Выбрать главу

Oderwany luk znajdował się dość blisko. Z łatwością zbliżył się do niego, aczkolwiek wokoło kleiste Powietrze krępowało ruchy. Schwycił okrągłą pokrywę i szybko przekazał Bzyi.

— A teraz berg! — zawołał Hosch. — Widzisz go? Farr rozejrzał się dookoła. Pomiędzy Dzwonem a Grzbietem zalegał jakiś bryłowaty twór, długi na pół człowieka, ciemny i nieregularny niby zarost na czystych, sztucznych bruzdach kadłuba.

— Nie potrzebuję lin?

— Najpierw leć obejrzeć berga! — krzyknął nadzorca. — Sprawdź, czy nie wyrządził nam żadnych szkód.

Chłopiec kilkakrotnie głęboko odetchnął zatęchłym Powietrzem i zgiął nogi. Dotarcie do bryły materii rdzeniowej wymagało krótkiego falowania.

Zbliżając się do berga, zobaczył, że jego powierzchnię pokrywają liczne małe wgłębienia i skarpy. Trudno było wyobrazić sobie, że właśnie ta materia tworzy lśniące obręcze wokół Dzwonu albo wstęgi kotwiczne Miasta, czy też delikatne inkrustacje w deskach surfingowych. Berg znajdował się na wyciągnięcie ręki. Farr falował płynnymi ruchami. Pomyślał, że gdyby udało mu się przeżyć, chciałby zobaczyć warsztaty — Bzya nazywał je odlewniami — w których odbywało się przetwarzanie tego surowca…

Niewidzialne ręce chwyciły chłopca i cisnęły na bok. Przewrócił się do góry nogami i oddalił od Dzwonu. Krzyknął. Miotał się w Powietrzu, ale nie mógł znaleźć żadnego punktu zaczepienia; młócił nogami w pustce, bezskutecznie usiłując falować.

Dygotał, ale sunął przez Powietrze, próbując powstrzymać koziołkowanie. Zauważył, że Hosch śmieje się z niego. Również Bzya z trudem tłumił uśmiech.

A więc to była kolejna gierka, jeszcze jeden test dla nowicjusza.

Zamknął oczy, pragnąc powstrzymać drgawki. Starał się przemyśleć całą sytuację. Niewidzialne ręce? Tylko pole magnetyczne mogło go odepchnąć tak gwałtownie — pole magnetyczne chroniące Dzwon. Przecież został odrzucony na bok. Właśnie w taki sposób pola oddziaływały na ruchome, naładowane obiekty, na przykład takie jak jego ciało. I dlatego podczas falowania zawsze należało poruszać rękami i nogami w poprzek linii pływowych Pola: dzięki temu można było posuwać się do przodu.

A zatem odrzuciło go pole magnetyczne Dzwonu. Niezły dowcip.

Uświadomił sobie, że najprawdopodobniej Logue zbeształby go za to, że nie przewidział tego rodzaju sytuacji. I jeszcze by się z niego śmiał.

Strach Farra ustąpił miejsca wściekłości. Pomyślał, że przyjdzie czas, kiedy nie będzie musiał tak wiele się uczyć… Może nawet zaaplikowałby parę lekcji innym osobom.

Odzyskał panowanie nad sobą i zaczął niezdarnie gramolić się z powrotem do Dzwonu.

— Dajcie mi liny — powiedział.

12

Zanim potężna karawana transportująca drewno dotarła na farmę sufitową Qosa Frenka, było ją widać przez wiele dni.

Schodząc z pola pszenicy po zakończonej zmianie, Dura obserwowała w roztargnieniu zbliżający się korowód. Był jak ciemny ślad na zaginającym się widnokręgu. Przez linie wirowe sunęły pnie drzew z dzikich lasów nadpływowego obrzeża zagłębia Parz, a stacją końcową było dla nich Miasto w najdalej wysuniętym podpływie. Karawana nie wzbudzała u Dury szczególnego zainteresowania. Na niebie zawsze panował ruch, nawet w tak dużej odległości od Parz. Wiedziała, że transport zniknie jej z oczu za kilka dni i będzie po wszystkim.

Ale karawana wcale nie pokonywała drogi szybko. W miarę upływu czasu wydawała się Durze coraz większa. Powoli zaczęła dostrzegać rzeczywiste wymiary transportu i zrozumiała, jak bardzo zmyliła ją odległość i perspektywa. Szereg porąbanych pni drzew ciągnął się wzdłuż linii wirowych chyba na ponad centymetr. Dopiero gdy maksymalnie zbliżył się do farmy, Dura dostrzegła ludzi, którzy towarzyszyli konwojowi. Mężczyźni i kobiety falowali wzdłuż pni albo pilnowali stad świń powietrznych, które rozproszyły się wśród bali i w porównaniu z karawaną sprawiały wrażenie bardzo maleńkich.

