Rączy Jeleń zignorował pytania.
– Nawet jeśli tym nożem kroi się tylko indyka, którego równie dobrze można poćwiartować ręcznie, i tak jest to przydatny i pomysłowy przyrząd. Ludzie nie dorównują maszynom.
Indianin odwrócił się do Tommy’ego i trzymając ten warczący mechanizm między nimi, patrzył ponad drgającym ostrzem w jego oczy. Chłopiec poczuł, że wpada w trans jak po zjedzeniu kaktusowego cukierka.
– Biali wierzą w maszyny – powiedział Rączy Jeleń. – Sądzą, że są o wiele pewniejsze i mądrzejsze od ludzi. Jeśli chcesz panować w świecie białego człowieka, Mały Wodzu, musisz maksymalnie upodobnić się do maszyny. Musisz być niezawodny i bezlitosny jak maszyna, zdecydowany w realizacji celów nie pozwalając, by rozpraszały cię pragnienia czy uczucia.
Powoli przysuwał warczące ostrze do twarzy Tommy’ego i nieomal dotykał jego oczu.
– Tym nożem mógłbym obciąć ci nos, wargi, policzki i uszy.
Chłopiec chciał ześliznąć się z taboretu i zwiać.
Ale nie zdołał poruszyć się.
Uświadomił sobie, że Indianin trzyma go za nadgarstek, lecz nawet swobodny nie uciekłby. Struchlał, nie tylko ze strachu. Coś pociągało go w całej tej sytuacji. Możliwość dokonania okrutnego czynu w zadziwiający sposób… podniecała chłopca.
– …oskalpować cię, odsłonić kości i wykrwawiłbyś się na śmierć, albo umarł z innej przyczyny, ale…
Ostrze znajdowało się niespełna dwa cale od nosa.
– …ale to narzędzie pracowałoby nadal…
Jeden cal.
– …nóż warczałby i ciął, warczał i ciął…
Pół cala.
– …ponieważ maszyny nie umierają…
Tommy czuł podmuch wywołany bezustannym ruchem ostrza.
– …maszyny są skuteczne i niezawodne. Jeśli chcesz coś osiągnąć w świecie białego człowieka, Mały Wodzu, musisz działać jak maszyna.
Rączy Jeleń odłożył nóż na bok.
Nie puścił Tommy’ego.
Przysunąwszy się blisko dodał:
– Jeśli pragniesz być wielki jak duchy i spełnić ich przesłanie, gdy ześlą ci znak księżycowego jastrzębia, stań się zdecydowany, bezlitosny, zimny, skupiony, niepomny konsekwencji swych poczynań, po prostu jak maszyna.
Po tym wydarzeniu, zwłaszcza gdy jedli razem kaktusowe cukierki, często rozmawiali na ten temat. W okresie dojrzewania Tom rzadziej śnił o dziewczynach niż o księżycowym jastrzębiu i ludziach normalnie wyglądających, ale zbudowanych z przewodów, tranzystorów i trzaskających metalowych wyłączników.
Pewnego letniego dnia, gdy ukończył dwanaście lat, a już siedem spędził w towarzystwie Indianina, dowiedział się wreszcie coś niecoś o przyrodnich braciach Rączego Jelenia, reszty domyślił się.
Jedząc w patio lunch obserwował tęcze, które pojawiały się w mgiełce wody ze spryskiwaczy trawników. Kilkakrotnie pytał o braci po dniu spędzonym w garażu, ale Indianin milczał. Tak minęło ponad półtora roku i teraz Rączy Jeleń, wpatrując się w odległe, zamglone góry, powiedział:
– Zdradzę ci tajemnicę.
– W porządku.
– Tajemnicę tak wielką, jak znaki, które otrzymywałeś.
– Pewnie.
– Kilku białych ludzi, ot chłopaki z college’u jeździli pijani samochodem po okolicy, może szukając kobiet, a już na pewno kłopotów. Przypadkiem spotkali moich braci na parkingu przed restauracją. Jeden był z żoną, a panowie z college’u zabawiali się w „dogadywanie – Indianom”, ale przede wszystkim spodobała się im kobieta. Byli tak wstawieni, że chcieli ją po prostu zabrać. Wywiązała się walka. Ich pięciu przeciwko dwóm. Jednego zatłukli metalowym kluczem do kół. Drugi nigdy nie będzie chodził. A żonę mojego brata zgwałcili.
Toma zaszokowała ta opowieść.
– Nienawidzę białych ludzi – odezwał się wreszcie.
Rączy Jeleń roześmiał się.
– Naprawdę – przekonywał Tommy. – Co się stało z tymi facetami? Czy siedzą w więzieniu?
– Skądże! – Indianin uśmiechnął się z sarkazmem.
