna, jak sobie wyobraża. Robis — człowiek prowadzący składnicę — ten ma prawdziwą władzę. Wystarczy go skłonić, żeby się do ciebie uśmiechnął i świat od razu robi się lepszy.
Dziewczyna z nadpływu zawahała się.
— Frenk mówi, że kiedyś mogłabym zostać nadzorcą.
— Mówi to wszystkim — odparła kuliska lekceważąco. — Chodź, znajdziemy Leeh. Prawdopodobnie jest gdzś w polu… — Teraz to ona zawahała się i uważnie popatrzyła na Durę. Potem rozejrzała się, żeby mieć pewność, iż nikt ich nie obserwuje, pogrzebała w kieszeni koszuli i wyciągnęła mały przedmiot. — Masz — powiedziała, wkładając go do ręki córki Logue'a. — To ci pomoże.
Było to małe Koło o pięciu szprychach. Takie samo, jakie Dura widziała na szyi Toby Mixxaxa… Model urządzenia, na którym dokonywano egzekucji na Rynku.
— Dziękuję — wycedziła. — Chyba rozumiem, co to oznacza.
— Naprawdę? — Rauc spojrzała na nią ze zdwojoną czujnością.
— Nie martw się — szybko uspokoiła ją Dura. — Nie zdradzę cię.
— W Parz Koło jest nielegalne — powiedziała kuliska. — Teoretycznie jest nielegalne wszędzie, w całym Płaszczu… w zasięgu kusz strażników. Ale my znajdujemy się daleko od Miasta. Koło jest tolerowane na farmach sufitowych; przynajmniej daje nam trochę radości. Ten stary głupek Frenk twierdzi, że ze względów ekonomicznych jest korzystne, abyśmy mogli praktykować naszą wiarę.
Dura uśmiechnęła się.
— To do niego podobne.
— Ale nigdy nic nie wiadomo. Czy nadpływowcy czczą Koło?
— Nie. — Córka Logue'a przyglądała się kobiecie. Rauc nie wyglądała na bardzo zbuntowaną, lecz najwyraźniej cała ta sprawa z Kołem dodawała jej otuchy. — Widziałam Koło, którego użyto do przeprowadzenia egzekucji.
— Tak.
— Wobec tego, dlaczego jest uważane za symbol wiary?
— Właśnie dlatego, że używa się go do zabijania. — Rauc spojrzała jej w oczy, jakby szukała w nich zrozumienia. — Tyle istnień ludzkich odeszło na Kole, że ono samo stało się w pewnym stopniu człowiekiem, a może nawet jest czymś więcej. Rozumiesz? Trzymając Koło blisko siebie, jesteśmy bliżsi szlachetniejszej, odważniejszej cząstki nas samych.
Rauc przemawiała z głęboką żarliwością. Dura dotknęła małego Koła i ogarnęły ją wątpliwości. Doszła do wniosku, że kult musiał się rozprzestrzenić w wielu miejscach. Przecież nawet Tobą Mixxax był jego wyznawcą, chociaż należał do kasty posiadaczy farm sufitowych. Zatem wiara ta miała swoich wyznawców na obszarze całej Gwiazdy i w różnych warstwach społecznych.