— Przywiera do zewnętrznego pancerza Dzwonu — powiedział Bzya. Zademonstrował za pomocą pięści, w jaki sposób berg uderzył o kadłub. — Widzisz? Jest przyciągany przez pole magnetyczne Dzwonu, wytwarzane przez obręcze z materii rdzeniowej. I berg zostaje przy nas, unieruchomiony przez Magpole powstałe w jego własnym wnętrzu.
Hosch znowu uśmiechnął się pogardliwie. Cuchnęło mu z ust.
— Dobry Połów. Mieliśmy szczęście. Jesteśmy najwyżej cztery metry poniżej Parz. A teraz patrz, chłopcze. — Zamaszystym gestem przekręcił dwa przełączniki na małej płycie kontrolnej.
Farr wstrzymał oddech, ale wydawało się, że nic nie uległo zmianie. Dzwon w dalszym ciągu niepokojąco się kołysał w środowisku Podpłaszcza; właściwie obracał się dookoła własnej osi, być może pod wpływem uderzenia berga — tak przynajmniej podpowiadał Farrowi żołądek.
— Przesłał za pośrednictwem kabli sygnał do Portu — cierpliwie wyjaśnił Bzya. — Że jesteśmy gotowi do wciągnięcia na górę. Nadzorca wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Właśnie dlatego tu jesteśmy, chłopcze. Właśnie po to zamykają ludzi w tych klatkach i spuszczają do Podpłaszcza. Wszystko po to, by przekręcić te małe przełączniki. Rozumiesz? W przeciwnym razie obsługa Portu nie wiedziałaby, kiedy wciągnąć Dzwony na górę.
— Dlaczego jest nas trzech? Nie wystarczy jeden Poławiacz?
— Podwójne zabezpieczenie — odparł Hosch. — Gdyby coś przytrafiło się misji, jeden z nas mógłby przeżyć wystarczająco długo, żeby przekręcić przełączniki i przywieźć cenną materię rdzeniową. — Straszenie Farra sprawiało mu wyraźną przyjemność.
Młodzieniec usiłował się odgryźć.
— W takim razie powinieneś był powiedzieć mi, co się działo poprzednio. A gdyby stało się coś złego i nie wiedziałbym, co robić?
Bzya beznamiętnie spojrzał na nadzorcę.
— Hosch, chłopak ma rację.
— Tak czy owak — zauważył Farr — przekręcenie małego przełącznika nie wymaga wielkich umiejętności…
— Och, nie o taką umiejętność chodzi — rzekł Hosch spokojnie. — Przede wszystkim trzeba pozostać przy życiu wystarczająco długo, aby zdążyć to zrobić.
Dzwon przechylał się niebezpiecznie w Podpłaszczu, gdyż materia rdzeniowa przywarła tylko po jednej stronie statku. Farr próbował ocenić, jak szybko się wznoszą, ale nie potrafił oddzielić prawdziwych wskazówek — mdłości, które odczuwał, powoli jaśniejących okien — od optymistycznej wyobraźni. Niespokojnie przyglądał się fioletowej jak siniak poświacie i nie był w stanie przełknąć jedzenia, które Bzya wyjął z małej szafki w kadłubie.
Dzwon zadygotał pod wpływem kolejnego uderzenia. Młodzieniec uczepił się dźwigara. Rozległ się zgrzytliwy hałas, a potem mały, niezgrabny statek gwałtownie się zatrzymał.
Farr walczył z pokusą zamknięcia oczu i zaszycia się w kącie. Zadawał sobie pytania: Co tym razem? Jakie jeszcze bzdury spróbują mi wmówić?
Poczuł na swoim ramieniu twardą skórę palców Bzyi.
— Wszystko w porządku, chłopcze. To znak, że jesteśmy prawie w domu.
— Co to było?
— To nasz berg; ocierał się o Grzbiet. Teraz jesteśmy najwyżej metr poniżej Parz.
Hosch pociągnął z wysiłkiem dźwignię na tablicy rozdzielczej. Pomruk, który Farr nauczył się kojarzyć z prądami wytwarzającymi ochronne pole magnetyczne Dzwonu, stracił na intensywności. Nadzorca odwrócił się do młodzieńca. Było widać, że jego zmienny nastrój osiągnął ekstremalną fazę przebiegłego spokoju.
— Twój kumpel ma częściowo rację. Ale jeszcze nie jesteśmy bezpieczni. Do tego jeszcze daleka droga.
Mieli przed sobą jeden z najtrudniejszych etapów misji. Berg, ocierający się z chrzęstem o Grzbiet, mógł z łatwością zniszczyć liny albo uszkodzić drewnianą kolumnę.