– Ich ojcowie byli potężnymi ludźmi. Pieniądze. Wpływy. Więc sędzia zwolnił chłopców z „braku dowodów”.
– Mój ojciec powinien ich sądzić. Nie wypuściłby ich.
– Nie?
– Nigdy.
– Jesteś pewien?
Tom zaniepokoił się:
– No cóż… oczywiście, że tak.
Czerwonoskóry milczał.
– Nienawidzę białych ludzi – powtórzył, jakby chciał przypodobać się Indianinowi.
Ten znowu roześmiał się i poklepał go po ręku.
Lato już kończyło się. Rączy Jeleń przyszedł do Tommy’ego o zmierzchu pewnego sierpniowego dnia, i tajemniczo obwieścił:
– W nocy będzie pełnia księżyca, Mały Wodzu. Wyjdź na podwórze i przyjrzyj się chwilę. Wierzę, że zobaczysz wreszcie najważniejszy znak.
Tuż po zapadnięciu mroku pojawił się księżyc. Tommy wyszedł i stanął na krawędzi basenu, gdzie przed siedmiu laty obserwował pożerającego się węża. Dłuższy czas wpatrywał się w wielką żółtą tarczę tuż nad horyzontem.
Po chwili w patio zjawił się sędzia.
– Co robisz, Thomas? – spytał.
– Obserwuję…
– Co?
Właśnie w tym momencie chłopiec dostrzegł jastrzębia na tle księżyca. Całe lata mówiono mu, że ujrzy go pewnego dnia, przygotował się na jego pojawienie i na wszystko, co oznaczał. Aż nocny jastrząb ukazał się zastygły w locie na tle kuli księżyca.
– Tam! – Zapominał, że może ufać tylko Indianinowi.
– Co „tam?” – spytał sędzia.
– Nie widziałeś go?
– No… księżyc.
– Nie patrzyłeś, bo zobaczyłbyś go.
– Kogo?
A zatem naprawdę jest wybrańcem losu i znak przeznaczono wyłącznie dla jego oczu, co przypominało mu, że nie może ufać nawet własnemu ojcu.
– Ee… spadającą gwiazdę – skłamał.
– Obserwujesz spadające gwiazdy?
– Właściwie meteory – wyjaśniał nerwowo – widzisz, dziś w nocy ziemia znajdzie się w strumieniu meteorów.
– Od kiedy to interesujesz się astronomią?
– Nie interesuję się – wzruszył ramionami. – Po prostu ciekawiło mnie, jak to wygląda. Całkiem nudno. – Odwrócił się i poszedł do domu, a sędzia po chwili przyłączył się do niego.
Następnego dnia, w środę, chłopiec opowiedział wszystko Rączemu Jeleniowi.
– Ale nie otrzymałem żadnej wiadomości, więc nie wiem, co zrobić, by dowieść swej siły.
Indianin z uśmiechem przyglądał się mu w milczeniu. Wreszcie odezwał się:
– Mały Wodzu, porozmawiamy o tym podczas lunchu.
Pani Karval miała wolne, więc byli w domu sami. Siedzieli obok siebie na krzesłach w patio. Indianin przyniósł tylko kaktusowe cukierki, a Tommy nie miał ochoty na nic innego. Już od dawna nie smakował ich jak słodyczy, ale wprost pożerał je dla efektu, jaki dawały, i z biegiem lat potrzebował ich coraz bardziej.
Po chwili chłopiec znalazł się w upragnionym świecie wypełnionym jasnymi kolorami, głośnymi dźwiękami i ostrymi zapachami, a wszystko to było kojące i przyjemne.
Rozmawiali prawie godzinę i pod koniec Tommy zrozumiał, że wielkie duchy chcą, by za cztery dni zabił ojca, czyli w niedzielę rano.
– To mój wolny dzień – powiedział Rączy Jeleń – więc nie pomogę ci. Ale pewnie o to chodzi, abyś sam przekonał duchy o swej sile. Przez te kilka dni zaplanujemy wszystko wspólnie, tak, że gdy nadejdzie niedziela, będziesz gotów.
– Tak – powtórzył chłopiec sennie. – Zaplanujemy to wspólnie.
Niebawem sędzia wrócił ze spotkania w interesach, które odbyło się bezpośrednio po sesji sądu. Narzekając na upał udał się prosto na górę, pod prysznic. Matka wróciła do domu pół godziny wcześniej. Siedziała w salonie na fotelu, z nogami na wyściełanym taborecie, czytając najnowszy numer Miasta i Wsi, i sącząc to, co nazywała „koktajlem przed koktajlem”. Ledwie raczyła podnieść głowę, gdy sędzia wychylił się z hallu i powiedział, że idzie wykąpać się.