Выбрать главу

Nagle Shaddack uświadomił sobie, że odór krwi, do którego już nieco przywyknął, silnie podnieca Watkinsa, choć nie czuł on obrzydzenia, o nie, lecz podniecenie.

Błysnęło, nocą wstrząsnął kolejny grzmot, i deszcz zabębnił o szyby i dach.

Watkins przeniósł spojrzenie z lustra na Shaddacka, przesłonił się dłonią jakby w geście obronnym, po czym wytoczył się do hallu, uciekając od ostrego zapachu krwi.

Zwinąwszy się w kłębek na podłodze drgał gwałtownie, krztusząc się, pojękując, warcząc i zawodząc: – nie, nie, nie, nie.

57

Odzyskawszy nad sobą władzę oparł się o ścianę. Znów był zlany potem i słaby z głodu. Częściowa transformacja i energia, jaką zużył by jej zapobiec, wyczerpały go. Odczuwał ulgę, ale także niespełnienie, jakby nagłe odebrano mu wspaniałą nagrodę.

Wokół słyszał głuchy szmer. Z początku sądził, że to szumi mu w głowie od rozpalających się i zamierających w walce z regresją komórek mózgowych. Po chwili uświadomił sobie, że to deszcz uderza o dach. Ujrzał też wyraźnie Shaddacka w drzwiach sypialni. Chudy, o pociągłej twarzy, dostatecznie blady, by uchodzić za albinosa, z tymi swoimi żółtawymi oczami, w czarnym płaszczu wyglądał jak wysłannik piekieł, a nawet sama Śmierć.

Gdyby to była Śmierć, Loman objąłby ją serdecznie.

Czekając na siły, by podnieść się, powiedział:

– Musisz zaprzestać konwersji. – Shaddack milczał. – Ani ci to w głowie, co?

Ten po prostu wpatrywał się w niego.

– Jesteś obłąkany – ciągnął Loman – absolutny szaleniec, ale ja nie mam wyboru, muszę robić to, co zechcesz… albo zabić się.

– Nigdy więcej nie rozmawiaj ze mną w ten sposób. Nigdy. Nie zapominaj, kim jestem.

– Pamiętam o tym – odpowiedział. Kołowaty jeszcze stanął z wysiłkiem na nogi. – Eksperymentowałeś na mnie bez mojej zgody. Nadejdzie czas, że nie oprę się regresji, a gdy zanurzę się w dzikości i już nie będę się ciebie tak cholernie bał, to jakoś wysilę resztki umysłu, by przypomnieć sobie, gdzie jesteś i przyjdę po ciebie.

– Grozisz mi?

– Nie – powiedział Loman – to niewłaściwe słowo.

– Świetnie. Jeśli coś mi się stanie, Słońce, zgodnie z programem, wyśle rozkaz do mikrosfer, znajdujących się w tobie – i…

– Zabije nas wszystkich – dokończył. – Tak, wiem. Mówiłeś o tym. Jeśli odejdziesz, my zginiemy z tobą, tak jak ludzie w Jonestown kilka lat temu pijąc zatruty eliksir umierali z wielebnym Jimem. Ty jesteś naszym wielebnym Jimem Jonesem wieku techniki, Jimem Jonesem o krzemowym sercu i mózgu z półprzewodników. Nie, ja ci nie grożę, Wielebny Jimie, ponieważ brzmiałoby to zbyt dramatycznie w tej sytuacji. Grozić może ktoś potężny, płonący gniewem. Ja jestem Nowym Człowiekiem i wyłącznie boję się. To wszystko, co potrafię. Bać się. Więc nie jest to groźba, tylko obietnica.

Shaddack wyszedł do hallu. Zdawało się, że wraz z nim powiało chłodem.

Patrzyli na siebie dłuższą chwilę.

W końcu Shaddack odezwał się:

– Będziesz nadal robił to, co każę.

– Nie mam wyboru – zauważył Loman. – Takim mnie uczyniłeś. Oto należę do ciebie, Panie, ale to nie miłość mnie trzyma, lecz strach.

– Tym lepiej – zakończył Shaddack.

Odwróciwszy się plecami do Lomana minął salon, wyszedł z domu i zniknął w nocy i deszczu.

CZĘŚĆ DRUGA. ŚWIT W HADESIE

Nie mogłem przerwać czegoś, co, jak wiedziałem, było niewłaściwe i straszne.

Przepełniało mnie okropne poczucie bezsilności.

– ANDRIEJ SACHAROW

Władza doprowadza do obłędu w stopniu większym, niż demoralizuje,

uciszając głos sumienia i wyostrzając chęć działania.