Dobiegła końca kolejna zmiana. Dura roztarta ręce, odrętwiałe wskutek całodziennej pracy przy zbożu, zarzuciła na ramię zbiornik powietrzny i powoli pofalowała w stronę refektarza.

Zbliżyła się do niej Rauc. Dziewczyna przyglądała jej się z zaciekawieniem. Rauc była dla niej kimś w rodzaju przyjaciółki, lecz tego dnia szczupła, drobna kuliska wydawała się nieswoja, jakby czymś zaaferowana. Ona również dopiero co skończyła zmianę, a jednak zdążyła się już przebrać w czystą koszulę i wyczesała z włosów brud i plewy pszenicy. Na jej wychudzonej, wiecznie zmęczonej twarzy pojawił się nerwowy uśmiech.

— Rauc? Coś się stało?

— Nie, nic, absolutnie nic. — Rauc splotła małe stopy w Powietrzu. — Dura, masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór? Dura wybuchnęła śmiechem.

— Jeść. Spać. A dlaczego pytasz?

— Leć ze mną do karawany.

— Co?

— Do tego transportu drewna. — Rauc pokazała jej miejsce w dole; konwój sunął majestatycznie po niebie. — Falowanie nie zabrałoby nam dużo czasu.

Dura usiłowała ukryć swoją niechęć: Nie, dzięki, widziałam już Miasto, i zagłębie, i tylu nowych ludzi, że wystarczy mi to na całe życie. Pomyślała nieco tęsknie o małym gniazdku, które sobie uwiła na skraju farmy — ot, zwykły kokon z małym schowkiem na rzeczy osobiste, zawieszony w otwartym Powietrzu, z dala od przepełnionych sal sypialnych, które wybierali pozostali kulisi.

— Może innym razem, Rauc. Dzięki, ale… Rauc wydawała się niedorzecznie rozczarowana.

— Ale karawana przejeżdża tylko raz do roku. A Brow nie zawsze jest w stanie załatwić sobie pracę w odpowiednim konwoju. Jeśli będziemy mieli pecha, minie tę szerokość oddalony o kilka centymetrów od farmy i…

— Brow? — Rauc wymieniła już kiedyś to imię. — To twój mąż? Twój mąż zabrał się z tym konwojem?

— Będzie czekał na mnie. — Rauc wzięła Durę za ręce. — Leć ze mną. Brow jeszcze nigdy nie poznał nadpływowca. Dziewczyna z nadpływu uścisnęła dłonie kuliski.

— Hm, a ja nigdy nie poznałam drwala. Rauc, czy to jedyny raz, kiedy możesz zobaczyć się z mężem? Jesteś pewna, że chcesz, abym ci towarzyszyła?

— Inaczej nie prosiłabym cię o to. Dzięki tobie będzie to szczególne wydarzenie.

Dura poczuła się zaszczycona i zaraz powiedziała o tym przyjaciółce. Oceniła odległość dzielącą je od konwoju.

— Zdążymy tam dotrzeć i wrócić podczas jednej zmiany? Może powinnyśmy pójść do Leeh i przełożyć początek następnej — wziąć dwie wolne.

Rauc wyszczerzyła zęby.

— Już to załatwiłam. Chodź. Znajdziesz sobie jakąś czystą odzież i ruszamy. Może weźmiesz swoje rzeczy z nadpływu? Swój nóż i sznury…

Razem pofalowały do kokonu Dury. Po drodze buzia Rauc się nie zamykała.

* * *

Dwie kobiety zostawiły za sobą farmę sufitową i lekko opadły do Płaszcza.

Dura wysunęła się do przodu. Wyciągnęła ramiona w kierunku konwoju i wymachiwała nogami. Falując, nadal zastanawiała się, czy ta wyprawa jest dobrym pomysłem — wciąż odczuwała ból w rękach i nogach po pracowitej zmianie — ale po jakimś czasie odniosła wrażenie, że miarowe, mało forsowne ruchy rozluźniają jej mięśnie i stawy. Pokonywanie Magpola było wręcz przyjemne w porównaniu z pracą na polu, gdzie musiała chować głowę w masce powietrznej, wysoko unosić ramiona i grzebać palcami w korzonkach jakiejś opornej rośliny-mutanta.