— I dlatego — dodał Hosch słodkim głosem — jeden z nas musi wyjść na zewnątrz i trochę popracować.
— Co ma zrobić?
— Owinąć berg linami. Przywiązać go do Dzwonu — odparł Bzya łagodnie. — To wszystko. Dzięki temu berg przestaje dygotać, a liny nie zderzają się z materią rdzeniową.
Nadzorca uporczywie wpatrywał się w Farra.
Olbrzymi Poławiacz uniósł potężne ręce.
— Nie — rzekł. — Hosch, chyba nie myślisz poważnie. Nie możesz wysłać chłopca.
— Myślę o tym najzupełniej poważnie — odparł Hosch. — Obaj powiedzieliście, że chłopak nie przetrzyma tu w dole nawet pięciu uderzeń serca, jeśli nie nauczy się fachu. A do tego prowadzi tylko jedna droga, prawda?
Wielkolud usiłował protestować, ale Farr powstrzymał go.
— W porządku. Bzy a. Nie boję się. Zresztą, on chyba ma rację.
— Posłuchaj mnie — odezwał się Poławiacz. — Gdybyś się nie bał, byłbyś głupcem albo trupem. Strach sprawia, że masz szeroko otwarte, czyste oczy.
— Liny są w tamtej szafce — podpowiedział Hosch. Bzya zaczął wyciągać ciasno zwinięte, grube liny; wkrótce miało się wrażenie, że wypełniają całą kabinę.
— A ty — Hosch warknął do Farra — zajmij się otwieraniem luku.
Chłopiec wyjrzał przez okno. Powietrze — jeśli na tej głębokości można było mówić o Powietrzu — przypominało swoją fioletową barwą Morze. Ostatecznie, wciąż znajdował się metr — sto tysięcy ludzi — poniżej Parz.
Poczuł czyjąś podeszwę na swoich plecach.
— No, jazda — burknął Hosch. — To cię nie zabije. Przypuszczalnie.
Farr naparł ramionami na okrągłą pokrywę luku i pchnął. Płyta była ciężka i sztywna. Popychając ją, młodzieniec słyszał drapanie przesuwających się obręczy z materii rdzeniowej, które opasywały kapsułę.
Wreszcie luk gwałtownie się otworzył i wypadł, tak że Farr nie mógł go dosięgnąć. Powietrze na zewnątrz Dzwonu było gęste i kleiste; natychmiast wypełniło kabinę, wypierając jej czystą, rzadszą atmosferę. Lampy wewnątrz pojazdu przygasły.
Farr wstrzymał oddech, jego usta zacisnęły się tak mocno, jakby były obdarzone własną, silną wolą. Czuł ucisk na piersiach, miał wrażenie, że gęste Powietrze próbuje wedrzeć się do jego płuc przez skórę. Z trudem rozchylił wargi. Lepkie, fioletowe Powietrze wcisnęło mu się do gardła. Czuł na ustach jego kleisty, gorzki smak. Dyszał ciężko, rozszerzając objętość płuc; Powietrze parzyło, przechodząc przez naczynia włosowate.
Po krótkiej szarpaninie Farr nasiąkł atmosferą Podpłaszcza. Eksperymentalnie uniósł ręce, zginając palce. Sprawnie wykonał te proste czynności, ale czuł się osłabiony, niemrawy. Być może nadciekła część tego Powietrza była gorsza niż we właściwym Płaszczu.
— Luk — rzekł Bzya, wyciągając rękę. — Lepiej, żebyś go odzyskał. — Głos Poławiacza brzmiał niewyraźnie, jakby jego usta spowijała warstwa materiału.
Chłopiec skinął głową i wygramolił się przez właz.
Żółtofioletowe Powietrze było tak gęste, że prawie nie dostarczało światła. Farr miał wrażenie, że jest zawieszony w bańce o ciemnych ścianach, o średnicy około czterech ludzi. Dzwon wisiał w środku tej bańki; dryfujące cielsko. Za nim rozciągała się masywna, wytrzymała ściana Grzbietu; jej górne i dolne krawędzie ginęły w zamglonym Powietrzu. Obserwując drewnianą kolumnę. Farr widział opasujące ją na całej długości kable z materii rdzeniowej — musiały one wytwarzać pole magnetyczne, takie jak pole Dzwonu, żeby Grzbiet nie rozpuścił się w niższej warstwie Podpłaszcza. Z kolei liny i kable Dzwonu wiły się w kierunku górnego Płaszcza; tamten świat wydawał się początkującemu Poławiaczowi nieskończenie odległy.