– WILL I ARIEL DURANT

1

Tuż przed świtem, po niecałej godzinie snu Tessę Lockland obudził szybki, gorący dotyk języka na prawej dłoni.

Bez tchu poderwała się na łóżku. Śniła o masakrze w Cove Lodge, o zwinnych bestiach z przeraźliwymi kłami i szponami ostrymi jak noże. Pomyślała, że koszmar urzeczywistnił się, że Zjawy wtargnęły do domu Harry’ego, a gwałtowne lizanie jest preludium przed nagłym, okrutnym ukąszeniem.

Ale to był tylko Moose. Widziała go niewyraźnie w przyćmionym blasku z drzwi z hallu, gdzie paliła się nocna lampa. Odetchnęła z ulgą. Pies oparł się przednimi łapami o materac, ale był zbyt dobrze wychowany, by wskoczyć na łóżko. Popiskiwał cicho, jakby domagając się pieszczot.

Pamiętała, że zamknęła drzwi przed snem. Jednak przekonała się już dostatecznie o inteligencji Moose’a i wiedziała, że sam je otworzył, jeśli naprawdę tego chciał. Dotarło do niej, że wszystkie drzwi w domu Talbota tak skonstruowano, aby ułatwić Moose’owi zadanie. Miały zwykłe klamki, a nie gałki, otwierały się więc przez naciśnięcie ręką albo psią łapą.

– Samotny? – spytała, drapiąc go delikatnie za uchem.

Pies zaskomlał znowu, poddając się pieszczocie.

Deszcz stukał mocno w okno. Tak lało i wiało, aż trzeszczały drzewa na zewnątrz. Wiatr groźnie napierał na ściany domu.

– No cóż, koleś, czujesz się opuszczony, ale ja jestem tysiąc razy bardziej śpiąca, więc chyba musisz sobie pójść.

Kiedy przestała go pieścić, zrozumiał. Niechętnie zeskoczył na podłogę, poczłapał do drzwi, jeszcze popatrzył na nią chwilę, po czym wyszedł na korytarz i powędrował w lewo.

Światło z hallu, choć słabe, denerwowało ją. Wstała i zamknęła drzwi, ale nim wróciła w ciemności do łóżka, wiedziała, że nie zaśnie od razu.

Po pierwsze miała na sobie dżinsy, bawełnianą koszulkę i sweter. Zdjęła tylko buty, więc nie było jej wygodnie, lecz bała się rozebrać, gdyż czułaby się wówczas bezbronna i w ogóle nie zasnęłaby. Po wydarzeniach w Cove Lodge chciała być gotowa do szybkiej ucieczki.

Ponadto gościła w jedynej urządzonej sypialni, a materac i pikowana narzuta pachniały stęchlizną po latach leżenia. Niegdyś mieszkał tu ojciec Harry’ego, ale stary Talbot zmarł przed siedemnastoma laty, wkrótce po powrocie syna z wojny. Tessa uparła się, że prześpi się bez pościeli. Gdy zmarznie, wśliźnie się pod narzutę, na goły materac. Przeszły ją dreszcze, więc przykryła się jednak narzutą, czując nieznaczny, ale nieprzyjemny odór pleśni.

Wśród bębnienia i szumu deszczu usłyszała odgłos wjeżdżającej windy. Pewnie Moose ją przywołał. Czy zawsze tak łaził po nocy? Mimo wyczerpania gnębiły ją różne myśli.

Nie chodziło o masakrę w Cove Lodge czy odrażającą historię ze zwłokami palonymi w krematorium niczym śmieci. Ani o panią Parkins, rozerwaną na strzępy przez tajemnicze istoty. Ani o przerażających nocnych prześladowców. Wszystkie te makabryczne obrazy stały się przede wszystkim ponurym tłem dla osobistych rozważań o sensie bytu.

Otarłszy się ostatnio o śmierć bardziej niż zwykle uświadomiła sobie kres życia, o czym zwykle zapominano w pracy i codziennej krzątaninie. Teraz ciągle o tym myślała. Czy nie traktowała życia zbyt lekko, a ono przeciekało jej przez palce? Praca dawała jej satysfakcję. Była szczęśliwą kobietą, ale gdy pochodziło się z rodziny Locklandów, cholernie trudno być nieszczęśliwym, biorąc pod uwagę ich wrodzony optymizm. Ale uczciwie przyznała, że nie spełniła swych pragnień. Jeśli nadal będzie tak żyć, to nigdy ich nie spełni.